Newsletter

Nie śpieszmy się stawiać na Berlin

Na długą metę Polska, jeśli nie chce być klientem, musi stać się mocarstwem. Jedna z dróg do tego celu wiedzie przez – dostosowane do realiów epoki – Międzymorze

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

 

Ten artykuł powstał dzięki hojności Darczyńców NK. Zostań jednym z nich!

 

Polemizując ze mną i Marcinem Kędzierskim na temat opcji niemieckiej w polskiej polityce zagranicznej, Paweł Behrendt zwrócił uwagę na kilka ważnych kwestii. Nie mogę się jednak w pełni zgodzić z jego pochwałą polityki neopiastowskiej.

Cenne jest w artykule eksperta przypomnienie o geopolitycznej trójdzielności Europy Środkowo-Wschodniej, a także obnażenie życzeniowości myślenia neojagiellońskiego tu i teraz, idące jeszcze dalej niż moja polemika z niefrasobliwą wizją Kędzierskiego. Behrendt ma głęboką rację, mówiąc o zupełnie różnych sytuacjach międzynarodowych i potencjałach Polski Jagiellonów i III Rzeczypospolitej. Nigdy dość podkreślania tych różnic – prowadzenie mocarstwowej polityki bez mocarstwowych zasobów może mieć bowiem tragiczne skutki, jak to już zresztą w naszej historii bywało.

Behrendta szkic sytuacji geopolitycznej Polski jest jednak wybrakowany. W dzisiejszych realiach definiowanie środkowoeuropejskiej gry w trójkącie: Niemcy-Rosja-Polska jest nieuprawnioną redukcją. Wprawdzie modne jeszcze niedawno tezy o „końcu geografii” okazały się skrajną głupotą lub szarlatanerią, niemniej jednak globalizacja spowodowała pewną „kompresję czasoprzestrzeni”, umożliwiając mocarstwom polityczną aktywność w miejscach dawniej nieosiągalnych. I tak, dzisiejszy ład bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej zaordynowany został przez „egzotyczne” (jak by powiedział Stanisław Mackiewicz) Stany Zjednoczone, które pozostają jego głównym gwarantem. To już zrobiło z trójkąta czworokąt, z najważniejszym wierzchołkiem umiejscowionym tysiące kilometrów stąd. To żadna nowość. Istotną kwestią, którą przyniosły ostatnie lata, jest pytanie o wejście do regionu jeszcze bardziej egzotycznego mocarstwa, jakim są Chiny. Ich gospodarcza obecność jest tu już faktem, kwestią otwartą jest jej wzmożenie i przełożenie się na politykę – i geopolitykę.

Game changerem byłoby dojście do skutku Nowego Jedwabnego Szlaku: najbardziej chyba zuchwałego projektu geopolitycznego w historii świata

Dość powszechnie określane już mianem supermocarstwa, Chiny są zainteresowane zwiększaniem obecności w naszym regionie, o czym świadczą wielokrotne deklaracje, rosnące inwestycje, czy format 16+1. Game changerem byłoby dojście do skutku Nowego Jedwabnego Szlaku: najbardziej chyba zuchwałego projektu geopolitycznego w historii świata, zmierzającego do pierwszej w dziejach planowej, podlegającej politycznemu decydowaniu zmiany dominującego żywiołu – w handlu i nie tylko. Jeśli w wyniku działań Pekinu handel lądowy stanie się ponownie (jak przed wielkimi odkryciami geograficznymi) konkurencyjny wobec morskiego, wrócimy w sensie terms of trade do wczesnych czasów jagiellońskich. Nie ma w tym jednak żadnego automatyzmu tworzenia polskiej potęgi: musimy pamiętać, że siła I Rzeczypospolitej rodziła się w toku permanentnych zmagań i wojen, w sytuacji politycznej – jak słusznie przypomina Behrendt – zupełnie innej niż obecna, z de facto nieistniejącymi jeszcze Niemcami ani Rosją. Proste przenoszenie starych schematów w nowe realia może być więc nie tylko złudne, ale skrajnie niebezpieczne.

Trzeba natomiast pamiętać, że trójkąt Berlin-Moskwa-Warszawa nie tylko nie wystarcza już do zrozumienia regionalnej geopolityki, ale zawsze był zbyt dużym uproszczeniem, gdy weźmie się pod uwagę rolę Szwecji i Danii, Ukrainy i Białorusi.  Mniejszym krajom też należy się przyglądać, nie tylko dlatego, że zdarzało im się już odgrywać w historii rolę znacznie większą niż obecna, ale też z tego powodu, że ich czas może dopiero nadejść.

Tytułowa sugestia Behrendta, że opcja niemiecka jest jedynym wyjściem, wydaje się na dzień dzisiejszy przedwczesna i docelowo problematyczna

Behrendt ma rację, gdy mówi, że dzisiejsza sytuacja geopolityczna Polski bardziej przypomina piastowską niż jagiellońską, zdaje się jednak wyciągać z tej obserwacji zbyt daleko idące wnioski.  Jego tytułowa sugestia, że opcja niemiecka jest jedynym wyjściem, wydaje się na dzień dzisiejszy przedwczesna i docelowo problematyczna. Zręczna polityka unika zbyt szybkiego określania sojuszniczych preferencji. Warto też pamiętać, że stosunki Piastów z zachodnimi sąsiadami nie były ani idyllą ani oczywistą opcją niemiecką, lecz burzliwym okresem naprzemiennych okresów pokoju i wojny, przeplatanym intrygami i napięciami.

Wreszcie, nie powinniśmy w geopolitycznych kalkulacjach mieszać perspektyw. To, że Międzymorze (a nawet Trójmorze, jak coraz więcej wskazuje) jest dziś poza naszym zasięgiem, nie unieważnia go jako celu strategicznego. Dobrze by było, abyśmy zaczęli myśleć o Polsce trochę bardziej „po chińsku”: nie tylko w perspektywie 5-10, ale 30, 50, 100 lat. Troszcząc się nie tylko o siebie, ale też o nasze wnuki. Na długą metę Polska, jeśli nie chce być klientem, musi stać się mocarstwem. Jedna z dróg do tego celu wiedzie przez – dostosowane do realiów epoki – Międzymorze.