Ostrożnie ze współczuciem dla „overdogów”

Ci, nad którymi pochyla się Stanisławski, zajęli teraz miejsce za tymi samymi pepeszami, które opuścili pośpiesznie „salonowcy”. I walą tak samo na oślep, jak tamci, a dodatkowo wielu z nich tą bronią posługiwać się nie potrafi, więc od rykoszetów cywile padają pokotem

Czytając ostatni felieton Wojciecha Stanisławskiego, zaniepokoiłem się do tego stopnia, że koleżankom i kolegom z redakcji kazałem sprawdzić ustawienia skrzynek mailowych. Odniosłem bowiem wrażenie, że oto „Nowa Konfederacja” puszcza mroźną zimą 2018 roku tekst napisany co najmniej pięć czy sześć lat wcześniej, dajmy na to – w środku pamiętnego, upalnego lata 2012. Przypomnijmy: nowo wybudowane stadiony rozbrzmiewają gwarem kibiców EURO, Tuskowa „polityka miłości” rozkwita, Tomasz Lis unosi się na fali euforii wczesnego NaTemat.pl, a nieliczne, niedorżnięte watahy gromadzą się w ziemiankach. Cała Polska wypuszcza salwy śrutu wprost w bezbronny, kaczy kuper i wydaje się, że tak już będzie zawsze. Jednak mój niepokój o stan software’u nie trwał długo ze względu na widoczne w tekście wzmianki o elekcji niejakiego PAD-a. Doceniając bowiem znakomite pióro redakcyjnego kolegi, nie podejrzewam go jednocześnie o zdolności profetyczne (w tamtych czasach nawet Krzysztofowi Jackowskiemu nie śnił się wybór młodego, krakowskiego posła na stanowisko oświetlane żyrandolem). Tak, tekst został napisany w roku 2018. What the hell?

Nie to, żeby zmienił się znacząco przez te sześć lat sposób krytykowania PiS przez tzw. „totalną opozycję” (używając tego określenia, sprawdzam w lustrze, czy – jak to niegdyś ujął Radosław Piekarz – moja głowa nie zmienia się w głowę Błaszczaka). Wręcz przeciwnie: „petryfikacja” to bardzo delikatne słowo. Tu nie mamy do czynienia ze zmianą piasku w piaskowiec, ale wody w beton (może za sprawą ruchu mezonów, których nieznajomość niejaki Krzysztof Łoziński wypominał „chamowi”?). Nie to, by red. Stanisławski nie wskazał, z właściwą sobie lekkością, kilku kwestii słusznych i bolesnych. Rzecz w tym, że wokół zmieniło się tak wiele, że nakreślona przez niego mapa taktyczna sprawia wrażenie pożółkłej i zwietrzałej.

W pewnym sensie naszemu kartografowi nie zazdroszczę. Mówi bowiem o pogardzie silniejszych. Nietrudno pisać o niej, gdy jest się w obozie słabszych, w obozie „underdogs”. Co jednak, jeśli na stanowiskach „underdogs” nastąpiła tzw. „dobra zmiana”? Co, jeśli ci, którzy do niedawna siedzieli w ziemiankach, w międzyczasie zmienili się w „overdogs”? Co, jeśli ich przeciwnicy, tak do niedawna pewni swego, dziś mają coraz mniej przestrzeni do „syczenia”?

Zamiast ustawiać sobie przeciwników w ławę, trzeba po raz kolejny, mozolnie, przyjrzeć się im i wprowadzić proste rozróżnienie – kto dziś jest „underdogiem”, zasługującym na współczucie zgodnie z angielskim powiedzonkiem, a kto stoi przy armacie

Oczywiście celebrytów „Na Temat” czy TVN-u i dziś trudno uznawać za „underdogs”. Trudno też więc o współczucie dla tych znawców mezonów i ich liczb barionowych, którzy – niczym Jaggerowski diabeł – nadal mogą przedstawiać się jako „ludzie bogactwa i gustu”. Owszem, ich krytyczne dokonania budzą swego rodzaju współczucie. Mniej więcej takie, jakim ogarnąć można niezłego kiedyś muzyka rockowego, dziś grającego „Białego misia” w podrzędnej knajpie dla braw (zapewne bez wstydu, do którego przyznawał się narrator „Autobiografii”). Tyle tylko, że ci, nad którymi pochyla się Stanisławski, zajęli teraz miejsce za tymi samymi pepeszami, które opuścili pośpiesznie „salonowcy”. I walą tak samo na oślep, jak tamci, a dodatkowo wielu z nich tą bronią posługiwać się nie potrafi, więc od rykoszetów cywile padają pokotem.

Wśród tych cywilów, co gorsza, są ci, których Stanisławski nazywa „drugim i trzecim szeregiem oponentów PiS”. Z entuzjazmem młodzieńca bawiącego się ołowianymi żołnierzykami felietonista ustawia ich sobie w ławę. Kogo tam nie ma! Uznanego artystę wizualnego, delektującego się lufką czarnego afgana, stawia Stanisławski obok samorządowego pozytywisty. Entuzjastę tuningu stawia obok konesera jakuckiego śpiewu alikwotowego (jako zaprzysięgły fan Sainkho Namtchylak nie daruję!) i intelektualisty z warszawskiego KIK. Halo, Panie Redaktorze, wie pan, ile zarabiają intelektualiści niebędący celebrytami? Na koniec dostaje się jeszcze samotnej matce, między innymi dlatego, że ta pracuje w Mordorze na Domaniewskiej (a jak niby ma zarobić na dziecko?). Owszem, artysta wizualny da sobie radę i zarobi na kolejne gramy, a jeśli kogoś stać na tuning, to można być o niego spokojnym. A jednak bez pozytywistów czynnych w samorządach państwo jest martwe jak wypatroszony lis, a Marcin Wolski do spółki z Janem Pietrzakiem, mimo widocznych chęci, nie zastąpią smakoszy Der Stijlu. Gdyby nie intelektualiści ze środowisk okołokikowskich (tacy jak choćby Adam Strzembosz), Polska wyglądałaby dzisiaj dużo gorzej. Jeśli natomiast chodzi o „500 plus”, to akurat wielu przedstawicieli „ławy” potrafi ten program docenić. I nawet jeśli niektórzy z nich ustawiają sobie PiS w hellingerowskim polu, to uderzając w nich tworzymy nowe pole. A w jego stronę lecą już nie tylko pociski z pepesz, ale i (tak samo niechlujny) ostrzał artyleryjski nowych „overdogów”. Ci bowiem mają do dyspozycji cały arsenał środków medialnych i rządowych. Kto ma wątpliwości, może poczytać sobie wypowiedzi niesalonowych przecież ekspertów o reformach tzw. „dobrej zmiany”, lub po prostu włączyć na chwilę TVP Info. A wtedy z pewnością dostrzeże ślady buciorów Edka, układające się w dobrze znany wzór wiejskiej milongi. Już nie mówiąc o tym, że artylerzyści lubią do „ławy” dodawać każdego, kto nie równa kroku, więc za chwilę sam felietonista (już nieraz odsądzany od czci i wiary za „symetryzm”) może zobaczyć ich lufy en face.

No dobrze; ja tu gadu, gadu, a mamy wojnę. Ale jeszcze jest wyjście. Owszem, nie tak przyjemne, jak walenie z pepeszy. Zamiast ustawiać sobie przeciwników w ławę, trzeba po raz kolejny, mozolnie, przyjrzeć się im i wprowadzić proste rozróżnienie – kto dziś jest „underdogiem”, zasługującym na współczucie zgodnie z angielskim powiedzonkiem, a kto stoi przy armacie. Bo jeśli to zaniedbamy, to zaraz padnie kolejny pokot cywilów. A gdy opadnie kurz, red. Stanisławski stojąc na pobojowisku ze zdziwieniem zauważy, że nie ma kim tej Polski robić.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

2 odpowiedzi na “Ostrożnie ze współczuciem dla „overdogów””

  1. Realista pisze:

    Z Lisem Pan Polski nie wybuduje, Panie Redaktorze. Z jednej prostej przyczyny: Lis Polski nie chce. Jego błagalne tweety do Niemiec by pozbawiły Polskę funduszy dobitnie o tym świadczą. Cała jego działalność naznaczona jest tym dysonansem, że celebrytą jest w kraju, którego nie lubi. A w kraju, który lubi byłby szarakiem. Dlatego w zajadłości i jednostronności pobił na głowę Karnowskich.

  2. Jarema Piekutowski pisze:

    Vide czwarty akapit mojego tekstu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz