Newsletter

Zderzenie ważki z Wielkim Murem

Zdaniem Amnesty International, projekt „Dragonfly” Google'a zachęci inne firmy do budowania internetowego Wielkiego Muru, nie tylko w Chinach. To nie jest nawet pomocnictwo. To jest współsprawstwo

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Debata nad okolicznościami powrotu Google do Chin nie jest przede wszystkim dyskusją o modelu biznesowym internetowego giganta, choć na pewno zyska on na tym finansowo. Bardziej istotne jest w niej to, czy wynik sprzedaży jest ważniejszy niż wolność 800 mln osób, korzystających w Chinach z internetu. Najważniejszym pytaniem pozostaje, czy potencjalne zyski amerykańskiej firmy są ważniejsze niż realizacja prawa do informacji i innych praw człowieka przez chińskich obywateli.

O wejściu Google’a na chiński rynek internetowy z projektem Dragonfly (ang. “ważka”) mówiło się od dawna, ale wydaje się, że tym razem faktycznie osiągnięto porozumienie z Pekinem, i kosztem wprowadzenia ograniczeń w możliwości wyszukiwania określonych treści, chińscy obywatele wkrótce będą korzystać z popularnej przeglądarki. Wśród zablokowanych haseł będą m.in. prawa człowieka, demokracja, religia czy protesty. Jednym słowem Google świadomie godzi się na cenzurę internetu. Co więcej, bierze na siebie rolę jednego z cenzorów, wpisując się tym samym w chińską retorykę suwerenności internetowej. Retorykę mająca już praktyczny wymiar w postaci Złotej Tarczy, znanej również pod nazwą nawiązującą do Wielkiego Muru – The Great Firewall, której ofiarą był zresztą sam Google.

Mur polega na blokowaniu określonych stron i braku możliwości wyszukiwania niektórych haseł. Nie tylko tych bezpośrednio „politycznych” – chiński internauta nie pozna np. dzieł George’a Orwella lub będzie miał trudności ze sprawdzeniem zagranicznej oferty akademickiej. Dodając jeszcze do tego tradycyjne metody cenzury w postaci nękania dziennikarzy, niezależnych wydawców i działaczy na rzecz praw człowieka, mamy do czynienia z totalnym systemem inwigilacji i cenzury w każdym wymiarze. Sergey Brin, jeden z twórców Google, sam urodzony w Związku Radzieckim, a więc doskonale rozumiejący problem cenzury, cieszył się z decyzji firmy, gdy ta wycofała się z Chin w 2010 r. Jego zdaniem był to przejaw oporu wobec totalitaryzmu, a decyzja Google’a wzmocniła walkę o wolny internet. Zmiana decyzji dziwi tym bardziej, że w 2016 r. chiński rząd jeszcze bardziej ograniczył wolność w internecie.

Rząd chiński wybiera media czyli pośredników dostępu do informacji na podstawie tego co chce by obywatele „zobaczyli” w internecie

W tym samym roku, Rada Praw Człowieka przy ONZ przyjęła uchwałę dotyczącą promocji, ochrony i korzystania z praw człowieka w internecie. Wśród sygnatariuszy nie było oczywiście Chin, ale podpisały ją Stany Zjednoczone, w których Google ma swoją główną siedzibę. Już w pierwszym fragmencie preambuły wspomina się, że możliwość realizacji prawa człowieka do wolności wyrażania opinii (w której zawiera się prawo do informacji) musi zostać zagwarantowana również w przestrzeni wirtualnej. W dalszej części dokumentu podkreślono, że „te same prawa, które ludzie mają w trybie offline, muszą być również chronione w Internecie, w szczególności wolność wypowiedzi, która ma zastosowanie bez względu na granice i dowolne wybrane media, zgodnie z artykułem 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka”.

Tymczasem rząd chiński wybiera media, czyli pośredników dostępu do informacji, na podstawie tego, co zamierza pozwolić obywatelom zobaczyć w internecie. Daje przedsiębiorcom wybór, czy chcą działać w oparciu o idee wolnego internetu, bez względu na granice państwowe, ale już nie w granicach Państwa Środka, czy jednak wybierają możliwość działania w Chinach, uznając ich „specyfikę”. Google wybrał tę drugą opcję. I spadła na niego słuszna krytyka.

Zdaniem Amnesty International, ten precedens zachęci inne firmy do budowania internetowego Wielkiego Muru, nie tylko w Chinach, ale i w innych reżimach, przyczyniając się do faktycznego wspierania ich władz w naruszeniach praw człowieka. Gdyby przełożyć to na kategorie prawa karnego, to nie jest nawet pomocnictwo. To jest współsprawstwo. Część pracowników Google’a uznała, że nie chce brać w tym udziału, i przyłączyła się do protestów międzynarodowych organizacji broniących praw człowieka. Wiemy też, że co najmniej 5 osób odeszło z tego powodu z pracy.

Od 2015 stery w Google dzierży Sundrai Pichai (choć twórcy firmy cały czas zasiadają w jej władzach). Pichai, przygotowując się do powrotu na chiński rynek, przyjął prokonsumencką wykładnię misji giganta. Podczas jednej z konferencji w 2016 r. stwierdził m.in. że „Google jest dla wszystkich” i „firma chce służyć chińskim użytkownikom”. Jednak stawanie frontem do klienta (a jest nim tu raczej chiński rząd, który załatwił sobie przy okazj uruchomienie przez Google’a centrum sztucznej inteligencji w Pekinie) oznacza odwrócenie się tyłem do praw i wolności człowieka. Ich nie powinno przeliczać się na żadne pieniądze. Decyzji Google nie da się obronić.