Newsletter

Chodzi o pieniądze

Okoliczności protestu opiekunów osób niepełnosprawnych oraz jego przebieg pokazują, że rząd i zainteresowani kompletnie nie mają pomysłu na rozwiązanie problemu

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Od środy (18 kwietnia) w Sejmie przebywa grupa opiekunów – w większości rodziców – dorosłych osób niepełnosprawnych wraz ze swymi podopiecznymi. Jak twierdzą, to nie nowy protest, lecz wznowienie akcji z marca i kwietnia 2014 roku. Wówczas protestowali rodzice niepełnosprawnych dzieci, do których przyłączyli się członkowie rodzin niepełnosprawnych dorosłych, opiekujących się niezdolnymi do samodzielnej egzystencji domownikami. Sejm częściowo spełnił żądania opiekunów dzieci, podnosząc przysługujące im świadczenia. Kilka miesięcy później Trybunał Konstytucyjny orzekł, że ich wysokość powinna być taka sama również w przypadku opieki nad dorosłymi osobami. Tyle tylko, że wyrok TK dotąd nie został zrealizowany, co jest powodem postępowań rozpatrywanych lub czekających obecnie na rozpatrzenie zarówno w polskich sądach, jak i w Europejskim Trybunale Praw Człowieka.

Ale protestujący sformułowali więcej postulatów. Pierwszy dotyczy wprowadzenia dodatku rehabilitacyjnego dla osób niepełnosprawnych, niezdolnych do samodzielnej egzystencji po ukończeniu 18. roku życia, w wysokości 500 złotych miesięcznie bez kryterium dochodowego. Drugi – zrównania kwoty renty socjalnej (obecnie 865,03 zł brutto) z najniższą rentą z ZUS z tytułu całkowitej niezdolności do pracy (1029,80 zł brutto) wraz ze stopniowym podwyższaniem tej kwoty do równości minimum socjalnego obliczonego dla gospodarstwa domowego z osobą niepełnosprawną (jeszcze nieokreślonego). Cała reszta – dotycząca m.in. refundacji wydatków na rehabilitację czy sprzęt medyczny – ma zdecydowanie mniejsze znaczenie.

Sytuacja jest o tyle specyficzna, że obiektywnie ciężko znaleźć argumenty przeciw powyższym postulatom. Opieka nad osobami niesamodzielnymi jest faktycznie ciężka i kosztowna, tak więc teoretycznie każda pomoc w tym zakresie jest wskazana. Problem w tym, że żądania protestujących sprowadzają się do kwestii finansowych. Bardzo drogich, gdyż nawet najbardziej ostrożne szacunki mówią o kwocie 1,6 mld zł, jaka co roku musiałaby się znaleźć na ich realizację w budżecie państwa (niektórzy mówią nawet o 20 mld zł). Zupełnie brak mowy o rozwiązaniach kompleksowych, w szczególności o stworzeniu systemu wsparcia, którego celem byłaby pomoc odpowiednia do potrzeb – niekoniecznie pieniężna. Nie ma tam też wniosków o zwiększenie limitów dorabiania przez rencistów socjalnych.

Rzecz kolejna: protestujący nie reprezentują całego środowiska rodziców osób niepełnosprawnych. Na portalach społecznościowych toczą się niezwykle intensywne spory zainteresowanych grup. Niektórzy dyskutanci wprost odcinają się od protestu, wskazując, że jego uczestnicy „tylko walczą o swoje”.

brak mowy o rozwiązaniach kompleksowych, w szczególności o stworzeniu systemu wsparcia, którego celem byłaby pomoc odpowiednia do potrzeb – niekoniecznie pieniężna. Nie ma tam też wniosków o zwiększenie limitów dorabiania przez rencistów socjalnych

Wskazują również, że postulaty są niedopracowane, przez co uderzą w osoby niepełnosprawne aktywne zawodowo i to nawet pracujące tylko za minimalne wynagrodzenie. Po realizacji tych wniosków ich łączny dochód okaże się zbyt duży, aby mogły uzyskać dofinansowanie np. na turnus rehabilitacyjny czy zakup sprzętu komputerowego. Można więc stwierdzić, że obecny protest dokładnie ukazuje fakt głębokiego podziału całego środowiska ludzi z niepełnosprawnościami.

Najgorzej w tym wszystkim wypada jednak rząd. Po długim okresie obwieszczania ogromnych sukcesów ekonomicznych musi stawić czoła grupie społecznej domagającej się części owoców tej hossy. Gdy doszło do całej akcji, przez pierwsze dwa dni do protestujących nie wyszedł nikt z osób decyzyjnych. Premier Mateusz Morawiecki pojawił się dopiero po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy i jego deklaracjach o zajęciu się sprawą, których nie mógł zignorować. Kiedy już szef rządu spotkał się z okupującymi parlament, wykazał wręcz przerażającą bezradność. Zapowiedź wprowadzenia nowego podatku – nazwanego „daniną solidarnościową” – była fatalna. Premier nie tylko zaprzeczył swym niedawnym zapowiedziom braku nowych obciążeń na obywateli. Uczynił też z niepełnosprawnych najzwyklejsze „kozły ofiarne”, za sprawą których część społeczeństwa będzie musiała zacisnąć pasa. Pomysł wspomnianej daniny nie posiada żadnych konkretów ani poważnych analiz przewidywanych skutków jego realizacji. Dopóki te elementy się nie pojawią, trudno go rozpatrywać poważnie.