Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Jak Amerykanie chcą militarnie powstrzymać Chiny

USA szukają wszelkich możliwych sposobów na neutralizację chińskiej strategii A2/AD, i na poziomie teoretycznym robią to skutecznie. COVID-19 wprowadził do tej gry nowy czynnik, którego skutki dopiero poznamy

Rosnąca morska potęga Chin jest od lat przyczyną bólu głowy amerykańskich decydentów wojskowych i cywilnych analityków. Głównym wyzwaniem jest zniwelowanie przewagi, jaką chińskiej marynarce wojennej w przypadku konfliktu dają przewaga liczebna, walka na własnym podwórku i systematycznie rozwijane systemy antydostępowe. Przedstawiane w Pentagonie pomysły są mniej lub bardziej konwencjonalne, a także – mniej lub bardziej sensowne.

Konkurencja na morzu

Na początek kilka akapitów trzeba poświęcić założeniom chińskiej strategii morskiej. Pozwoli to na większą świadomość tego, z czym muszą się mierzyć Amerykanie. Mimo lat intensywnej rozbudowy i prześcignięcia US Navy pod względem liczebności, w Pekinie zdają sobie sprawę, że chińska marynarka wojenna nadal nie osiągnęła poziomu technicznego potencjalnego przeciwnika i ciągle brakuje jej doświadczenia w operowaniu dużymi siłami na otwartym morzu. W związku z tym za inspirację wzięto Związek Radziecki i wdrażane w latach 60. i 70. koncepcje admirała Gorszkowa.

W najbardziej ogólnym założeniu strategia ta czyniła z floty wysuniętą linię obrony, której głównym zadaniem było niedopuszczenie do wybrzeży amerykańskich lotniskowców i grup desantowych. Osobną i nigdy niewyjaśnioną kwestią pozostaje, jak daleko wysunięty miał być ten „błękitny pas obrony”. Dla Gorszkowa zasadniczą kwestią było prowadzenie operacji w zasięgu oddziaływania lotnictwa bazującego na lądzie, a także we współpracy z nadbrzeżnymi systemami przeciwlotniczymi i przeciwokrętowymi. Tym sposobem starano się zniwelować przewagę flot USA i sojuszników. Admirał Gorszkow jest więc właściwie twórcą koncepcji antydostępowych (A2/AD).

Przyjęte strategie i założenia polityczne sprawiły, że Amerykanie od momentu zetknięcia z chińskimi strefami antydostępowymi zaczęli myśleć o tym, jak je przełamać

Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że szeroka obecność radzieckiej floty na Morzu Śródziemnym i jeszcze dalszych wodach miała dwa zasadnicze cele. Z jednej strony było to prezentowanie bandery i projekcja siły, z drugiej, w przypadku wojny, sposób na odciągnięcie, przynajmniej przez pewien czas, eskadr przeciwnika od własnych wybrzeży.

Marynarka Wojenna Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (MWChALW), dla której obrona własnych wybrzeży była zawsze kluczowym zadaniem, przyjęła koncepcje Gorszkowa z dużym zainteresowaniem, a następnie przystosowała do swoich potrzeb i rozwinęła dzięki postępowi technicznemu. Podobnie jak w przypadku Związku Radzieckiego, zasięg kolejnych linii obrony na morzu jest niejasno zdefiniowany, jednak koncentrują się one na wodach oblewających Chiny i wokół pierwszego łańcucha wysp, ciągnącego się od Japonii przez Tajwan i Filipiny do Borneo.

Bronić – czy atakować?

Zasadniczo strategia oparta na A2/AD jest więc defensywna, może jednak być z powodzeniem użyta do realizacji ofensywnych celów politycznych, takich jak próba wypchnięcia USA z Azji Wschodniej. Widać to szczególnie wyraźnie na Morzu Południowochińskim. Między współczesnymi Chinami a ZSRR istnieje jedna zasadnicza różnica, istotnie wpływająca na myślenie o strategii morskiej. Chińska gospodarka jako nastawiona na eksport i uzależniona od importu surowców, zwłaszcza węglowodorów, jest w dużym stopniu zależna od kontroli szlaków morskich (SLOC). Z tego względu zadania eskortowe i stała obecność na Oceanie Indyjskim mają dla Chin kluczowe znaczenie. Podobnie jednak jak flota radziecka, także MWChALW ma ograniczone możliwości operowania dużymi zespołami z dala od własnych baz.

