Newsletter

W obronie historii stosowanej

Pułapka Tukidydesa nie jest mechanizmem wynikającym z układu geograficznego. Nie jest też „niepowstrzymanym prawem”. Polemika z Michałem Lubiną

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

W (bez dwóch zdań potrzebnej) dyskusji na temat geopolityki, jako takiej i tego, czy Chiny i Stany Zjednoczone zmierzają nieubłagalnie do konfliktu, którą to dyskusję rozpoczął dr Michał Lubina, zupełnie niesłusznie „oberwało się” Grahamowi Allisonowi i koncepcji pułapki Tukidydesa. Niesłusznie, ponieważ Graham Allison w tym wypadku nie tyle uprawia klasyczną geopolitykę, co raczej zupełnie inną dziedzinę, określaną jako „historia stosowana” (ang. applied history).

Allison zaznacza, że mechanizm pułapki Tukidydesa funkcjonuje tak samo w biznesie, czy w rodzinie

W swojej książce „Skazani na wojnę? Czy Ameryka i Chiny zmierzają do starcia” (w angielskim oryginale: „Destined for War: Can America and China escape Thucydides’s Trap”) Allison przestrzega Stany Zjednoczone oraz ChRL przed tzw. „pułapką Tukidydesa”. Istotę tego mechanizmu sformułował w Starożytności grecki historyk Tukidydes, opisując okoliczności, które doprowadziły do wyniszczającej wojny między Spartą a Atenami. W dużym uproszczeniu, Tukidydes stwierdził, że istniejące dominujące mocarstwo oraz inne państwo dopiero aspirujące do takiego statusu, bardzo łatwo mogą pogrążyć się w konflikcie. Konflikt taki mogą wywołać wydarzenia pozornie błahe. Wynika to z faktu, że mocarstwo dominujące każdy krok ze strony rywala, nawet niewinny, postrzega jako element strategii wymierzonej w swoją pozycję. Z drugiej strony, mocarstwo wschodzące, czy aspirujące, każdy krok ze strony dotychczasowego hegemona uważa za działanie nakierowane na ograniczenie swoich możliwości wzrostu.

Na samym początku chciałbym zaznaczyć, że część zastrzeżeń dr Lubiny pod adresem geopolityki zasadniczo podzielam – przede wszystkim zgadzam się z nim, iż zjawiska geopolityczne nie są w stanie wyjaśnić same rzeczywistości politycznej (ale też wielu specjalistów od geopolityki wcale nie twierdzi, że tak jest). Rację ma też dr Lubina, że geopolityka posiada silne skłonności deterministyczne, inaczej rzecz ujmując: skłonność do twierdzenia, iż wszystko nieuchronnie zmierza w określonym przez jej „zasady” kierunku. Tyle, że książka Allisona oraz mechanizm pułapki Tukidydesa wcale nie są deterministyczne. Innymi słowy, Allison wcale nie pisze, że wojna między USA a Chinami jest nieunikniona.

Pułapka Tukidydesa nie wynika z geograficznego determinizmu

W swoim tekście dr Lubina stwierdza, że Allison pisze o „nieuniknionej” wojnie między Stanami Zjednoczonymi i Chinami, która ma wynikać z „odwiecznych praw geopolityki”. Zdaniem Lubiny, Tukidydes wcale nie sformułował teorii nieuniknionej pułapki, ale akcentował rolę decyzji podejmowanych przez jednostki odpowiedzialne za losy narodów. Tym samym, jak pisze dr Lubina, jeśli jakaś wojna wybuchnie lub nie, to będzie to rezultatem decyzji tych jednostek, dobrych lub złych. I tutaj Graham Allison i Michał Lubina mogliby podać sobie rękę, ponieważ dokładnie tak samo pisze amerykański badacz, którego polski naukowiec w tym wypadku zupełnie niezasadnie krytykuje.

