Newsletter

Nowy, lepszy republikanizm? Polemika z Rafałem Matyją

Stajemy dziś przed wyzwaniem szybszej lub wolniejszej erozji wolności politycznej. Republikanizm może pomóc ją powstrzymać

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Po długim okresie posuchy, wybuchła w ostatnich latach w Polsce wręcz moda na republikanizm. Określa się tak już nie tylko szereg środowisk intelektualnych, pojawili się też (głównie w obozie PiS) mieniący się w ten sposób politycy. Ważnej przestrogi udziela prof. Rafał Matyja wszystkim tym, którzy w dzisiejszej Polsce sympatyzują z ideami republikańskimi. W książce „Wyjście awaryjne” charakteryzuje on ten sposób myślenia jako oderwany od rzeczywistości. „Republikanizm jest przepełniony nostalgią za państwem, które już nie wróci, za modelem, który w Polsce nigdy się nie zakorzenił i jest sprzeczny z realiami współczesnego państwa”. Mówiąc o tych ostatnich, ma Matyja na myśli wszechogarniający klientelizm, którego omówieniu poświęca wiele uwagi. „Opisany układ społeczny III Rzeczypospolitej stanowi bowiem realną barierę obywatelskiej aktywizacji i budowy sprawnego, wyposażonego we własny rozum, państwa. Skoro dostęp do cennego dobra, jakim są państwowe posady, wymaga rezygnacji z postawy obywatelskiej, to jest niemal pewne, że ten wzór zdominuje życie publiczne. Wzór klientelizmu sprawia, że kluczowym wyznacznikiem pozycji w strukturze władzy jest wystarczająco silny patron, a nie czyjeś umiejętności lub postawa”.

Tak więc zarówno klientelizm, jak i jego przeciwieństwo: republikanizm, są stopniowalne

Nieistniejące elity, nieistniejące społeczeństwo

To prowadzi Matyję do wniosku, że w dzisiejszej Polsce „postawy «republikanizmu», rozumianego jako próba definiowania lub przebudowy państwa w duchu wspólnotowym, nawiązującym często do idei z okresu I Rzeczypospolitej, mają charakter co najwyżej intelektualnej nostalgii lub gry symbolami”. A „republika jest raczej senną projekcją tych, którzy budują sensy w sferze publicznej wbrew własnemu codziennemu doświadczeniu. Nie mamy we współczesnej Polsce ram do uprawiania polityki na sposób republikański – ani społecznych, ani instytucjonalnych. Nie ma ich zresztą wiele innych republik de nomine”.

Chwilę później rozprawia się Matyja z idee fixe własnego środowiska doby ustrojowego przełomu i pierwszego okresu transformacji: z konserwatywnym elitaryzmem. To umieszcza krytykę republikanizmu w interesującej ramie życzliwej przestrogi przed tworzeniem idei obliczonym na nieistniejące elity i nieistniejące społeczeństwo. Jest to zarazem krytyka na tyle gruntowna i daleko (moim zdaniem zbyt daleko) idąca, że zasługująca na polemiczne potraktowanie.

Słusznie zauważył ostatnio Stefan Sękowski, że na antynomię: republikanizm-klientelizm nie warto patrzeć zerojedynkowo. To rzecz warta głębszego zastanowienia. Losy przedrozbiorowej Polski jako republiki – podobnie jak wszystkich chyba republik – były ściśle związane z powodzeniem ówczesnej klasy średniej, czyli średniej szlachty. Jej rozkwit zbiegł się z ukonstytuowaniem ustroju mieszanego, jej upadek oznaczał przejście do oligarchii. Wielka klęska średniej szlachty podczas rokoszu Zebrzydowskiego, a następnie podkopanie materialnych podstaw jej siły przez rujnujące wojny XVII w. i wielokrotny spadek cen zboża odebrały licznym ziemianom polityczną moc i niezależność, tworząc zastępy gołoty – szlachty bez ziemi, która szybko znalazła się na łasce magnatów. To wtedy zaczęła się, do dziś niepokonana, plaga klientelizmu w Polsce.

 Jak rozmontować klientelizm?

