Newsletter

Za czarnym supłem minuskuły

Powieści przygodowe dla nastolatków roją się od odnalezionych na strychu szabel i pergaminów. Co bardziej zapaleni ich czytelnicy dostają się później na wydział historii, by przekonać się, że tak jest rzeczywiście

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

To była radość, zaryzykowałbym, trwalsza niż z wygranego meczu, dubeltowa. Dwa odkrycia, niemal dzień po dniu: najpierw pełna wersja „Rozmów Mistrza Polikarpa ze Śmiercią”, prawdziwy rarytas XVI-wiecznych rozważań nad kruchością życia doczesnego, a w chwilę potem – sztandar konfederatów barskich. Za długo byłoby czekać, aż zobaczę je na wystawach: klikam zdjęcia na ekranie monitora, powiększając obraz, aż zacznie się strzępić na piksele. Widać, jak powiedzieliby esteci z Vogue, „kolory ziemi”: kość słoniową pergaminu, ciepłą popielatość płótna, rdzawe szramy po inicjale, tłustą szarość liter i, na pamiątkę po dawno odpadłej blaszce, maźnięcie grynszpanu jak ślad po szmince. Dwa kęsy naszej historii, tak wspaniale odrębne, niewpisujące się w nudne zakładki, którymi uplisowano przez ostatnich kilkanaście lat całą przeszłość, stwarzając wrażenie, jakby składała się ona jedynie z „wyklętych” i „okrągłostołowców”.

Ujmujący jest fakt, że obu tych odkryć dokonano niczym liścia w lesie – w muzeach. Oczywiście, wiadomo, że „rzeczy ludzkie”, pamiątki po literaturze i wspólnocie, odnajduje się najczęściej właśnie wśród ludzi. Powieści przygodowe dla mądrych nastolatków roją się od odnalezionych na strychu szabel, pergaminów ukrytych za ramą lustra, cudem ocalałych pieczęci Rządu Narodowego (Niziurski!). Co bardziej zapaleni ich czytelnicy dostają się później na wydział historii czy ścieżkę konserwatorską ASP, by przekonać się, że tak jest rzeczywiście. Plebanie, szafki kuchenne, sekretarzyki i magazynki kryją skarby, o których najwięcej wiedzą panowie, z godną podziwu bezinteresownością ogłaszający się na przystankach i gazetkach osiedlowych jako „Sprzątanie piwnic wywóz gratis”. Oczywiście, najwięcej nieznanych wątków i spraw znaleźć można wśród kilometrów akt, z założenia przez nikogo nieprzeczytanych w całości. Ale żeby dokonywać odkryć w świątyniach zagospodarowanej już pamięci, jakimi są muzea?

Jak widać, tak bywa: istnieją placówki, całkiem niedaleko Warszawy, którym za całe narzędzie wyszukiwania zbiorów starczyć musi „Księga inwentarzowa”, ta sama od roku powołania muzeum w roku 1960, wypełniana najpierw piórem, potem plamiącymi długopisami Inco-Veritas, wreszcie BIC-em, różnymi duktami pisma. Są i takie, potężniejsze, w których na mocy czyjegoś kaprysu zdjęcia i opisy eksponatów gromadzone są w arkuszach Excela (perwersja technologiczna, wobec której bledną legendarne wyczyny w rodzaju wbijania gwoździ kamerą czy używania laptopa jako deski do krojenia pomidorów i cebulki). Także dzięki temu odkrycia dokonywane w rozpoznanych już na pozór zasobach zdarzają się stale: nie dalej jak cztery lata temu w krakowskim Archiwum Narodowym odkryto nieznany rękopis z X wieku (komentarz do Cycerona tkwił w najlepsze na wierzchu oprawy XVI-wiecznej księgi sądowej), w zasadzie powtarzając zresztą – niczym w jubileuszowej inscenizacji – myk, od którego zaczynają się dla wielu nowoczesne badania nad historią literatury polskiej: odkrycie w roku 1890 przez Aleksandra Brücknera w oprawie książki fragmentów „Kazań Świętokrzyskich”.

Istnieją placówki, całkiem niedaleko Warszawy, którym za całe narzędzie wyszukiwania zbiorów starczyć musi „Księga inwentarzowa”, ta sama od powołania muzeum w roku 1960, wypełniana najpierw piórem, potem plamiącymi długopisami Inco-Veritas, wreszcie BIC-em, różnymi duktami pisma

Mógłby się na to nachmurzyć ktoś z NIK lub może raczej jury przyznającego „Sybillę”, najważniejszą nagrodę muzealników; filozof uznałby może całe wydarzenie za dobry pretekst, by przypomnieć wezwanie Greków do „poznania siebie samego” i rewidowania utartych wyobrażeń, do przeglądania na nowo zasobów i faktów, które zawsze ułożyć się mogą w nieoczekiwany wzór, w nowy pasjans, ukazać nieznany dotąd sens. Ja widzę w tym szansę – jeśli nie na pisany dużymi literami „renesans historii”, to w każdym razie na powrót radości, jaką daje obietnica niepowtarzalności, samodzielnego dokonania odkrycia.

Nauki ścisłe mocno się nam bowiem wyalienowały. Można nabożnie kartkować stare roczniki „Scientific American” i „Młodego Technika”, ale dawne wzruszenia nie wrócą, nie pociąga już ani romantyzm budów, ani „wielkiej chemii”. Na festiwalach nauki znużeni animatorzy walczą o uwagę widzów błyskotliwymi sztuczkami (ale czy dziesiąta z kolei róża zesztywniała w ciekłym azocie równie olśniewa?), przelewają różnobarwne płyny niczym za kontuarem baru „Flaming” albo w opowiadaniu o Mikołajku, Ananiaszu i zestawie „Młody Chemik”, ale prawdziwych odkryć dokonuje się gdzieś indziej, daleko, za barierą miliardowych budżetów. Przynoszą nam one głównie kolejne, jednakowo trudne do rozróżnienia dla bakterii i budowlańców mutacje poliwęglanów i antybiotyków. Jeden Elon Musk potrafi może stać się jeszcze przez chwilę bohaterem masowej wyobraźni, ale stoją za tym, nie oszukujmy się, dywizje PR-owców i podszyte lękiem przez przyszłością marzenia o „nowych technologiach”. Nawet nowe gatunki zwierząt odkrywane są współcześnie nie na czatach w dżungli, lecz podczas zestawiania sekwencji DNA, nota bene też często wydobytego z zachowanych w gablotach strzępków futer i okruchów czaszek: tak odkryto przed kilku laty „nietoperza złotego”, niestety, już nie w Birmie, gdzie w międzyczasie został wytępiony, lecz w skrzyni ze strychu Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie.

Tymczasem sztandary, dukaty i rękopisy okazują się tkwić o krok, za płatem krzywo przyklejonego forniru, za czarnym supłem minuskuły, i dla wielu w ich niepowtarzalności tkwi ocalenie przed „wielką liczbą”, przed kosmosem repetycji. W ich zachowaniu nasza radość: tak wiąże się sznur pokoleń.