Po pierwsze, pułapka Tukidydesa nie jest mechanizmem wynikającym z układu geograficznego (a w tym aspekcie najsilniejsze tendencje do determinizmu posiada geopolityka, uznając, iż geografia „popycha” aktorów na scenie międzynarodowej do określonych działań raz za razem). Jest to raczej prawidłowość psychologiczna (tak jak i wiele „praw” ekonomii). W rzeczy samej, Allison zaznacza, że mechanizm pułapki Tukidydesa funkcjonuje tak samo w biznesie, czy w rodzinie. Na przykład jeśli w danym sektorze gospodarki dotychczasowy hegemon natrafia na szybko rosnącego konkurenta, wielokrotnie dochodzi do zwarcia, tylko że na polu rynkowym. A w stosunkach rodzinnych: jeśli jeden członek rodzinny zaczyna, powiedzmy, więcej zarabiać i osiągać niż dotychczasowa „duma rodziny” (albo jej główny chlebodawca), to czyż często nie występuje konflikt?

Analogiczne mechanizmy, w ocenie Allisona, występują w stosunkach międzynarodowych. Obecny, w danym momencie, hegemon czuje się zagrożony przez nowego rywala. Z drugiej strony, nowe mocarstwo ma wrażenie, że hegemon nic tylko chce rzucać mu kłody pod nogi. W rezultacie powstaje splot nieporozumień i wzajemnych oskarżeń. Z czasem ładunek negatywnych emocji jest tak silny, że jakaś pozornie nieistotna z perspektywy interesów mocarstw drobnostka może doprowadzić do wybuchu wojny.

Pułapka Tukidydesa, jak zaznacza amerykański badacz, to tylko pewna możliwość, której można uniknąć, jeśli osoby zajmujące odpowiedzialne stanowiska w Pekinie oraz w Waszyngtonie, będąc świadome jej istnienia, odpowiednio pokierują swoimi państwami

Pułapka Tukidydesa, jako pewien mechanizm, brzmi zatem dość zdroworozsądkowo. I w istocie, zaobserwowałem ten mechanizm w pracy badawczej, kiedy jeszcze nawet nie wiedziałem, że został fachowo opisany. Moje „odkrycie” dotyczyło amerykańskiej wojny domowej (wojny secesyjnej).

Stany Południowe dominowały przez pierwsze kilka dekad niepodległości w życiu politycznym Stanów Zjednoczonych, stamtąd pochodziła większość wysokich rangą funkcjonariuszy federalnych, to również Stany Południowe miały niejednokrotnie decydujący głos w kongresie. Tymczasem, wzrost gospodarczy i ludnościowy powodował, iż co raz więcej do powiedzenia miały (i chciały mieć) Stany Północne. W ten sposób rozpoczęła się trwająca ponad dwie dekady (od lat 40 XIX wieku) spirala wzajemnych oskarżeń. Południowcy twierdzili, że mieszkańcy Północy mają zamiar zniszczyć ich „wyjątkowy sposób życia” (czyli porządek społeczny oparty na niewolnictwie), ci drudzy z kolei uważali, iż Południe chce ich „zakuć w kajdany jak swoich niewolników”.

Na tym przykładzie widać też jednak dobrze, że nie wolno jednak traktować pułapki Tukidydesa jako wyłącznej siły wyjaśniającej konflikty: wojna secesyjna wybuchła nie tylko z powodu konieczności dostosowania równowagi potencjałów w obrębie Stanów Zjednoczonych, ale miała też bardzo silne przyczyny ideologiczne (Północ nie chciała dopuścić do rozpadu Unii, aby udowodnić, że duże państwo demokratycznie rządzone przez obywateli, a nie przez królów i arystokratów, potrafi się ostać), a także strategiczne (powstanie drugiego państwa w Ameryce Północnej byłoby wykorzystywane przez mocarstwa europejskie do blokowania Stanów Zjednoczonych). Warto tę lekcję historii również zapamiętać, ponieważ wojny wybuchają z różnych powodów, nie tylko z powodu różnic w bilansie sił.

Po drugie, Allison wcale nie postrzega pułapki Tukidydesa jako jakiegoś „odwiecznego” i „niepowstrzymanego prawa”. Wręcz przeciwnie, raz za razem zaznacza, że wszystko zależy (dokładnie tak jak pisze dr Lubina w swoim tekście krytycznym) od jednostek. Pułapka Tukidydesa, jak zaznacza amerykański badacz, to tylko pewna możliwość, której można uniknąć, jeśli osoby zajmujące odpowiedzialne stanowiska w Pekinie oraz w Waszyngtonie, będąc świadome jej istnienia, odpowiednio pokierują swoimi państwami.  Allison wielokrotnie wskazuje, że np. I Wojny Światowej można by uniknąć, gdyby za sterami polityki Niemiec wciąż siedział ktoś pokroju Bismarcka.

Historyczne precedensy pokazują, że wybuch konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami jest bardziej niż mniej prawdopodobny, ale wcale nie jest nieunikniony. Allison opisuje też sytuacje, w których mocarstwo dominujące w danym momencie oraz mocarstwo wschodzące koegzystowały i nie doszło między nimi do wybuchu wojny, pokazując przykład Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii na przełomie wieków XIX i XX, czy USA oraz ZSRR (tutaj zdarzały się konflikty „przez pośredników”, ale pełna „gorąca” wojna nie miała miejsca).

Historia stosowana to nie geopolityka

Istota zarzutów dr Lubiny wynika – przynajmniej moim zdaniem – z błędnego zaliczania książki Grahama Allisona do nurtu geopolityki, podczas gdy powinno patrzeć się na nią przez pryzmat tzw. „historii stosowanej”. Oddaję dr Lubinie sprawiedliwość co do jednego – Allison wspomina w swojej książce koncepcje klasyków geopolityki, Mackindera, czy Mahana. Ale robi to incydentalnie i przedstawia je raczej, jako pewne doktryny, które rządziły spojrzeniem na świat decydentów.

W rzeczy samej, Allison już na pierwszych stronach książki wskazuje, iż powstała ona w ramach projektu „historii stosowanej” realizowanego na Harvardzie. Jest to projekt, którego współpomysłodawcą jest słynny szkocki historyk Niall Ferguson, autor takich książek jak: „Potęga pieniądza”, czy „Cywilizacja”. Jak można przeczytać w manifeście, opublikowanym ponad dwa lata temu w magazynie „The Atlantic”, historia stosowana to próba „naświetlenia obecnych wyzwań przez analizę historycznych precedensów i analogii”. W rzeczy samej, jak pisałem również dwa lata temu na łamach „Rzeczpospolitej”, autorzy tego projektu wzywali nowego lokatora Białego Domu do ustanowienia prezydenckiej rady historyków, na wzór prezydenckiej rady ekonomistów. Może do powołania samej rady nie doszło, natomiast Graham Allison został zaproszony na długą rozmowę na temat ryzyka konfliktu z Chinami po wygraniu wyborów przez Donalda Trumpa.

Oczywiście, takie podejście to nic oryginalnego – już Starożytni Rzymianie mawiali, że historia jest nauczycielką życia. Z tych samych względów Tukidydes napisał swoją „Wojnę peloponeską”, aby potomni mogli uczyć się na błędach Ateńczyków i Spartan. W takich samych kategoriach myśleli amerykańscy Ojcowie Założyciele. Dla nich historia była wielkim laboratorium, z którego starali się wyławiać sytuacje podobne do obecnych stojących przed nimi wyzwań.

