Newsletter

Koniec Nowoczesnej. Zostanie tylko PO-PiS?

Utrwalanie się duopolu PO i PiS nie jest dla nas dobre. Naganianie im sojuszników metodą szantażu emocjonalnego tylko pogłębia sytuację, w której zamiast „Jaka Polska?” pytamy: „Czyja?”

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Trochę żal Nowoczesnej, która formalnie nadal istnieje, ale jej los – po odejściu grupy posłów do Platformy Obywatelskiej i skurczenia się reprezentacji parlamentarnej do koła – jest już chyba przesądzony. Nawet ktoś, kto się z nią nie zgadza przyzna, że to partia wyraziście liberalno-demokratyczna, próbująca przeszczepić na grunt polski wzorce tego typu partii z zachodniej Europy. Nieco oldskulowa w swym balcerowiczyzmie, zaczynała jako „partia OFE”, która wyrosła m.in. na sprzeciwie wobec zmian w systemie emerytalnym przeprowadzonych przez rządy PO-PSL. Teraz kończy jako posiłek tej pierwszej.

Cokolwiek by o Nowoczesnej sądzić, był to dość wyrazisty ideowo głos w opozycji. Teraz po zdecydowanie anty-PiSowskiej stronie zostanie tylko magma w postaci Platformy Obywatelskiej – być może jeszcze przez jakiś czas występująca pod nazwą „Koalicja” – która nie ma ideowej treści. PO to partia, która potrafi krytykować 500+ na drugie i kolejne dzieci za rozdawnictwo, by za chwilę domagać się świadczenia dla wszystkich dzieci. Ugrupowanie, które tak zarzuciło konserwatywną kotwicę, że aż wyrzuciło ze swych szeregów posłów głosujących przeciwko projektowi luzującemu ustawę aborcyjną. W obu tych kwestiach Nowoczesną trudno posądzić o hipokryzję – nawet jeśli nie zgadzamy się z jej podejściem. Próbowała traktować KO jako mozaikę, choć bez przesady, bo i wyczuwając słabość konserwatywnego skrzydełka potrafiła beznamiętnie doprowadzić do wycięcia Kazimierza Michała Ujazdowskiego z kandydatury na prezydenta Wrocławia.

Ciekawszym zagadnieniem niż dalsze losy polityczne Kamili Gasiuk-Pihowicz i jej kolegów jest to, co może stać się dalej z naszą sceną polityczną

Teraz główny trzon opozycji jest już oficjalnie magmą. To efekt postawienia sobie za jedyny cel odsunięcie PiS od władzy. Nowoczesna zaryzykowała wpisanie się w ten scenariusz tworząc z PO wspólny komitet wyborczy do samorządów. I przegrała. Oczywiście winne są także indywidualne błędy poszczególnych polityków, choćby eskapada na Maderę Ryszarda Petru i Joanny Schmidt w czasie, w którym ponoć trwały najcięższe walki o demokracje. Okazało się, że sytuacja nie była na tyle poważna, by nie pozwolić sobie na romantyczną wycieczkę we dwoje.

Teraz też nie jest aż tak dramatycznie, by problemów koalicjanta Grzegorz Schetyna nie mógł wykorzystać do cementowania swojej pozycji lidera opozycji, nawet kosztem utraty części poparcia. Przyjmując ochoczo do „wspólnego” klubu PO-KO uciekinierów z Nowoczesnej, a de facto będąc współsprawcą rozłamu w niej pokazuje, że sam nie traktuje serio opowieści o wyborach parlamentarnych w 2019 roku jako ostatecznej bitwy o wolność i demokrację, jaką próbuje sprzedać wyborcom. To po prostu polityczny business as usual – a w ramach tej logiki trudno mieć mu za złe, że wykorzystuje słabość sojusznika.

Dlaczego jednak posłowie z Kamilą Gasiuk-Pihowicz zdecydowali się na ten krok? Odpowiedzi mogą być moim zdaniem dwie: albo są bardzo naiwni, albo przebiegli, w ramach taktyki osobistego przetrwania na scenie politycznej. Katarzyna Lubnauer wiedziała, że w interesie Nowoczesnej jako drużyny byłoby jak najdłuższe pozostawanie samodzielnym bytem i podkreślanie różnic w ramach jedności w KO. Takie podejście wzmacniałoby siłę przetargową przed układaniem list wyborczych. Możemy przyjąć, że posłowie, którzy odeszli, naiwnie wyznają zasadę, że najważniejsza jest jedność, a nie żadne tam układanki i wyborcom spodoba się, jeśli się jak najszybciej rozpłyną w KO. Bardziej prawdopodobne od takiego swoistego „altruizmu” byłoby jednak założenie, że ok kierownictwa PO mogły płynąć komunikaty, że oferta wspólnego startu ma ograniczony termin ważności. I że kto się – mówiąc brutalnie – nie da wessać wcześniej, ten może nie znaleźć się w przyszłości w parlamencie.

I na tym Kamila Gasiuk-Pihowicz et consortes mogą się przejechać, bo przecież obietnica miejsc na listach to nie samo, co pewność. Ciekawszym zagadnieniem jest jednak co może stać się dalej z naszą sceną polityczną, ponieważ eliminowanie z gry Nowoczesnej (nieważne, czy występującej samodzielnie, czy w ramach KO) to zmniejszanie liczby aktorów. A ta może się jeszcze zmniejszyć. Heroldzi „zjednoczonej opozycji” nawołują do tego, by do Koalicji dołączyła także PSL, SLD czy… Razem. Ludowcy rozważają wspólny start z PO w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ale zwłaszcza po rozegraniu przez Platformę Nowoczesnej nastroje mogą się ochłodzić. Władze SLD będą się pewnie przed tym bronić, ale ruchy odśrodkowe i tam następują – czy to w stronę KO, czy nowej, na razie enigmatycznej jeśli chodzi o program, struktury i realne poparcie formacji Roberta Biedronia.

Nie zmienia to faktu, że cieszący się kilkuprocentowym poparciem SLD i PSL nie mogą czuć się bezpiecznie. Podobnie, jak Kukiz’15, który mimo sukcesywnego kruszenia się klubu parlamentarnego nie traci zbytnio w sondażach. Nie wiadomo, czy Bezpartyjni Samorządowcy wystartują, a jeśli tak, to czy dojdzie do zakopania toporu wojennego z Pawłem Kukizem – co mogłoby obu siłom pomóc. Także, co się będzie działo z Ruchem Prawdziwa Europa europosła Mirosława Piotrowskiego – czy o. Tadeusz Rydzyk i związani z nim politycy poważnie myślą o samodzielnym starcie, czy raczej ma on służyć wynegocjowaniu dla lidera i może kilku innych osób dobrych miejsc na listach wyborczych do PE i później do sejmu.

A może dojdzie do innych, zaskakujących sojuszy? Pewne jest jedno – i to bardziej, niż jeszcze przedwczoraj – że głównymi rozgrywającymi są PiS i PO. Co nie jest korzystne, bo umacnia zastępowanie pytania „Jaka Polska?” pytaniem: „Czyja?”. Naganianie im sojuszników metodą szantażu emocjonalnego („jest, jak jest, ale chyba nie chcesz, żeby PO wróciło do władzy?”/”trzeba odsunąć PiS od władzy, a co będzie potem, to się zobaczy”) tylko to pogłębia.