Republikanizm wszystkich chyba krajów i epok to raczej ideologia bogacących się niż biedniejących, rosnących, nie zaś malejących oczekiwań. Polacy w ostatnich trzydziestu latach dość szybko powiększają majątki, a ich aspiracje zwyżkują. Klientelizm pozostaje jedną z głównych reguł życia publicznego, ale z każdym rokiem coraz mniej pasuje do całej reszty Polaków, do ich wyobrażeń o tym jak powinno być, do doświadczeń z zagranicy, wreszcie do ich statusu materialnego. Można myśleć o likwidacji klientelizmu jednym rewolucyjnym ruchem światłego rządu, ale też o jego stopniowym rozmontowywaniu. Także poprzez docenianie i wspieranie indywidualnych i zbiorowych decyzji kolejnych Polaków, dojrzewających do tego, by przestać być upokarzanymi przez szefów i patronów.

Republikanizm wygląda na sposób myślenia dający nadzieję na dobry miks przeszłości i przyszłości

Ta druga ścieżka wydaje się być bardziej realistyczna, a przy okazji zgodniejsza z konserwatywnym myśleniem o zmienianiu świata (ewolucja lepsza od rewolucji). Warunki sprzyjają umiarkowanemu optymizmowi. Po pierwsze, w przeciwieństwie do wielu innych krajów zachodnich, w Polsce klasa średnia wzmacnia się, a nie słabnie. Po drugie, z roku na rok coraz bardziej razi kontrast między sektorem publicznym, będącym „skansenem relacji” w krótszej perspektywie dziedziczonych po PRL-u, a w dłuższej wpisującej się w kontinuum zapoczątkowane w dobie upadku Pierwszej Rzeczypospolitej – a resztą kraju. Nic nie jest przesądzone, ale można oczekiwać prób wymuszenia wyższych standardów przez tę część Polaków, którzy czują się coraz bardziej sfrustrowani klientelizmem w polityce, i w pozostałych obszarach sektora publicznego: mówimy tu przecież także o relacjach w szpitalach, szkołach, urzędach.

Tak więc zarówno klientelizm, jak i jego przeciwieństwo: republikanizm, są stopniowalne. Nie ma tu w dzisiejszej Polsce wyboru albo-albo, jest kwestia ulepszania sposobów i konsolidacji zasobów pozwalających skuteczniej i szybciej rozmontowywać system podczepień i dojść. Jak zawsze wskazany jest tu realizm, pamiętający o odwiecznym ideale „arystokracji cnót i zasług”. Republikanizm daje – wbrew twierdzeniom Rafała Matyi – dobry punkt wyjścia do takich poszukiwań.

 Złudzenie „końca historii”

Nie może to być oczywiście republikanizm naiwny (à la Kukiz’15) ani pozorny (Fundacja Republikańska, Stowarzyszenie „Republikanie”). Pierwszy w konfrontacji z realiami prowadzi do śmieszności lub cynizmu. Drugi jest bez znaczenia, skoro szczytem jego przywiązania do wartości republikańskich okazuje się katońska mina podczas głosowania za dewastacją Sądu Najwyższego. Oba te stanowiska Matyja (wprost lub nie wprost) krytykuje. I słusznie. Jednak odradzające się w Polsce myślenie republikańskie nie daje się już sprowadzić do żadnego z nich.

Są i inne przesłanki na korzyść takiej postawy i sposobu myślenia, niemożliwe do uchwycenia w optyce „republikańskiej nostalgii”. Pierwszą spośród najważniejszych jest najpoważniejszy od międzywojnia kryzys demokracji liberalnej. Wciąż spora liczba intelektualistów, żyjących jeszcze właściwym dla poprzedniej epoki złudzeniem „końca historii”, nie może przesłonić faktu, że „najlepszy z możliwych ustrojów” cofa się w skali globalnej pod naporem problemów wewnętrznych i konkurencji ze strony despotycznego kapitalizmu w stylu dalekowschodnim. Alternatywą w warunkach zachodnich nie jest – i w najbliższej przyszłości raczej nie będzie – światła monarchia ze snów niektórych konserwatystów czy nawet merytokratyczna autokracja à la współczesne Chiny. Realną alternatywą jest hiperdemokracja: demagogiczny, korupcjogenny, antyelitarystyczny populizm.

Pamiętając o wewnętrznych sprzecznościach i fundamentalnych słabościach liberalizmu i demokracji liberalnej, stajemy dziś przed wyzwaniem szybszej lub wolniejszej erozji wolności politycznej w ogóle. Nie ma prostego powrotu do tego co było, z czego można by się cieszyć, gdyby nie to, że widać na horyzoncie zagrożenie wylania dziecka z kąpielą. Wobec tego wolnościowcy wszelkiej maści powinni zwierać szeregi, szukając sposobów na przełamanie słabości liberalizmu, które co najmniej współodpowiadają za obecną falę odwrotu od demokracji liberalnej. Przełamanie zachowujące z liberalizmu to, co najlepsze, znajdujące sposób na oparcie rządów prawa i ochrony wolności na zdrowszych podstawach. Sięgający również do przednowoczesnych inspiracji – takimi są te z okresu Pierwszej Rzeczypospolitej czy starożytnego Rzymu – republikanizm wydaje się tu bardzo obiecujący. Także z tego powodu, że żyjemy – to już chyba jasne – w epoce zamętu. Padają aksjomaty z różnych dziedzin, utarte przekonania ustępują miejsca swoim przeciwieństwom, zgnuśniałe salony bywają rozpędzane na cztery wiatry, z nowymi bywa bardzo różnie – nierzadko okazują się jeszcze gorsze. Obserwujemy tektoniczne drgania globalnego ładu politycznego i gospodarczego, nowe niepokoje społeczne. Potrzeba nowych idei, a przynajmniej świeżych kombinacji najlepszych spośród starych.

Tu – ponownie – republikanizm wygląda na sposób myślenia, dający nadzieję na dobry miks przeszłości i przyszłości. Być może rację mają ci jego krytycy, którzy wytykają mu zbyt małą wyrazistość i zbyt duży poziom ogólności. Jednak w czasach zamętu lepiej głosić sądy niewystarczająco konkretne, niż udawać, że zna się rozwiązania problemów, którym nie dają rady najtęższe głowy. Republikanizm daje niebagatelne punkty oparcia: prymat dobra wspólnego, państwo prawa, rządy wolności (rozważane na poważnie mają poważniejsze konsekwencje niż wielu przypuszcza), zostawiając dużo przestrzeni na rozmowę o szczegółach.

 Odtrutka na prawicową tromtadrację

Ważny dla ostatniej książki Matyi kontekst rządów PiS dostarcza tu zresztą ciekawych inspiracji. Do niedawna nikomu nie przychodziło na przykład do głowy, że z krytyki sądownictwa w III RP można wyciągnąć wniosek, że trzecią władzę należy zwyczajnie podporządkować rządzącej większości. Teraz już wiemy, że to możliwe, a przy okazji wszyscy, którzy na poważnie nazywają się „republikanami” zyskali na wyrazistości w bieżących sporach.

Największy paradoks słusznych, ale przesadnych przestróg Rafała Matyi przed „republikańską nostalgią” polega na tym, że… sam autor kończy książkę republikańskimi konkluzjami

W ogóle PiS swoim sprowadzaniem wielu słusznych haseł do absurdu lub ewidentnego przeciwieństwa dostarcza prawdziwym republikanom ciekawego wyzwania i kontrapunktu. Jego postępowanie nie tylko wobec sądów, ale także samorządu czy obsady stanowisk publicznych zwiększa – mocą kontrastu – nośność idei merytokratycznych czy decentralizacyjnych. Typowa dla polskiej prawicy, ale dziś jednak rekordowa skala patriotyczno-religijnej tromtadracji może też skłaniać do przewartościowania hierarchii priorytetów politycznych. Groteskowa pustka tych frazesów to niemal jawna zachęta do rozwijania idei etyki służby publicznej – w kontraście do ostentacyjnej pobożności i etyki seksualnej.

Największy paradoks słusznych, ale przesadnych przestróg Rafała Matyi przed „republikańską nostalgią” polega na tym, że… sam autor kończy książkę republikańskimi konkluzjami. Redefinicja narodu politycznego (w silnie akcentowanym kontraście z narodem etnicznym), mocny nacisk na samorządność i lokalność, obywatelska samoorganizacja elit w „think tank Polska” – wszystko to propozycje par excellence republikańskie. Uznając zasadność niektórych uwag krytycznych, można dojść więc do wniosku, że nawet na gruncie myśli politycznej Matyi od republikanizmu nie ma prostej ucieczki.

Jak główny bohater „Ferdydurke” Gombrowicza odkrył po ciężkich zmaganiach, że od „formy” można uciec tylko w inną „formę”, tak autor „Konserwatyzmu po komunizmie” ucieka od republikanizmu w inny republikanizm. I dobrze – o ile będzie on lepszy od poprzedniego.