Historia stosowana, jako taka, ma nieco skromniejsze ambicje niż geopolityka – chce ostrzegać, skłaniać do refleksji, a nie przepowiadać przyszłość

I ponownie, w historii stosowanej wcale nie chodzi o próbę tworzenia jakichś deterministycznych „praw historii” lub o stawianie twardych prognoz. Zwracają na to uwagę Ferguson i Allison w manifeście, wskazując iż historycy „nie mają szklanej kuli”, z której mogą wróżyć.  Aby dobrze zrozumieć historię stosowaną, warto zajrzeć do bibliografii zamieszczonej na stronie internetowej tego projektu. Znajduje się tam książka uznanego historyka Rewolucji Amerykańskiej, Gordona S. Wooda p.t. „Cel przeszłości: rozważania o możliwych sposobach wykorzystania historii” (j. ang. „Purpose of the Past: Reflections on the Uses of History”). Gordon Wood wyjaśnia w niej, że historia stanowi szczepionkę na „utopizm”, inaczej niż socjologia, politologia, psychologia, czy inne nauki, historia nie „buduje pewności siebie” w zarządzaniu „przyszłymi sprawami ludzkości”, ale raczej skłania do przezorności, czy sygnalizuje zagrożenia. Zdaniem Wooda, we współczesnym nieostrożnym świecie, taki pożytek z historii to i tak całkiem sporo. Kto zna historię, ten wie, że sprawy nie zawsze idą w dobrym kierunku, a nawet najszlachetniejsze intencje mogą mieć straszliwe konsekwencje.

Oczywiście, w geopolityce sporo jest prób „stosowania historii” – to w końcu historyczne przykłady są wykorzystywane na potwierdzenie wpływu geografii na życie narodów, tego, że zawsze lub przeważnie, dane państwo zachowywało się tak i tak, ponieważ w taki sposób oddziałuje na nie geografia. Powiedziałbym jednak, że historia stosowana, jako taka, ma nieco skromniejsze ambicje niż geopolityka – chce ostrzegać, skłaniać do refleksji, a nie przepowiadać przyszłość. Myślę, że tak rozumiana rola historii jest bliska również sercu oraz wrażliwości badawczej dr Lubiny.

Chiny i Stany Zjednoczone mogą uniknąć konfliktu

W tym, o czym pisze Allison, nie ma żadnego determinizmu, ani fatalizmu. Świat wcale nie zmierza nieuchronnie w stronę gorącej wojny między Stanami Zjednoczonymi oraz Chinami. Nie można jednak zamykać oczu na istnienie takiego ryzyka. Cała książka Allisona to właśnie ćwiczenie z historii stosowanej, swojego rodzaju znak ostrzegawczy.

W tym, o czym pisze Allison, nie ma żadnego determinizmu, ani fatalizmu

Najlepiej za podsumowanie posłużą tutaj słowa samego Allisona, który odrzuca zarówno naiwne przekonanie o tym, że wojna jest niemożliwa, jak i fatalistyczne wieszczenie tego, że na pewno wybuchnie. Jak pisze Allison w przedmowie oraz ponownie w zakończeniu swojej książki: „Odrzucenie istnienia pułapki Tukidydesa nie spowoduje, że stanie się mniej realna. Uznanie jej istnienia, nie oznacza prostego zaakceptowania jakiegokolwiek przebiegu wydarzeń. Jesteśmy dłużni przyszłym pokoleniom, aby zmierzyć się z jedną z najbardziej brutalnych historycznych tendencji oko w oko i zrobić wszystko na przekór szansom. […] Wiemy, że Szekspir miał rację: nasze przeznaczenie nie jest zapisane w gwiazdach, ale należy do nas samych.”. Żeby skończyć optymistycznym akcentem, można powiedzieć jedno: zarówno przywódcy Chin, jak i Stanów Zjednoczonych w swoich publicznych wypowiedziach pokazują, iż zdają sobie sprawę z istnienia pułapki Tukidydesa – a wiedzieć, że ma się problem, to pierwszy krok na drodze do przezwyciężenia go.

Na samym końcu jestem winien słowo podziękowania dr Lubinie – jego praca i wykłady słuchane w Internecie – obok działalności dr Radosława Pyffla, czy dr Jacka Bartosiaka, kilka lat temu pokazały mi, że o sprawach historii, instytucji, spraw międzynarodowych można mówić ciekawie i że są one warte zainteresowania.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej