Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Życzenia nie zastąpią nam rzeczywistości

Dominujące w Polsce elity głęboko się mylą, jeśli sądzą, że realizm polityczny można tak po prostu odrzucić. Nie – o ile prawdziwie wyjaśnia on przynajmniej ważną część rzeczywistości. W każdym razie – nie bezkarnie

„Zawsze mnie zastanawiało, że fascynują nas «twardzi realiści», głoszący zasady polityki globalnej, zgodnie z którymi taka np. Polska w zasadzie nie ma prawa istnieć jako państwo, nie mówiąc o byciu w UE czy NATO” – napisał na Twitterze były szef Ośrodka Studiów Wschodnich Olaf Osica. Skomentował w ten sposób wywiad z Johnem Mearsheimerem w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, przeprowadzony przy okazji wizyty profesora w Polsce i przetłumaczenia na nasz język jego klasycznej już książki „Tragizm polityki mocarstw”.

I byłaby to tylko kolejna – moim zdaniem głęboko błędna – krytyka realizmu politycznego i jego największej żyjącej ikony, gdyby nie dwie znacznie ważniejsze sprawy. Pierwsza: mówi to jeden z najwybitniejszych analityków spraw międzynarodowych w Polsce, i wieloletni szef ośrodka najlepszego spośród dysponujących wielomilionowymi budżetami think tanków, zajmującego się sprawami zagranicznymi nad Wisłą. Druga: ten argument słyszałem już setki, jeśli nie tysiące razy, najczęściej ze strony dominującego establishmentu analitycznego i dyplomatycznego. Jest popularny zwłaszcza w wydaniu ekspertów PISM i OSW, do których codziennych zadań należy przygotowywanie opracowań i rad dla decydentów. Sam jego autor powtarza go zresztą w różnych publicznych wystąpieniach. Jest zatem – przyjmijmy na potrzeby tego tekstu – Osica indywidualny i Osica zbiorowy. Ten drugi to po prostu dominująca frakcja polskich elit analitycznych i dyplomatycznych, które pierwszy symbolizuje. Będę polemizował z obydwoma jednocześnie.

Popularność zyskują takie idee, które najlepiej służą dominującym w danym układzie międzynarodowym interesom

Zostawmy na boku tezę ex-szefa OSW, jakoby z realizmu Mearsheimera miała wynikać niemożność istnienia Polski czy innych krajów: to raczej mocno przejaskrawiony wniosek z tez profesora wskazujących, że problem przetrwania jest stale obecny w stosunkach międzynarodowych, a najlepszą jego gwarancją jest potęga. Esencję antyrealistycznego argumentu Osicy najlepiej chyba oddają jego słowa: „takie myślenie i taki ład globalny nie jest w naszym interesie”. Stoją za nimi trzy bardzo daleko idące założenia. Po pierwsze, idee są pierwotne wobec ładu międzynarodowego: to one bardziej kształtują go niż na odwrót. Po drugie, możemy i powinniśmy wybierać takie idee – w tym teorie stosunków międzynarodowych – które najlepiej służą naszym interesom. Po trzecie, zgodnie z tym rozumowaniem Polska, jako państwo stosunkowo niewielkie i słabe, powinna odrzucić realizm polityczny, gdyż ten nie tyle (czy nie tylko) opisuje rzeczywistość, co ją kreuje. A ponieważ operuje przede wszystkim kategoriami rywalizacji mocarstw i polityki siły, tworzy globalny porządek niekorzystny dla Polski. Ze względu na naszą słabość lepiej nam bowiem w ładzie światowym opartym na prawie, instytucjach, współzależnościach i współpracy.

Wszystkie trzy założenia są głęboko błędne, wpisując się par excellence w konstruktywistyczną, i częściowo w klasycznie liberalną teorię stosunków międzynarodowych. Przyjrzyjmy się im po kolei. Po pierwsze, idee mają jedynie bardzo ograniczony wpływ na kształt porządku międzynarodowego. Są przeważnie co najwyżej modyfikatorem, a nie kreatorem. A gdy występują okazjonalnie w poważniejszej roli, usiłując przełamać odwieczne reguły realizmu politycznego, tworzą układy niestabilne i nietrwałe. Przykładem jest ład wersalski po I wojnie światowej, zbudowany w dużej mierze na idealizmie amerykańskiego prezydenta Woodrowa Wilsona. Porządek ten zaczął się załamywać niemal natychmiast po powstaniu, a ostatecznie upadł po zaledwie dwudziestu latach.

Kariera liberalizmu i konstruktywizmu była możliwa głównie dzięki potędze Stanów Zjednoczonych (oraz ich sojuszników). W chwili, gdy ta potęga zaczęła – w kategoriach względnych – maleć, rozpoczął się najpierw stopniowy, a ostatnio coraz bardziej gwałtowny kryzys pozimnowojennego ładu międzynarodowego oraz wspierających go ideologii

Zależność jest odwrotna: popularność zyskują takie idee, które najlepiej służą dominującym w danym układzie międzynarodowym interesom, w tym przede wszystkim dominującym w nim mocarstwom. Globalny sukces liberalnego porządku międzynarodowego ostatnich dekad może skłaniać – i wielu skłania – do odwrotnego rozumowania, które jednak pomija fakt, że ta kariera liberalizmu i konstruktywizmu była możliwa głównie dzięki potędze Stanów Zjednoczonych (oraz ich sojuszników). W chwili, gdy ta potęga zaczęła – w kategoriach względnych – maleć, rozpoczął się najpierw stopniowy, a ostatnio coraz bardziej gwałtowny kryzys pozimnowojennego ładu międzynarodowego oraz wspierających go ideologii. Przyśpieszenie tego procesu jest pochodną faktu, że świadomie pozostające przez dłuższy czas w cieniu Chiny – stały się wielkim mocarstwem. Otwarcie rywalizującym z USA i dysponującym porównywalną potęgą.

Zatem to struktura systemu międzynarodowego jest pierwotna w stosunku do dominującej w nim ideologii, nie odwrotnie. To zaś odsyła nas właśnie do realizmu politycznego, który od czasu Kennetha Waltza właśnie z analizy struktury międzynarodowego (nie)ładu wychodzi z wyjaśnianiem politycznej rzeczywistości.

W związku z tym, po drugie, nie możemy tak po prostu wybrać sobie teorii politycznej dla nas najwygodniejszej. Przede wszystkim musimy zrozumieć rzeczywistość, by jak najmniej nas niemile zaskakiwała. I tu pojawia się dylemat, która teoria najlepiej ją opisuje. Moim zdaniem, przy wszystkich, niebagatelnych wadach, jest nią realizm ofensywny, przez lata wyśmiewany, a dziś wychodzący na proroczy. Ale być może ktoś jest w stanie wykazać, że jest inaczej.

Czym innym jest natomiast ideologia, którą najwygodniej się posługiwać naszym politykom dla realizacji celów państwa. Ta może być inna niż samo rozumienie rzeczywistości, jeśli tego wymaga racja stanu. Tych dwóch sfer – intelektualnej i politycznej – nie należy jednak mieszać, co niestety jest permanentne w polskim życiu intelektualnym.

Dlatego, po trzecie, realizmu politycznego – o ile prawdziwie wyjaśnia przynajmniej ważną część rzeczywistości – nie można tak po prostu odrzucić. W każdym razie – nie bezkarnie.  Nasze elity mają jednak bardzo długą tradycję jego odrzucania, która, „dozbrojona” ostatnio przez liberalne i konstruktywistyczne złudzenia, wciąż trzyma się bardzo mocno, jak widać. Starałem się historię tej tradycji opisać w e-broszurze „Długi Wrzesień ‘39”.  Teraz zaryzykuję tezę, że ta osobliwa tradycja polskich złudzeń odpowiada także za takie błędy geostrategiczne, jak niezniszczenie Prus w wieku XVI, niezneutralizowanie Moskwy w wieku XVII, ocalenie potęgi Austrii w tymże wieku. Gdyby nasze ówczesne elity rozumowały w kategoriach racji stanu, rywalizacji mocarstw, potęgi i regionalnej hegemonii, nie popełniłyby żadnego z tych kardynalnych błędów.

Ta osobliwa tradycja polskich złudzeń odpowiada także za takie błędy geostrategiczne, jak niezniszczenie Prus w wieku XVI, niezneutralizowanie Moskwy w wieku XVII, ocalenie potęgi Austrii w tymże wieku

To oczywiście nie znaczy, że nasi politycy powinni popierać na arenie międzynarodowej porządek oparty na sile i strefach wpływów. Absurdalny byłby to wniosek, mylący – ponownie – analizę z polityką. Znaczy to tyle, że tak ludzie intelektu, jak i politycy, musza rozumieć realną politykę – taką, jaka jest, a nie taką, jaką chcieliby widzieć. Wtedy dopiero próby przekształcania ładu międzynarodowego zgodnie z polskim interesem mają jakiekolwiek szanse powodzenia.

To fundamentalnie ważne w dobie powracającej brutalizacji i anarchizacji ładu światowego. Problem przetrwania jest trwale wpisany w historię Polski. Tak samo jak to, że gdy nasze elity o nim zapominają, Polska przestaje istnieć.

prezes i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Życzenia nie zastąpią nam rzeczywistości”

  1. Badziej pisze:

    100 % racji. Krótko i treściwie. Brawo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz