Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Wojna zimna, emocje gorące

Ideologiczne zacietrzewienie i płynące stąd – często głębokie, trudne do podważenia czy usunięcia – uprzedzenia wobec „wroga” stają się barierą w trzeźwym rozeznaniu sytuacji. A brak tego ostatniego nierzadko prowadzi do katastrofy i strategicznych porażek

Przez ponad cztery dekady Zachód, począwszy od USA, grał na Chiny, w ramach przyjętej strategii zaangażowania. Przez dwa pierwsze dziesięciolecia prowadzono ją w jednym zbożnym celu: osłabić ZSRR – co się udało. A potem, po 1992 r., gdy wizjoner chińskich reform Deng Xiaoping wyciągnął należyte wnioski z rozpadu ZSRR i włączył wielki chiński rynek w globalizację, czyli wszedł na kapitalistyczne rynki, ówczesna administracja Billa Clintona znalazła inne uzasadnienie dla pogłębionej współpracy z ChRL: im więcej u nich zainwestujemy, tym bardziej się zliberalizują. Dziś już wiemy, jak bardzo się „zliberalizowali”, a świadomość (geo)strategicznej porażki wreszcie dotarła do amerykańskich (i częściowo innych zachodnich) elit.

Strategiczna konkurencja

Dlatego od przełomu lat 2017/18 i przyjęcia nowych strategii militarnych i bezpieczeństwa w USA mamy już do czynienia z nowym rozdaniem i nową epoką: strategicznej konkurencji. Najpierw amerykańscy stratedzy i analitycy, a następnie politycy uświadomili sobie, jak groźne z ich punktu widzenia są asertywne i śmiałe strategie nakreślone przez Xi Jinpinga czy to na scenie wewnętrznej („chińskie marzenie” i „wielki renesans narodu chińskiego”), jak też na zewnętrznej, w postaci Inicjatywy Pasa i Szlaku – BRI. A w roku 2019 zrozumiała to nawet Komisja Europejska, po raz pierwszy definiując Chiny jako „systemowego rywala”.

Od przełomu lat 2017 i 2018 i przyjęcia nowych strategii militarnych i bezpieczeństwa w USA mamy już do czynienia z nowym rozdaniem i nową epoką: strategicznej konkurencji

Ta zmiana z zaangażowania na rywalizację dość szybko dała o sobie znać i przybrała formę zainicjowanej w początkach 2018 r. przez prezydenta Donalda Trumpa wojny handlowej. Objęła ona dodatkowymi cłami cały dwustronny handel USA z Chinami, przekraczający rocznie 700 mld. dol. w obie strony (z ogromną chińską nadwyżką przekraczająca 400 mld.), a porozumienie podpisane w Białym Domu 15 stycznia br. było niczym innym, jak tylko klasycznym rozejmem czy zawieszeniem broni; albowiem większość podwyższonych ceł nie została wcale zniesiona – i nadal obowiązuje.

Na ten stan rzeczy nałożyła się niespodziewana pandemia COVID-19, zmieniając azymuty naszych zainteresowań oraz rozumienie wielu kwestii. W chwili, gdy piszę te słowa, jest ona jeszcze najwyraźniej daleka od zakończenia, a to od tego, kiedy i jak się ten wielki, globalny kryzys zakończy, będzie zależała nasza przyszłość.

Jeśli bowiem miałoby być tak jak obecnie, że Chiny deklarują wyjście z pandemii (a przynajmniej jej pierwszej fali), a Zachód nadal się z nią boryka – z wielkimi ofiarami, a największymi na obszarze USA – to nie trzeba nawet być prorokiem, by twierdzić, że może dojść do klasycznej powtórki z historii, tylko na jeszcze większą skalę. Albowiem tak jak po poprzednim, gospodarczym kryzysie z 2008 r. nastąpiło wyraźne przesunięcie ośrodków siły (nie tylko gospodarczej) z Atlantyku na Pacyfik i wzmocnienie Chin, tak po pandemii 2020 r. obie te tendencje mogą zostać jeszcze bardziej wzmocnione. A to dlatego, że zarówno Chiny kontynentalne, jak inne kraje Azji Wschodniej najwyraźniej lepiej sobie poradziły z wirusem niż Zachód, począwszy od dotychczasowego hegemona, USA.

Uderzać w słabe punkty

W tej sytuacji już w fazie wstępnej pandemii pierwsza reakcja amerykańskich elit rządzących na nową sytuację jest równie zrozumiała, co logiczna: należy Chinom dokuczyć i w każdy możliwy sposób je osłabiać. Tym bardziej, że mają swoją prawdziwą piętę Achillesa w postaci faktu, iż wirus narodził się w Wuhan na terenie Chin. W ten sposób dotychczasowa wojna handlowa została zamieniona w inny front: propagandowo-medialny, w ramach którego najważniejsi politycy amerykańscy, począwszy od prezydenta, wiceprezydenta i sekretarza stanu, zaczęli otwarcie mówić o „chińskim kryzysie”, „wirusie z Wuhanu”, czy „zarazie płynącej z Chin”.

To akcja zakrojona na szeroką skalę i już niemal wszechobecna. Doświadczyliśmy jej nawet w Polsce, gdzie na łamach jednego najpoczytniejszych naszych portali doszło do bezprecedensowej w dyplomacji, otwartej sprzeczki między panią ambasador USA a ambasadorem Chin. Ta pierwsza zarzuciła drugiej stronie wprost: „Tuszując prawdę, Chiny doprowadziły do globalnej pandemii”. Na to ambasador chiński dosłownie następnego dnia nie tylko argumentował, że USA „przerzucają odpowiedzialność na innych”, ale przy tym zaapelował do strony amerykańskiej, by nie upolityczniała sprawy i tym samym „nie rozsiewała politycznego wirusa”.

Prawdopodobnie jak w poprzedniej zimnej wojnie, musimy się liczyć z kolejnymi proxy wars, a więc konfliktami poprzez podstawione pionki. Przy tym wojny te, jak wiemy chociażby z doświadczenia Korei czy Wietnamu, mogą trwać latami i pociągnąć wiele ofiar

To zderzenie jest symptomatyczne i dowodzi jednego: zamiast współpracy, wzajemnego zrozumienia i solidarności w globalnej walce z wirusem, mamy do czynienia z czymś dokładnie odwrotnym – nową odsłoną walki o prymat i prestiż. Innymi słowy, mamy do czynienia z nowym rozdaniem w wojnie hegemonicznej między dotychczasowym hegemonem a pretendentem do tronu, co Graham Allison i eksperci z Harvardu tak ładnie nazwali „pułapką Tukidydesa”.

Tym razem zamienia się ona w bój medialny i propagandowy, najwyraźniej wprowadzając nas w nową fazę – wojny ideologicznej, czyli znanej już nam z nieodległej historii „zimnej wojny” i otwartego starcia dwóch odmiennych kultur i systemów wartości, z których każdy jest święcie przekonany o wyższości swoich racji.

Albowiem ambitne plany Xi Jinpinga moglibyśmy łatwo sparafrazować słowami Donalda Trumpa: make China great again… Owszem, władze w Pekinie, mając na uwadze pierwszą od ponad pół wieku recesję (spadek PKB o 6,8 proc. w pierwszym kwartale br.) oraz wiele wewnętrznych trudności, co wymagałoby odrębnej analizy (zob. mój tekst „Recesja w Chinach, czyli nowa wirówka”) najchętniej od tego zimnowojennego starcia by uciekły.

Jednak Amerykanie najwyraźniej „obudzili się” w stosunku do Chin, a ich polityka wobec Pekinu – co teraz rzadkie, czy wręcz unikatowe w kontekście głębokiej polaryzacji na własnej scenie wewnętrznej – jest objęta dwupartyjnym konsensusem. Można więc zakładać, że zapewne nie zejdą z ostatnio obranej ścieżki.  No i teraz, w czasach pandemii, uderzają w Chiny wszędzie tam, gdzie tylko mogą (głośny spór o pieniądze dla WHO też tego dowodem). Co z tego wszystkiego wynika?

Wojny podjazdowe

No cóż, prawdopodobnie jak w poprzedniej zimnej wojnie, musimy się liczyć z kolejnymi proxy wars, a więc konfliktami poprzez podstawione pionki. Przy tym wojny te, jak wiemy chociażby z doświadczenia Korei czy Wietnamu, mogą trwać latami i pociągnąć wiele ofiar. Teraz już wyraźnie widać, że najlepszymi kandydatami do tego typu starć stają się Hongkong (już od niemal roku objęty turbulencjami) oraz Tajwan, w strategii Chin kontynentalnych traktowany jako warunek sine qua non sięgnięcia po wymarzony chiński renesans. Jaki to bowiem renesans, gdy mamy do czynienia z dwoma podmiotami z Chinami w nazwie, czyli z podziałem Chin? Natomiast w strategii amerykańskiej już w połowie minionego stulecia, podczas wojny koreańskiej (1950-53) Tajwan został jednoznacznie zdefiniowany jako „niezatapialny lotniskowiec na Pacyfiku”.

Nic dziwnego, że liczba nowych inicjatyw amerykańskich wobec Tajwanu po wybuchu pandemii koronawirusa zauważalnie rośnie. A w Waszyngtonie coraz częściej i otwarcie proponuje się „podniesienie globalnego statusu Tajwanu”, czyli mówiąc prościej: wzmocnienie jego praw i ewentualnej suwerenności, będącej otwartym wyzwaniem wobec aktualnej strategii Chin, mówiącej o „pokojowym zjednoczeniu przez Cieśninę”.

Logika zimnowojenna to jednak nie tylko wojny zastępcze czy podjazdowe, ale przede wszystkim bezpardonowe starcie medialno-propagandowe, gdzie wszelkie chwyty – nie tylko tak popularne teraz fake news – są dozwolone. Niełatwo będzie się samemu w tym wszystkim odnaleźć, niełatwo zachować zdrowy rozsądek, gdy wokół rozpętały się żywioły i wielkie, gorące, podsycone ideologicznym żarem emocje.

Nowe szaleństwo władzy?

Widać wyraźnie, że w Pekinie zwycięża raczej nowa, asertywna strategia, czy to w stosunku do Hongkongu i Tajwanu, czy w ramach nowych inwestycji po Szlakach BRI, jak też – jak najbardziej – w podejściu do USA i Zachodu

Do czego ten stan może doprowadzić, udowodniła kiedyś znana amerykańska pisarka historyczna Barbara Tuchman w tomie o znamiennym tytule „Szaleństwo władzy”. Chodziło jej o łatwe do zdefiniowania błędy, nawet już na wstępie danego starcia czy konfliktu.

Ideologiczne zacietrzewienie i płynące stąd – często głębokie, trudne do podważenia czy usunięcia –  uprzedzenia wobec „wroga” stają się barierą w trzeźwym rozeznaniu sytuacji. A brak tego ostatniego oczywiście nierzadko prowadzi do katastrofy i strategicznych porażek. Albowiem porażka bierze się nie tyle z niedołęstwa i nieuctwa władców, ich pychy czy zarozumialstwa (co oczywiście też częste), ile wynika – jak plastycznie dowodzi Tuchman – z prowadzenia polityki w istocie sprzecznej z własnym dobrze rozumianym interesem, a wynikającej z ideologicznego ferworu.

Tuchman zaczęła opowieść od słynnego konia trojańskiego, ale skończyła relację – i o to jej wtedy chodziło – na zaangażowaniu się Amerykanów na terenie Wietnamu, po wcześniejszym – nieszczęsnym dla nich – wycofaniu się stamtąd Francuzów. Pokazała ona, opierając się na wielu dokumentach, jak Amerykanie – tamtejsi wojskowi, biurokracja, administracja centralna – brnęli z jednego absurdu w drugi, widząc naprzeciw siebie nie tyle prawdziwego przeciwnika i jego realny potencjał, zawsze we własnych kalkulacjach minimalizowany, ile wstrętnego komunistę, którego za wszelką cenę należy zmieść z powierzchni ziemi, jako iście odmienny rodzaj człowieka.

Nie wiemy jeszcze, czy teraz grozi nam podobne wyzwanie, ale argumentacja per „chińscy komuniści” (choć często są to arcybogaci kapitaliści z portfela) jest coraz chętniej i coraz częściej używana po zachodniej stronie, również i u nas. To nie jest dobrze obrana ścieżka, ale już nią wyraźnie kroczymy.

Chińczycy to wiedzą i widzą. Próbują więc odejść od bipolarnego, zerojedynkowego, ponownego zimnowojennego i dwubiegunowego podziału, szukając za wszelką cenę „trzeciego bieguna”, najchętniej zresztą znajdując go – we własnych kalkulacjach – w Niemczech, Europie Zachodniej czy całej Unii Europejskiej. Zdają sobie bowiem doskonale sprawę z tego, że to też nie są ulubieńcy Donalda Trumpa wołającego „America first!”, a relacje transatlantyckie trzeszczą, szczególnie po brexicie – już dokonanym, choć nadal nie wiadomo, na jakich warunkach.

Jednakże, powiedzmy to otwarcie, obecni mandaryni w Pekinie, z „przewodniczącym od wszystkiego”, kumulującym władzę w jednych rękach Xi Jinpingiem na czele, też nie są bez winy. Narysowali wielce ambitne plany – dla siebie i innych, a przeciwników i inaczej myślących u siebie (nie tylko w Tybecie, Xinjiangu czy Hongkongu) zmuszają do milczenia lub uległości.

Co gorsza, w odpowiedzi Ameryce i Zachodowi często sięgają po dyplomację spod znaku Wojownika Wilka („Zhan Lang”, ang. „Wolf Warrior), czyli korzystają z arsenału arcypopularnego w ChRL filmu z 2015 r. w reżyserii Wu Jinga, który w dwa lata później dorobił się nawet sequela, ponownie – co znamienne dla społecznych nastrojów, szczególnie wśród młodzieży – bijącego rekordy popularności. A w filmie tym główny bohater, snajper, a po części kaskader Leng Feng z chińskich jednostek specjalnych ostro rozprawia się z Amerykanami…

To nie jest akurat narracja sprzyjająca dialogowi i deklarowanej oficjalnie przez Pekin strategii budowy „społeczności dzielącej się odpowiedzialnością” (community of shared responsibility). Widać wyraźnie, że w Pekinie zwycięża raczej nowa, asertywna strategia, czy to w stosunku do Hongkongu i Tajwanu, czy w ramach nowych inwestycji po Szlakach BRI, jak też – jak najbardziej – w podejściu do USA i Zachodu.

Pandemia COVID-19, mimo pozornego uśpienia i spokoju oraz zamknięcia nas w czterech ścianach, przyniosła ze sobą jeszcze jeden wymiar chińskiej aktywności, czyli – głośną i u nas – „dyplomację maseczek”. To jednak nic innego, jak kolejna odsłona nowego rozdania w dynamice relacji między wielkimi mocarstwami. Warto o tym pamiętać, bo jak mówi azjatyckie porzekadło: „Tam gdzie walczą słonie, tam trawa i krewetki będą zdeptane”.

politolog i sinolog, profesor i dyrektor Centrum Europejskiego UW. Był również ambasadorem Polski na Filipinach, w Tajlandii oraz w dawnej Birmie w latach 2003-2008. Zajmuje się stosunkami międzynarodowymi we współczesnym świecie. Specjalizuje się w tematyce Chin. Bogdan Góralczyk pracował jako profesor wizytujący na zagranicznych uniwersytetach, w tym na terenie Chin i Indii. Autor wielu pozycji poświęconych Państwu Środka, w tym książki "Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje".

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz