Newsletter

Szczyt 16+1, geopolityka i ekonomia

Pas i Szlak mogą nawet zapewnić nam powtórkę z historii i przesunąć środek światowej gospodarki do Azji Centralnej i na Bliski Wschód, które tak jak przez wieki będą korzystać na byciu pośrednikiem między Chinami a Europą

Polityka zagraniczna Chin budzi coraz większe emocje, za którymi idą liczne nadzieje i lęki, często prowadzące do nadinterpretacji. Przykładem takiego mechanizmu jest współpraca w ramach formatu „16+1”, czyli Chiny i państwa Europy Środkowo-Wschodniej (CEE). Z naszego punktu widzenia najważniejszym wydarzeniem zakończonego właśnie w Budapeszcie szóstego szczytu „16+1” było nieprzystąpienie Polski do Funduszu Chiny-Europa Środkowo-Wschodnia (SinoCEEF), z kapitałem ok. 500 mln dolarów, mającego wspierać chińskie inwestycje w regionie. Jaka jest jednak naprawdę skala i rezultaty zaangażowania Chin na obszarze pokrywającym się z grubsza z Międzymorzem, i czy działania Pekinu są wymierzone w Unię Europejską?

Wymiana handlowa między krajami CEE a Chinami systematycznie rośnie i w ubiegłym roku osiągnęła 58 mld dolarów. Dla porównania dla całej UE kwota ta wyniosła 514 mld USD. Wprawdzie z grupy „16+1” jedenaście państw jest członkami Unii, ale aż 80% handlu z Chinami przypada na pięć państw członkowskich: Polskę, Czechy, Słowację, Węgry i Rumunię. Co ciekawe, według Eurostatu w wypadku Polski, Czech i Węgier import z Chin przegonił już wartość towarów sprowadzanych z Włoch czy Francji. Niemniej głównym partnerem handlowym państw regionu są i zapewne na długo zostaną Niemcy. Jeszcze bardziej interesujący jest fakt, że wymiana handlowa w grupie „16+1” najdynamiczniej rozwijała się w latach 2009-12, wzrosła wtedy z 32 do 52 mld dolarów. Nie spełniły się więc ambitne zapowiedzi osiągnięcia 100 mld dolarów do roku 2016.

Z wyjątkiem Węgier nikt w Europie Środkowo-Wschodniej nie ma pomysłu na spójną i konsekwentną politykę wobec Chin

Kolejnym punktem są chińskie inwestycje, które z roku na rok rosną. W wypadku Europy Środkowo-Wschodniej aż 95% z nich koncentruje się w państwach Grupy Wyszehradzkiej i Bułgarii, konieczne jest jednak porównanie z innymi państwami Europy. Waszyngtoński think tank CSIS szacuje całość chińskich inwestycji bezpośrednich (FDI) w państwach UE na 65 mld dolarów w roku 2016. Głównymi celami inwestycji były Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Włochy. Dla państw CEE, ze wspomnianymi już zastrzeżeniami, suma chińskich FDI od roku 2012 oceniana jest na ok. 15 mld USD, z czego 6-8 mld dolarów przypada na rok 2016. Wyraźnie widać przyspieszenie, ale jednocześnie interesy gospodarcze Państwa Środka nadal koncentrują się na zachodzie Europy.

W takiej sytuacji Chiny długo jeszcze nie będą dla państw CEE alternatywą wobec Europy Zachodniej, jak to twierdzi premier Viktor Orbán. Podobne tezy pojawiają się także wśród bardziej „jastrzębio” nastawionych chińskich analityków. Dochodzimy tutaj do sedna problemu: z wyjątkiem Węgier nikt w Europie Środkowo-Wschodniej nie ma pomysłu na spójną i konsekwentną politykę wobec Chin. Wydaje się, że w Pekinie również nie ma takiej koncepcji, a przynajmniej dokonano błędnej oceny sytuacji. Okazuje się bowiem, że chińscy decydenci i eksperci zaliczają całą CEE do grona państw rozwijających się i próbują wykorzystać w naszym regionie metody sprawdzone w Azji Płd.-Wsch., Afryce czy Ameryce Łacińskiej. Powoduje to szczególnie dużo problemów w relacjach z 11 państwami grupy „16+1”, które są członkami UE. Umowy, które są atrakcyjne dla np. Kenii, czy nawet Serbii, są często niezgodne z prawem unijnymi. Z tego powodu pod lupą znalazł się węgierski odcinek kolei Budapeszt-Belgrad, finansowanej w większości przez Chiny. Linia miała być gotowa już w ubiegłym roku i stać się częścią szerszego projektu łączącego środek Europy z portem w Pireusie, gdzie chiński armator COSCO poczynił bardzo duże inwestycje. Obecnie podaje się, że wspomniana linia kolejowa może być gotowa po 2020 r., aczkolwiek prace po węgierskiej stronie jeszcze nie ruszyły (i nie wiadomo czy ruszą), a po serbskiej mają dopiero ruszyć. Przy obecnej formie prawnej i przewidzianych kwotach, chińskie inwestycje w infrastrukturę (tutaj się właśnie koncentrują) nie wytrzymują porównania z funduszami unijnymi. Tylko dla Polski w obecnej perspektywie budżetowej przewidziano ok. 84 mld USD.

Interesy gospodarcze Państwa Środka nadal koncentrują się na zachodzie Europy.  W takiej sytuacji Chiny długo jeszcze nie będą dla państw CEE alternatywą wobec Europy Zachodniej

Powraca, więc pytanie, czy „16+1” ma służyć rozbijaniu jedności UE dla chińskich interesów. Teza wydaje się naciągana. Unia ma dostatecznie dużo problemów wewnętrznych by trudno było mówić o jedności. Poza tym Chiny zawsze kładą nacisk na umowy dwustronne i do tej pory bez problemu dogadywały się ze swoimi głównymi partnerami na zachodzie kontynentu, nawet jeżeli było to sprzeczne z interesami wspólnoty. Wprawdzie w ostatnich miesiącach m.in. Niemcy i Włochy podjęły próby wypracowania wspólnego podejścia do handlu z Chinami, ale droga do prawnych regulacji na poziomie całej UE wydaje się jeszcze daleka. Jak pokazał właśnie przykład Polski, oferta Pekinu wcale nie musi być atrakcyjna, a przy obecnym układzie zależności handlowych i wykorzystaniu funduszy unijnych „Stara Unia” ma jeszcze sporo do zaoferowania. Trzeba jednak zaznaczyć, że format „16+1” jest ewenementem w chińskiej polityce zagranicznej, która jak już wspomniano preferuje układy bilateralne. Pekinowi niekoniecznie muszą przyświecać tutaj dalekosiężne cele polityczne, zebranie w jednym miejscu przywódców z mało znanego, za to kluczowego regionu ma swoje zalety.

Z chińskiego punktu widzenia Europa Środkowo-Wschodnia jest bramą, która prowadzi na zachód Europy. Z perspektywy Nowego Jedwabnego Szlaku Polska czy Węgry pełnią przede wszystkim rolę „karawanserajów”, skąd łatwo można dostać się do innych państw regionu, ale przede wszystkim do głównych partnerów handlowych takich jak Niemcy i Wielka Brytania. Świadomość tej sytuacji ma premier Orbán, który otwarcie stwierdził, że jego plany wcale nie muszą być zbieżne z planami Pekinu. Trzeba przy tym pamiętać, że Inicjatywa Pasa i Szlaku jest rozpisana na kilkadziesiąt lat. Jak będzie wyglądać światowa gospodarka w roku 2050? Trudno przewidzieć. Być może Chiny staną się główną potęgą świata, mogą jednak być to równie dobrze Indie, ale Stany Zjednoczone z pewnością nie będą przez te lata bezczynne. Nowy Jedwabny Szlak jest projektem tak dużym i rozległym, że Pekin może sprawować nad nim jedynie nominalną kontrolę i w praktyce ograniczyć się do zarządzania jedynie kilku-kilkunastoma punktami kluczowymi. Zdaniem brytyjskiego historyka Petera Frankopana Pas i Szlak mogą nawet zapewnić nam powtórkę z historii i przesunąć środek światowej gospodarki do Azji Centralnej i na Bliski Wschód, które tak jak przez wieki będą korzystać na byciu pośrednikiem między Chinami a Europą.