Salwy we mgle

Aktualności,

 

Ten artykuł powstał dzięki hojności Darczyńców NK. Zostań jednym z nich!

 

Od dawna nie opuszcza mnie przekonanie, że postawa radykalnego sprzeciwu wobec PiS nie ma wiele wspólnego z jego rzeczywistymi błędami, kompromitacjami i wpadkami wizerunkowymi, których liczba jest pokaźna i z natury rzeczy będzie rosła. Ich liczba oczywiście żywi i umacnia krytykę, ale jest wtórna wobec pierwotnej, „przedustawnej”, jak powiedziałby młody kantysta, niezgody na obecność Prawa i Sprawiedliwości, jego polityków, sympatyków i „idei” (umieszczam to określenie w cudzysłowie, świadom, że „ideologia PiS” jest tworem mocno mglistym) w życiu publicznym na równych prawach. Widziałem takie postawy w latach pierwszej wojny PO-PiS, czyli w okolicach roku 2007; z tym większą ciekawością wyglądałem pierwszych podobnych reakcji w wieczór po wyborze PAD, który nie przesądzał przecież ani o wygranej PiS, ani nie dawał podstaw do oceny jego prezydentury, i nie zawiodłem się.

PiS ustawiony został a priori w roli „czarnego luda”, czyli wszystkiego co w Polsce złe, niskie, brutalne i ciemne

Ta zdolność PiS do mobilizowania negatywnego elektoratu, do rozpalania nieżyczliwych emocji wydaje się czymś wyjątkowym w polskim życiu publicznym, zwłaszcza w zestawieniu z rzeczywistymi słabościami czy przewinami tego ugrupowania. Pamiętam czas, gdy przez zaciśnięte zęby mówiło się w Polsce o komunie (w podobnym tonie mawiano o niej kilkakrotnie wcześniej, w roku 1920, 1939 i 1945 chociażby); ale nawet wówczas więcej było w tych monologach męskiej nienawiści niż obecnej pogardy. Nikt też chyba, prócz może Waldemara Kuczyńskiego, nie ma takich cojones, by na serio zrównywać dorobek Jojo Brudzińskiego z rozmachem kolumn krasnoarmiejców czy KBW.

Mam z tą niechęcią kłopot i bardzo utrudnia mi ona rzeczową ocenę dokonań i błędów PiS, odruchowo budzi się bowiem we mnie to, co Anglicy (a za nimi Jan Krzysztof Kelus w wywiadzie-rzece sprzed lat) określają mianem sympathy for the underdog. Podobnie miałem za lat szkolnych z antysemityzmem: starczyło tonu, którym chłopaczek z sąsiedniej ławki wysyczał „żydki”, by oszczędzone mi zostało wiele lat rozważań historiozoficznych i religioznawczych. Było dla mnie oczywiste, że z ludźmi mówiącymi w ten sposób nie chcę mieć nic wspólnego.

Ale co począć, kiedy w podobnie syczący sposób mówi o PiS spora część bliskich i znajomych – ba, potrafią oni, wbrew wulgarnemu materializmowi fonetycznemu, wysyczeć nawet słowa „Kaczyński” czy „PeCe”? Ten syk idzie przez kraj jak tssssunami, a wzmożenie antypisowskie można by opisywać przy pomocy retoryki pamiętnego manifestu z roku 1847. „Wszystkie potęgi starego świata zjednoczyły się przeciwko niemu…”. I nie, nie myślę tu o dyżurnych maszkaronach z manifestacji KOD, tym ochroniarzu bez zębów i tym drugim, z wyrokiem za sutenerstwo, których istnienie daje PiSowcom tak wiele okazji do delektacji, że gdyby owych ochroniarzy nie było, należałoby ich wymyślić. Nie, patrzę na drugi i trzeci szereg oponentów PiS, na ludzi, którym w porządku nie tylko prawnym, lecz i etycznym nie sposób cokolwiek zarzucić.

Toczą na Facebooku pianę na szyszko, szydło i co tam jeszcze jest w PiS na „sz” – pięćszet pluszsz

Idą ławą: heheszkujący poeci, ukąszeni w kolebce dekonstruktywizmem; aktywistki feministyczne i grzeczni, wielodzietni wychowankowie warszawskiego KIK; pozytywiści czynni w samorządach, bardzo starsi panowie z Unii Demokratycznej oraz osnuci dymem haszu smakosze Der Stijlu i jakuckiego śpiewu Chöömej; malarze płócien wielkoformatowych i entuzjaści tuningu. A już najbardziej wzruszają mnie zabiegane, samotne matki, wielkim wysiłkiem robiące karierę na różnych piętrach mordorów, które przez lata nie to, że „Wyborczą” czytały – NIC nie czytały, ale odkąd zagrała trąbka, z regularnością, której mogliby im zazdrościć specjaliści od miesięcznic smoleńskich i innych, toczą na Facebooku pianę na szyszko, szydło i co tam jeszcze jest w PiS na „sz” – pięćszet pluszsz?

Ten antyPiSizm postrzegam jako jedną z częstych w nowoczesności ideologii totalnych, albo inaczej: reakcję alergiczną. Wydaje się, jakby wyobrażony PiS ustawiony został – zarówno w sensie prostej lokalizacji przestrzennej, jak hellingerowskich „ustawień” (modnej i demonicznej praktyki terapeutów) – w pewnym „polu”, w miejscu przeznaczonym dla immanentnie złego, i odtąd można walić weń jak w kaczy kuper. Pytanie, czym są alergeny, wywołujące tak silną reakcję? Jaką napiętą strunę trącił PAD, uśmiechając się banalnie i księżycowo w dniu elekcji?

Nie ma tu jednej odpowiedzi. Raz i drugi, szczególnie po pierwszych reakcjach na 500+, zwracano uwagę na pewien żywy w ubogiej Polsce „bieda-elitaryzm”. Owszem, można sobie wyobrazić pojedyncze celebrysie i homines novi III RP budujących swoje ego na „byciu lepszymi”, ich niechęć na myśl o wyobrażonych awansach wyobrażonego „plebsu”, który zeżre im wszystkie flądry w smażalniach na Helu, ale to ślepa uliczka: nie tym kierują się sarkający na PiS wzięci wydawcy i właściciele warsztatów samochodowych. Oczywiście, fundowane przez dziesiątki tytułów i telewizji propagandowe naloty dywanowe na PiS trwające latami też nie są bez znaczenia. Moim jednak zdaniem źródło zjawiska, o którym piszę, umieszczone jest znacznie głębiej: PiS ustawiony został a priori w roli „czarnego luda”, czyli wszystkiego co w Polsce złe, niskie, brutalne i ciemne. Partia Kaczyńskiego jest dla antyPiSistów jednocześnie szmalcownikiem, złym ojcem, Wałęsą z początku lat 90. (nigdy dość przypominania, jak Salon hejtował wówczas tego „prostaka z siekierką”), żulem, Ferdkiem Kiepskim, kułakiem, damskim bokserem i Wojnarem z „Wesela” Smarzowskiego.

Wyliczając tych nadwiślańskich Freddie Kruegerów nie mam na myśli wszystkich inicjatyw propagandowych i satyrycznych podejmowanych przez przeciwników PiS, tych bardziej i mniej trafnych aktów krytyki oraz upupiania, lecz ich rzeczywisty lęk, intersubiektywnie prawdziwe identyfikacje wroga. Przez lata bardzo różne środowiska wyobrażały sobie (rzadziej – definiowały) różnych swoich oponentów lub tych, których się lękają. PiS stał się po prostu uosobieniem tych obaw i dyzgustów (oczywiście, pociąga to za sobą jak najfatalniejsze skutki; nikt nie lubi być nielubiany, więc sporą część niezgrabności lub brutalności ludzi Prezesa tłumaczyć można swoistym naplewat’: i tak nie mamy szans na poprawę wizerunku, więc po co się starać?).

Nikt chyba, prócz może Waldemara Kuczyńskiego, nie ma takich cojones, by na serio zrównywać dorobek Jojo Brudzińskiego z rozmachem kolumn krasnoarmiejców czy KBW

Ciekaw jestem głębokich pokładów tych antypisowskich lęków, ich nieuświadamianej genezy. Nie myślę przy tym nad refleksją w duchu „Resortowych dzieci”, publikacji równie prostackiej co niechlujnej, której pospolite błędy w połączeniu z „determinizmem urodzenia” są tak żenujące, że każą zdystansować się nawet do kilku naprawdę zajmujących ustaleń w kwestii powiązań progenitury prezesa Waltera. Interesują mnie nie agentury, lecz awangardy, ciekawi mnie wspólnota lektur, nie oficerów prowadzących, marzy mi się coś na kształt zbiorowej psychoanalizy antyPiSowskiej inteligencji warszawskiej. Ach, gdyby udało się przewerbować do tego celu Andrzeja Ledera, by ze swadą, z jaką napisał był „Prześnioną rewolucję”, nazwał utajone lęki wykładowców UW i pracowników Zachęty, którzy niby polityką się nie interesują, ale zawsze znajdą sposób, by wsadzić PiSowi szpilę! Jakie zakurzone książki z regałów dzieciństwa, jakie filmy i opowiadania każą im widzieć w Piotrze Glińskim – Edka, w Antonim Liberze – Broniarka? Naprawdę Dąbrowska i Haupt? A może bardziej Głowacki i Pilch? A może jednak sporo Jerzego Jurandota, Janusza Minkiewicza, Andrzeja Szczypiorskiego?

Nie dojdziemy tego tej nocy, Telemaku: księgozbiory są obszerne, ustawione w dwóch rzędach, dziedziczone przez pokolenia. Gaszę lampkę z przekonaniem, że emocjonalne korzenie antyPiSizmu są splątane jak u figowca; i że ogromna większość przeciwników PiS ustawiła sobie tę formację w hellingerowskim polu, nie zadawszy sobie trudu, by zrozumieć motywacje czy prywacje jej elektoratu. Ustawili ją sobie i otwarli ogień: tyle, że w międzyczasie podniosła się mroźna mgła, i szyją na oślep, w ledwie widoczny zagajnik, w którym ma się ponoć kryć żul, szmalcownik i patriarcha(t), czyli PiS we własnej osobie.

Kule są realne, z zagajnika nie ma dokąd prysnąć, posoka prędzej czy później popłynie: już płynie. Ale czy naprawdę jesteście pewni, że upolowaliście realny PiS? I czy taka palba na oślep nie jest dokładnie tym, co nie podobało Wam się – i słusznie! – w klepniętej miesiąc temu przez Sejm ustawie o polowaniach?