Newsletter

Wiele zależy od uczelni

Ustawa 2.0 budzi wiele kontrowersji, jednocząc w krytyce przedstawicieli zarówno lewicy, jak i konserwatystów. Nowe prawo nie przesądza jednak tego, w jaki sposób mają być zorganizowane szkoły wyższe – dużo zależy od samych uczelni

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Reforma szkolnictwa wyższego jest na ostatniej prostej. 3 lipca Sejm przyjął ustawę Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (nazywaną Ustawą 2.0, Konstytucją dla nauki lub ustawą Gowina). W tym tygodniu będzie nad nią obradować Senat, jednak nie zanosi się na znaczące poprawki, trudno spodziewać się też weta ze strony głowy państwa. Nowe prawo zacznie obowiązywać od 1 października tego roku. Już teraz można sformułować kilka uwag na jego temat, jednak z pełną oceną skutków trzeba poczekać co najmniej do czasu, aż uczelnie dostosują do nowego prawa swoje przepisy wewnętrzne oraz do momentu, gdy światło dzienne ujrzą rozporządzenia regulujące m.in. kwestie listy dyscyplin naukowych, listy wydawnictw punktowanych oraz sposobu oceny dorobku naukowego.

Konserwatyści zarzucają ustawie, że między innymi spowoduje likwidację mniejszych ośrodków akademickich

Ustawa budzi wiele kontrowersji, jednocząc w krytyce przedstawicieli zarówno lewicy, jak i konserwatystów. Co ciekawe, wiele z zarzutów pojawia się równocześnie po obu stronach barykady. Związany z „Krytyką Polityczną” dr hab. Maciej Gdula wskazuje, że nowe prawo przez dalsze owskaźnikowanie pracy badawczej przekształci kulturę organizacyjną uczelni, upodabniając ją do korporacyjnej, osłabi tym samym samorządność na uczelniach oraz doprowadzi do podporządkowania polskiej nauki globalnym modom naukowym. Konserwatyści natomiast, reprezentowani przez profesorów Jacka Bartyzela i Włodzimierza Bernackiego, zarzucają ustawie, że między innymi spowoduje likwidację mniejszych ośrodków akademickich, ograniczając dotychczasowe sposoby ich finansowania, doprowadzi też do zapaści polskiej humanistyki przez premiowanie publikacji w języku angielskim. Wskazywano również, że nowe prawo wprowadzi „rewolucję doktorów” – umożliwiając osobom z tytułami doktora pełnienie funkcji na uczelniach.

Faktycznie niektóre z wyżej wskazanych obaw mogą się ziścić, zwłaszcza te związane z losem niewielkich ośrodków akademickich oraz z sytuacją nauk humanistycznych i społecznych. Bardzo wiele zależy jednak od tego, w jaki sposób uczelnie i kierujący nimi rektorzy wykorzystają nowe przepisy (to oni przygotowują projekty nowych statutów). Nowe prawo nie przesądza bowiem tego, w jaki sposób mają być zorganizowane szkoły wyższe. Wiąże się z tym pewne ryzyko, współgrające zresztą z liberalnym duchem ustawy – uczelnie zyskały możliwość zorganizowania się na nowo, czy zrobią to lepiej niż do tej pory – dopiero się okaże.

Prawdopodobnie ustawa będzie zachęcać do pomnożenia struktur biurokratycznych. Logika nowego prawa zrywa z wydziałowym zorganizowaniem szkół wyższych. Środki z budżetu państwa będą przyznawane uczelniom za wyniki badań prowadzonych w określonych na nowo przez ministerstwo (w osobnym rozporządzeniu) ok. 40 dyscyplinach. Oznacza to, że choć ustawodawca umożliwia uczelniom likwidację wydziałowej struktury uczelni, to jednak trzeba jasno powiedzieć, że trudno ją sobie wyobrazić. Po pierwsze wydziały (i instytuty/zakłady) zajmują się głównie zarządzaniem procesem dydaktycznym i kwestiami studenckimi. Po drugie, osoby aktualnie pełniące funkcje dziekanów, prodziekanów, dyrektorów, kierowników, itp. nie będą zainteresowane zdegradowaniem swojej pozycji w ramach nowej struktury. W praktyce może się zatem okazać, że na państwowych uczelniach obok dotychczasowym rad wydziałów (i rad instytutów) pojawią się nowe ciała kolegialne – rady ds. dyscyplin. Z perspektywy nowej ustawy będzie to uzasadnione – zarządzanie badaniami w ramach dyscyplin (idących w poprzek dotychczasowej wydziałowej organizacji) wymagać będzie jednak osobnego aparatu biurokratycznego.

Rady uczelni, dobrze znane na zachodzie Europy, będą dodatkowym ciałem kolegialnym w uczelniach publicznych. Pomysł ich powołania spotkał się z żywym oporem części środowiska akademickiego. Ministerstwo pierwotnie planowało, by zasadniczym celem rad było zbliżanie badań naukowych do oczekiwań świata gospodarki. Miało być to zagwarantowane przez zdominowanie ich składu przez osoby spoza świata akademickiego oraz nadanie im kompetencji wskazywania rektora. Finalnie ministerstwo wycofało się ze swoich propozycji – w obecnym projekcie ustawy, rada uczelni pełni głównie funkcje opiniodawcze i monitorujące. Przy tak sprofilowanym zakresie obowiązków zastrzeżenie budzi fakt pozostawienia zapisu o wynagrodzeniach jej członków (6 lub 8) – maksymalnie 67% minimalnego miesięcznego wynagrodzenia profesora (co oznacza między ok. 350 000 a 500 000 złotych rocznie za całą radę). Na pośpiech w dokonywaniu zmian może wskazywać, fakt, iż w ustawie radę uczelni wymieniono jako pierwszy w kolejności organ uczelni, przed rektorem i senatem.

Osłabienie funkcji rady uczelni spowoduje wzrost kompetencji senatu i rektora. W przypadku senatu skład został sztywno w ustawie określony: co najmniej 50% mają stanowić profesorowie (w tym uczelniani), co w praktyce utrzymuje dotychczasowy podział władzy w uczelniach publicznych pozostawiając ją w rękach tzw. samodzielnych pracowników naukowych. Co do rektorów, może się okazać, że wiele uczelni przyjmie statuty, w których to rektor będzie np. wskazywać dziekanów, a ci będą z kolei będą mieć wpływ na wybór kierowników instytutów (jeśli te funkcje zostaną utrzymane). Tym samym wymiana władz w uczelniach publicznych może przypominać w przyszłości wymianę administracji centralnej w Stanach Zjednoczonych.

Na znaczeniu zyskają publikacje w językach obcych (głównie angielskim) w zagranicznych czasopismach, co grozi ograniczeniem zainteresowania lokalnymi tematami na rzecz wątków i metodologii globalnie modnych

W dłuższej perspektywie czasu ministerstwo dąży do skoncentrowania potencjału badawczego w dużych ośrodkach akademickich, często kosztem mniejszych uczelni, których rolą będzie dostarczanie odpowiednio wykształconej kadry gospodarce. Jednym z instrumentów służących temu celowi jest ocena uczelni. Jej dokładne wytyczne będą znane dopiero, gdy MNiSW wyda odpowiednie rozporządzenia wpływające na punktację efektów działalności naukowej. Sama ustawa wskazuje już, że aby móc poddać się ewaluacji, w uczelni musi być zatrudnionych co najmniej dwunastu pracowników prowadzących w danej dyscyplinie działania naukowe – ze względów finansowych (koszt etatów) spełnienie tego wymogu może dla mniejszych ośrodków akademickich okazać się niezwykle trudne i doprowadzi do zmiany ich charakteru z jednostek naukowo-dydaktycznych na wyłącznie dydaktyczne. Co ważne, przejście ewaluacji jest również wymogiem koniecznym, by uczelnia mogła samodzielnie, bez zgody ministra, kształtować ofertę dydaktyczną, prowadzić szkołę doktorską (wymóg prowadzenia badań w co najmniej dwóch dyscyplinach) i otrzymać środki z budżetu państwa m.in. na podtrzymanie potencjału badawczego.

Na znaczeniu zyskają publikacje w językach obcych (głównie angielskim) w zagranicznych czasopismach, co z jednej strony jest niezbędne, jeśli polscy naukowcy chcą rywalizować o międzynarodowe granty badawcze, ale z drugiej grozi ograniczeniem zainteresowania lokalnymi tematami na rzecz wątków i metodologii globalnie modnych. Dla przykładu, temat pracy badawczej np. o drzewostanie jakiejś polskiej puszczy (temat ze względu na cykl życia lasu realizowany przez pokolenia badaczy) niekoniecznie zainteresuje naukowców obcojęzycznych (a tym samym trudno będzie pracę tę opublikować w renomowanych zagranicznych czasopismach). Z drugiej strony np. badanie konkretnego porostu występującego w USA może cieszyć się zainteresowaniem anglojęzycznych naukowców, co jednak nie przyniesie państwu polskiemu wielkich korzyści.

Efekty działania Ustawy 2.0 obarczone są dużym ryzykiem, oznacza to, że zarówno mogą przynieść zmiany pozytywne, jak i negatywne. Do sformułowania pierwszych ocen trzeba będzie jednak poczekać co najmniej do 1 października 2019 roku.