Tak jak w okresie zimnej wojny, mamy zderzenie dwóch sposobów myślenia o konfrontacji na morzu. Z racji przedstawionych wyżej uwarunkowań, radziecko-chińskie koncepcje klasyfikowane są jako sea denial. Ogólnie mówiąc, głównym zadaniem marynarki wojennej jest niedopuszczenie przeciwnika na określony obszar. US Navy, wychowana w duchu admirała Alfreda Mahana, działa natomiast w celu zdobycia panowania na morzu (sea control), nawet jeżeli obszar i czas kontroli danego akwenu mają być ograniczone. Warto jeszcze wspomnieć, że koncepcjom Mahana od co najmniej trzech dekad poświęca się w Chinach bardzo dużo uwagi. Z jednej strony Pekin marzy o stworzeniu oceanicznej floty zdolnej do wywalczenia panowania na morzu, z drugiej strony pozwala to poznać sposób myślenia przeciwnika. Równie istotne jest sformowane przez Mahana założenie, że potęga morska i panowanie na morzu są warunkami sine qua non bycia mocarstwem. Założenie to po raz kolejny okazuje się uniwersalne i przydatne tak dla USA, jak i Chin.

Z lotnictwem związany jest pomysł komandora podporucznika Johna M. Leedsa, który na łamach magazynu „Proceedings”, wydawanego przez United States Naval Institute, zaproponował przywrócenie znanych z okresu drugiej wojny światowej mieszanych eskadr patrolowo-bombowych (Patrol Bombing Squadron, VPB)

Przyjęte strategie i założenia polityczne sprawiły, że Amerykanie od momentu zetknięcia z chińskimi strefami antydostępowymi zaczęli myśleć o tym, jak je przełamać. Jako pierwszy z problemem uporał się Korpus Piechoty Morskiej, który we wrześniu 2017 opublikował strategię LOCE (Littoral Operations in Contested Environments). Jak sama nazwa wskazuje, doktryna koncentruje się na operacjach w silnie bronionych rejonach przybrzeżnych. Ówczesny dowódca USMC, generał Robert Neller, mówił o odwróceniu dotychczasowych schematów. Do tej pory marynarka wojenna najpierw walczyła o panowanie na morzu i w powietrzu, by przeprowadzić desant. W myśl LOCE, marines opanowują obszary lądowe, by następnie przy użyciu własnych systemów przeciwlotniczych i przeciwokrętowych wspomóc US Navy w walce o kontrolę nad danym obszarem.

Podobnie jak w przypadku A2/AD, nie jest to nowa koncepcja. W latach 80. amerykańskie lotniskowce miały atakować daleki wschód Rosji z regionu najbardziej na północ wysuniętej japońskiej wyspy Hokkaido, gdzie mogły operować przy wsparciu lądowego lotnictwa oraz systemów przeciwlotniczych i przeciwokrętowych. Koncepcja ta została odkurzona również przez Japończyków. Założenia na wypadek konfliktu z ChRL na Morzu Wschodniochińskim mówią o rozmieszczeniu na kontrolowanych i odbijanych wyspach własnych systemów przeciwlotniczych i przeciwokrętowych, których zadaniem jest wsparcie marynarki i lotnictwa w walce o panowanie na morzu i w powietrzu.

Rozpraszanie sił

LOCE jest cały czas sukcesywnie rozwijana. Na początku tego roku przedstawiono koncepcję kolejnego jej elementu – Marine Littoral Regiment (MLR). Ma być to jednostka przeznaczona do operacji na silnie bronionych obszarach przybrzeżnych. Wyposażony w liczne powietrzne, lądowe i wodne bezzałogowce, środki rażenia dalekiego zasięgu i systemy przeciwlotnicze LMR ma wspierać tworzenie wysuniętych baz USMC. Idea jest jeszcze na wczesnym etapie realizacji: cały czas trwają prace nad organizacją jednostki, jej wyposażeniem i konkretnymi zadaniami.

Sposobów na bańki antydostępowe szuka także US Army. W styczniu tego roku sekretarz wojsk lądowych Ryan McCarthy zapowiedział powołanie specjalnej grupy zadaniowej przeznaczonej do przełamywania chińskich i rosyjskich stref A2/AD. Badane rozwiązanie wpisuje się w koncepcję bitwy/operacji wieloaspektowej (multidomain battle/operation) i zakłada skoordynowany atak prowadzony w cyberprzestrzeni, w spektrum elektromagnetycznym oraz przy użyciu artylerii i pocisków dalekiego zasięgu odpalanych z okrętów i wyrzutni lądowych. Trzeba zwrócić uwagę, że w ostatnich miesiącach w USA znacznie przyspieszono prace nad pociskami hipersonicznymi. O ile skuteczność tej broni w wymiarze strategicznym jest poddawana w wątpliwość, to w skali operacyjnej i taktycznej może być ona cennym atutem, minimalizując czas, jaki przeciwnik ma na reakcję.

W przypadku artylerii powrócono po kilku dekadach przerwy do prac nad działami o donośności kilkuset kilometrów. Z kolei dla klasycznej artylerii lądowej i okrętowej dostępna jest już precyzyjna amunicja o zasięgu nawet 85 km.

W ogólnym zarysie, US Army planuje więc oślepienie i czasowe wyłączenie systemów obserwacji i dowodzenia wroga, a następnie eliminację środków rażenia. W ten sposób wybite mają zostać dziury w A2/AD, przez które wtargną siły powietrzne i morskie. Specjalna grupa zadaniowa miałaby zostać rozmieszczona „na wyspach na wschód od Tajwanu i Filipin”. Na myśl przychodzi Guam, jednak pod uwagę należy brać też inne wyspy na Pacyfiku kontrolowane przez USA, Japonię i Australię. Jest to zgodne z koncepcją rozpraszania własnych sił (dispersed lethality), przy jednoczesnym przesuwaniu ich poza zasięg rażenia chińskiego lotnictwa i marynarki wojennej.

Uzbrajanie statków handlowych było na przestrzeni dziejów powszechną praktyką, podobnie jak kolejny pomysł zgłoszony na łamach „Proceedings” przez pułkownika US Marine Corps w stanie spoczynku Marka Canciana i analityka Brandona Schwartza, którzy postulują powrót do kaperstwa. Założenie obu autorów jest następujące: w związku z dużą zależnością chińskiej gospodarki od importu węglowodorów i eksportu najlepszą drogą do uderzenia w Chiny jest atak na flotę handlową

Co z lotnictwem?

Z lotnictwem związany jest pomysł komandora podporucznika Johna M. Leedsa, który na łamach magazynu „Proceedings”, wydawanego przez United States Naval Institute, zaproponował przywrócenie znanych z okresu drugiej wojny światowej mieszanych eskadr patrolowo-bombowych (Patrol Bombing Squadron, VPB). W ich skład miałyby wejść samoloty patrolowe P-8A Poseidon marynarki wojennej i bombowce strategiczne B-1B Lancer sił powietrznych. Samoloty uzupełniałyby się nawzajem: P-8A jest wyposażony w bogaty zestaw sensorów do wykrywania okrętów nawodnych i podwodnych, przenosi natomiast mało uzbrojenia. Z kolei B-1 może zabrać nawet 24 pociski przeciwokrętowe LRASM, ale ma ograniczone możliwości wykrywania celów nawodnych.

Leeds postuluje więc, by eskadry VPB operowały z Guamu, i w strefie między pierwszym a drugim łańcuchem wysp polowały na chińską flotę. Działając w zespołach hunter-killer Poseidony mogłyby skoncentrować się na zwalczaniu okrętów podwodnych i wskazywaniu celów Lancerom. Do tego zasięg LRASM sięgający 400 km umożliwiałby zwalczanie chińskich okrętów spoza zasięgu ich systemów przeciwlotniczych.

Jak zauważył Maciej Hypś z portalu konflikty.pl, mimo pozornej atrakcyjności pomysł napotyka szereg problemów od strony organizacyjnej i operacyjnej. Komu podlegałyby samoloty wchodzące w skład VPB? Czy lotnictwo, w celu usprawnienia działań, przekazałoby swoje B-1 marynarce? Do tego Lancery są już dość mocno wyeksploatowane i część z nich już w przyszłym roku zostanie wycofana ze służby. Trudno też spodziewać się, że US Navy zechce przyjąć kosztowne w utrzymaniu bombowce.

Do tego, jak już zaznaczono wyżej, Guam znajduje się na priorytetowej liście chińskich celów na wypadek wojny. Dla bezpieczeństwa mieszane eskadry musiałyby operować z baz na Hawajach lub w Australii. Tutaj wchodzi w grę tyrania dystansu: działania VPB musiałyby zabezpieczać liczne latające cysterny, co z kolei wymuszałoby wywalczenie panowania w powietrzu w rejonie działań. Alternatywnym rozwiązaniem jest uderzenie wyprzedzające i likwidacja większości chińskich pocisków zagrażających Guamowi.

Zagrożenie stwarzane przez Chiny dla wyspy jest najwyraźniej traktowane poważnie, bowiem 23 kwietnia ogłoszono wycofanie z niej bombowców. Pentagon nie podał uzasadnienia takiej decyzji, ale w grę wchodzi też obawa przed zarażeniem załóg koronawirusem SARS-CoV-2. Z drugiej strony, zaledwie kilka dni później B-1 pojawiły się na ćwiczeniach w Japonii. Wycofanie bombowców z Guamu wpisuje się więc równie dobrze w dispersed lethality i realizację wprowadzonej w roku 2018 strategii zmniejszania przewidywalności rozmieszczenia amerykańskich sił na świecie.

Kaperstwo wraca do łask?

Inne pomysły przedstawiane Pentagonowi sięgają jeszcze dalej w przeszłość. Na początku 2019 pojawiły się głosy za uzbrajaniem statków handlowych. Pomysł zakłada wyposażenie kontenerowców i tankowców w 30-50 pionowych wyrzutni pocisków rakietowych. Uzbrojone statki nie otrzymywałyby zaawansowanych systemów elektronicznych i odpalałyby pociski według danych podawanych przez okręty wojenne. Tym sposobem za stosunkowo niewielkie pieniądze zwiększona miałaby zostać siła ognia zespołów floty. W zależności od zakresu prac koszt przebudowy szacowany jest na 25-50 milionów dolarów.

Pomysł, chociaż z pozoru szalony, ma swoje zalety. W trakcie obu wojen światowych uzbrojone statki handlowe wykorzystywano do obrony konwojów, co pozwalało skierować okręty do innych zadań lub uzupełnić niedobory eskortowców. Duże jednostki cywilne są też relatywnie odporne na ciosy, co można także poprawić w ramach przebudowy. Za zadaniami eskortowymi przemawia jeszcze jeden fakt: zwykłe kontenerowce i tankowce nie są w stanie nadążyć za zespołami floty.

Uzbrajanie statków handlowych było na przestrzeni dziejów powszechną praktyką, podobnie jak kolejny pomysł zgłoszony na łamach „Proceedings” przez pułkownika US Marine Corps w stanie spoczynku Marka Canciana i analityka Brandona Schwartza, którzy postulują powrót do kaperstwa. Założenie obu autorów jest następujące: w związku z dużą zależnością chińskiej gospodarki od importu węglowodorów i eksportu, najlepszą drogą do uderzenia w Chiny jest atak na flotę handlową.

Z jednej strony chińska marynarka wojenna nie jest, jak już wspomniano, zdolna do utrzymywania przez długi czas silnych zespołów daleko od wód macierzystych; z drugiej jednak trudno oczekiwać, by US Navy odsyłała cenne niszczyciele do polowania na statki handlowe. Cancian i Schwartz proponują skorzystanie z firm świadczących usługi wojskowe, takich jak Blackwater. Przedsiębiorstwa te udowodniły już, że są zdolne do prowadzenia operacji morskich, kierując około 40 prywatnych patrolowców przeciwko somalijskim piratom.

Kaperstwo to piractwo w wykonaniu prywatnych armatorów, podejmujących ten proceder na podstawie otrzymanych od rządu listów kaperskich. To odróżnia ich od korsarzy, którzy są „profesjonalnymi” piratami działającymi na zlecenie rządu. Wprawdzie oba procedery zostały zakazane deklaracją paryską z roku 1856, ale ani USA, ani Chiny jej nie ratyfikowały. Co więcej, w amerykańskim prawie zachowały się przepisy dotyczące pryzu, czyli zajętych statków i ładunków. Właśnie sprzedaż pryzu miałaby być głównym źródłem finansowania kaperstwa w XXI w. Zdaniem Canciana i Schwartza, uchwalenie odpowiednich przepisów przez Kongres i organizacja floty kaperskiej powinny zająć kilka tygodni od wybuchu konfliktu.

Także tutaj pojawiają się liczne problemy. Pierwszym jest to, czy i w jaki sposób Chiny zabezpieczą się przed takim asymetrycznym zagrożeniem. Drugi problem to poważne wyzwanie dla amerykańskiej dyplomacji, która będzie musiała stale naciskać na państwa sprzymierzone i neutralne, by pogodziły się z działalnością kaprów.

Jak widać, USA szukają wszelkich możliwych sposobów na neutralizację chińskiej strategii A2/AD i na poziomie teoretycznym robią to skutecznie. COVID-19 wprowadził do tej gry nowy czynnik, którego skutki dopiero poznany. Z pewnością nie można mówić o radykalnej zmianie sytuacji na niekorzyść Waszyngtonu. Pandemia rozpoczęła się przecież w Chinach, i tak długo, jak nie poznamy realnych szkód, jakie tam poczyniła, nie można przedstawić konkretnych wniosków. Piłka jest cały czas w grze, a obie strony mają swoje atuty i słabe punkty.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, doktorant na wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Wiedeńskiego, publicysta, tłumacz, redaktor portalu Konflikty.pl. Związany z Instytutem Boyma, gdzie zajmuje się sprawami bezpieczeństwa, konfliktami oraz zbrojeniami.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz