Newsletter

Polska racja Bocheńskiego. Polemika z Rafałem Matyją

Adolf Bocheński zasługuje na miejsce we współczesnej refleksji jako żywy inspirator dyskusji, tym bardziej, że jego sposób myślenia nie jest u nas nadreprezentowany

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

W tekście „Wunderkind i wojenna katastrofa” Rafał Matyja, oddawszy hołd inteligencji, oczytaniu i – co ma mniejsze znaczenie dla przedmiotu niniejszego tekstu – osobistemu bohaterstwu Adolfa Bocheńskiego, odkłada jego pisma (a wraz z nimi dorobek całej szkoły myślenia politycznego, do której „Wunderkind” należał) na półkę z – owszem – klasyką, ale należącą nieodwołalnie do przeszłości. Co więcej, zdaniem Matyi Bocheński (jako pisarz polityczny) poniósł porażkę, a źródeł tej porażki autor upatruje, za Stanisławem Mackiewiczem, w przedwczesnym dojrzewaniu intelektualnym, które uwięziło ten nieprzeciętny umysł w świecie ukształtowanym przez młodzieńcze lektury. Dojrzewaniem Bocheńskiego tutaj zajmować się nie będziemy, jako że wieści o jego porażce są zdecydowanie przedwczesne, a prowadzącą ku podobnym wnioskom tezę można (ba! – trzeba) zakwestionować.

Mearsheimer, przykładając swą teorię realizmu ofensywnego do historii politycznej ostatnich dwóch stuleci, nie przeprowadza żadnego jakościowego rozróżnienia między epokami przed i po wojnach napoleońskich czy światowych

Nieprzezwyciężalna anachroniczność?

Jaka to teza? Matyja przekonuje o „nieprzezwyciężalnej” anachroniczności analiz Bocheńskiego, wynikającej z rzekomej zasadniczej zmiany systemu stosunków międzynarodowych, jaka miała nastąpić w okresie wojen światowych. „Świat XIX-wiecznej dyplomacji”, z jej „wyrafinowanymi kalkulacjami”, odszedł do przeszłości (Matyja nie wyjaśnia, czy i czym został zastąpiony), Bocheński nie potrafił zaś przezwyciężyć ograniczeń narzucanych przez własną historyczną erudycję. Nie poszedł za zmieniającym się światem. Zabrakło mu wyobraźni, by przewidzieć nieprzewidywalne. Nie wziął (nie mógł wziąć) pod uwagę szaleństw nazizmu i komunizmu. Jego koncepcje polityczne przegrały. Przed upływem dwóch lat od publikacji jego najważniejszej książki, „Między Niemcami a Rosją”, „nie było już niepodległej Rzeczypospolitej, a kontynent ogarnęła wojna. Porządek europejski – stwierdza Matyja – o jakim pisali Mackiewicz i Bocheński, legł w gruzach”.

Z tym ostatnim zdaniem nie sposób się nie zgodzić. Ale porządek europejski „legł w gruzach” także za Napoleona, nie był taki sam po Bismarcku, rozsypał się w roku 1918 i w 1989. Pytanie brzmi: czy do przeszłości odszedł także system polityki międzynarodowej, o jakim pisali Mackiewicz i Bocheński, czy zdezaktualizowały się reguły, na których publicyści wileńskiego „Słowa” i „Buntu Młodych”/„Polityki” budowali swoje koncepcje polityki zagranicznej?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, wyjdźmy na moment z wąskiego kręgu biednej, rodzimej, poniewieranej przy lada okazji myśli realistycznej, i sięgnijmy do dorobku tych, których zgodnie chyba uznaje się za mistrzów tej dyscypliny – Anglosasów. Gdy u nas wyklinana jest jako „pseudorealizm”, „rewizjonizm” itp., u nich cieszy się większą estymą zarówno jako teoria, jak i praktyka.

Realizm ofensywny bierze swoją nazwę z przekonania, że struktura systemu międzynarodowego sprzyja dążeniu do poprawiania swojej pozycji kosztem rywali

Nie przeceniajmy ideologii

Jednym z wyróżników realistycznych teorii polityki międzynarodowej (Kennetha Waltza czy Johna Mearsheimera) jest przekonanie, że zachowanie państw determinowane jest przede wszystkim przez ich otoczenie (strukturę systemu międzynarodowego), a nie przez wewnętrzny ustrój czy strukturę społeczną. W związku z tym realiści (używam tego pojęcia w rozumieniu zwolenników tezy, że teorie realistyczne trafniej niż inne wyjaśniają zachowania państw na arenie międzynarodowej) nie dzielą państw na „dobre” i „złe”, ponieważ każde z nich działa zgodnie z tą samą logiką, wynikającą ze stosunków sił, niezależnie od poziomu kulturalnego obywateli i tego, ilu z nich siedzi w więzieniach, ani tego, czy sadza ich tam miły liberalnym piórom demokrata, czy wstrętny dyktator. Jakkolwiek więc nieprzyjemnie by to nie zabrzmiało, zwolennicy realizmu politycznego „szaleństw nazizmu i komunizmu” nie uznają za cezurę domagającą się nowego paradygmatu analiz politycznych.

Podobnie jest ze zdarzającymi się co jakiś czas załamaniami ładu międzynarodowego. Mearsheimer, przykładając swą teorię realizmu ofensywnego do historii politycznej ostatnich dwóch stuleci, nie przeprowadza żadnego jakościowego rozróżnienia między epokami przed i po wojnach napoleońskich czy światowych. Wręcz przeciwnie, wartości swej teorii upatruje w tym, że dobrze (na tyle dobrze, na ile to możliwe w naukach politycznych) wyjaśnia ona zachowania mocarstw (a co za tym idzie: przyczyny wojen) zarówno w XIX, jak i w XX wieku. Reguły polityki międzynarodowej i strategie, jakie wobec nich przyjmują państwa, pozostają bowiem niezmienne.

W ten sam sposób na relacje międzynarodowe patrzył Bocheński, przestrzegając już w 1937 roku, by nie przeceniać wpływu haseł ideologicznych głoszonych przez totalitaryzmy na konsekwencję w realizacji ich interesów państwowych. Kluczowa dla rozumowania polskiego publicysty była tzw. zasada relatywizmu politycznego (nazwana nawet przez Mackiewicza „lex Bocheński”), tj. twierdzenie, że „potęga państwa jest odwrotnie proporcjonalna do siły państw i narodów, z którymi ma ono sprawy sporne”. Uzupełniona o pewne zastrzeżenia (m.in. tezę, że w interesie państwa może być wzmocnienie jednego z antagonistów, o ile pozwala to na ugodzenie innego, groźniejszego przeciwnika), reguła ta jest bezcennym drogowskazem po meandrach międzynarodowej polityki. Pozwala na logicznie spójną interpretację przebiegu wielu rozgrywek historycznych i pozostaje płodna do dzisiaj. Mearsheimerowska krytyka aktualnej polityki USA wobec Rosji (naturalnego sojusznika przeciw właściwemu przeciwnikowi – Chinom), na przykład, oparta jest na bardzo podobnych, jeśli nie wręcz identycznych założeniach.

Skoro już przy tym jesteśmy, to wspomnijmy też o ofierze rozgrywek Waszyngtonu i Moskwy – Ukrainie. Bocheński i jego ideowi przyjaciele 70-80 lat temu opisali właściwości sojuszu odległego mocarstwa zachodniego z niemocarstwowym państwem środkowoeuropejskim. Odległe mocarstwo może potrzebować mniejszego państwa jako dywersanta wobec graniczących z regionem mocarstwowych rywali, ale utrzymania takiego sojusznika na dłuższą metę nie zaliczy do swoich pierwszorzędnych interesów, i poświęci go za ustępstwa na innych polach, szczególnie, że dla mocarstwa bliskiego (Niemiec czy Rosji) sytuacja w regionie jest daleko istotniejszym elementem racji stanu. Mearsheimer z kolei w swej analizie kryzysu ukraińskiego zwraca uwagę na konsekwencję Rosji w realizacji jej interesów, nieodpowiedzialność Zachodu (względnie perfidię – w zależności od tego, czy zakładamy, że przywódcy „wolnego świata” zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich działań), wreszcie dezorientację narodu ukraińskiego, który naiwnie uwierzył, że UE i USA wymuszą na Rosji włączenie ich państwa do struktur europejskich i północnoatlantyckich. Tak się nie stanie – przekonuje Mearsheimer – ponieważ Ukraina jest dla Moskwy nieporównanie ważniejsza niż dla Zachodu, dlatego Rosja będzie gotowa na znacznie większe poświęcenia dla postawienia w tej sprawie na swoim, albo uczynienia z Ukrainy ziemi niczyjej.

Człowiek dziewiętnastowieczny

Zważywszy powyższe bez zdziwienia odkrywamy, że przeciwnicy Mearsheimera, gdy chcą go zdezawuować, nazywają go „19th century man”.

Jeszcze u progu XX wieku koncepcja oparcia na Rosji (tj. koncepcja Dmowskiego) była uzasadniona, dopiero bowiem sukcesy niemieckie na froncie wschodnim w pierwszych latach wojny światowej przyniosły zmianę stosunku sił i odwrócenie tendencji, poprzez obudzenie imperialistycznych planów Rzeszy na Wschodzie, co po raz pierwszy w historii wskazało Polsce miejsce u boku Niemiec

Tropów łączących „Wunderkinda” ze współczesnym amerykańskim profesorem jest więcej. Obaj wytykają błędy polityczne, polegające na nietrafnej definicji interesu narodowego lub chybionej strategii jego realizacji, ale nie znajdziemy u nich cienia pretensji do mocarstw za to, że postępują one zgodnie ze swoją racją stanu, nawet jeżeli wiąże się to z „krzywdą” innych uczestników gry, nawet jeżeli realizacja interesu politycznego odbywa się – jak pisał von Clausewitz – „innymi środkami”. Postrzeganie postawy agresywnej w relacjach międzynarodowych jest bodaj najjaskrawszą analogią między myślą polityczną jednego i drugiego.

Realizm ofensywny bierze swoją nazwę z przekonania, że struktura systemu międzynarodowego sprzyja dążeniu do poprawiania swojej pozycji kosztem rywali. Pochwała wojny agresywnej – młody Bocheński stawiał sprawę nieco ostrzej – była przedmiotem debiutanckiej książki omawianego autora (Tendencje samobójcze narodu polskiego, napisane w 1925 roku wraz z bratem Aleksandrem); przetrwała ona ewolucję poglądów z przełomu dekad, by stać się zasadniczym elementem koncepcji sojuszu z Niemcami przeciw Rosji sowieckiej w latach 30. Podsumowując: osłabianie sąsiadów – wszelkimi środkami, do wojny włącznie – jest dla „ludzi dziewiętnastowiecznych” tak samo „normalną” metodą prowadzenia polityki, jak i wzmacnianie sił własnych. „Ludzie XXI wieku” – powiada Mearsheimer – tego nie rozumieją; cenę, niestety, płacą państwa słabe, wtrącone w tryby rozgrywek między mocarstwami.

Schemat antagonizmów

Większą uwagę chciałbym jednak zwrócić na samą metodę myślenia. Mearsheimer tworzy pewien uniwersalny model zachowania państw, który następnie poddaje, zgodnie z postulatem Hansa Morgenthaua, testowi logicznemu i empirycznemu, tj. odpowiada na pytania:

– Czy wnioski logicznie wynikają z przyjętych założeń?

– Czy teoria pozwala na uporządkowanie i nadanie sensu wydarzeniom historycznym, które bez niej pozostają niepowiązane i niezrozumiałe?

Temu samemu testowi poddaje się model opisany przez Bocheńskiego.

Chodzi o – wspomniany zdawkowo przez Matyję – tzw. schemat antagonizmów. Bocheński zauważył, że w ramach niemal każdego antagonizmu wyróżnić można stronę, która pragnie porozumienia, oraz drugą, która porozumienie odrzuca. Trwałość antagonizmu jest bezpośrednio uzależniona od siły tej strony, która nastawiona jest bardziej nieustępliwie; im silniejsza jest pozycja strony nastawionej ugodowo, tym większe prawdopodobieństwo zażegnania konfliktu.

W tym miejscu trzeba dodać, że Bocheński, za Mackiewiczem, Studnickim i Dmowskim, uważał za regułę (kolejne „prawo” polityki) zależność koniunktury politycznej dla Polski od natężenia antagonizmu niemiecko-rosyjskiego. Teoretycznie więc – wracamy do schematu antagonizmów – Polska, pragnąc przedłużyć antagonizm niemiecko-rosyjski, powinna dążyć do zbliżenia z silniejszym, bardziej agresywnym z obu potężnych sąsiadów, ponieważ ten słabszy zawsze będzie bardziej skłonny do przehandlowania Polski w zamian za przyjaźń silniejszego (nota bene wniosek ten stanowi wyjątek od innej przyjętej w stosunkach międzynarodowych zasady, że jeśli się ma dwóch przeciwników wzajemnie również skłóconych, należy raczej popierać słabszego przeciw silniejszemu). Sojusz z silniejszym sprzyjać będzie całkowitemu rozbiciu słabszego (ale wciąż przecież znacznie silniejszego od Polski) sąsiada, a przynajmniej zabezpieczać będzie przed jego apetytem; wystąpienie przeciw silniejszemu osłabi jego stanowisko, wyrównując tym samym siły obu sąsiadów i zachęcając ich do przypieczętowania tej równowagi rozbiorem Polski.

Klucz do historii

I oto mamy w ręku klucz do zrozumienia historii Polski ostatnich 300 lat, o ile lepszy od mitów powstańczych i demokratycznych (jakoby droga do niepodległości wiodła przez permanentne powstania vel powrót do zapoznanych ideałów wolności i równości) czy fatalizmu, ściągającego z barków polityków polskich odpowiedzialność za skutki takich czy innych działań.

W XVIII wieku to Rosja broniła integralności terytorialnej Rzeczypospolitej przeciw zakusom pruskim. Dopiero polskie odruchy przeciw hegemonii rosyjskiej (konfederacja barska, polityka zagraniczna Sejmu Wielkiego) pozwoliły Prusom przeforsować rozbiory, które – wbrew powszechnemu u nas przekonaniu – były porażką rosyjskiej polityki zagranicznej, zmuszonej do podzielenia się swoim wasalem z mocarstwami germańskimi.

W połowie XIX wieku cały czas stroną silniejszą była Rosja, a stroną szukającą porozumienia – Prusy, przede wszystkim bismarckowskie. W tym kontekście dopiero można w pełni zrozumieć fatalne skutki polityczne powstania styczniowego, które zacieśniło, rozpadający się już, sojusz rosyjsko-pruski i oddaliło naturalne (wobec rosnącej potęgi niemieckiej – kłania się zasada relatywizmu) zbliżenie francusko-rosyjskie – czyli opóźniło o 30 lat powstanie koniunktury międzynarodowej, która doprowadziła do wybuchu pierwszej wojny światowej, i – w efekcie – do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Jeszcze u progu XX wieku koncepcja oparcia na Rosji (tj. koncepcja Dmowskiego) była uzasadniona, dopiero bowiem sukcesy niemieckie na froncie wschodnim w pierwszych latach wojny światowej przyniosły zmianę stosunku sił i odwrócenie tendencji, poprzez obudzenie imperialistycznych planów Rzeszy na Wschodzie, co po raz pierwszy w historii wskazało Polsce miejsce u boku Niemiec. Klęska 1918 roku zahamowała realizację tych planów, ale kiedy w latach 30. oba mocarstwa wracały do aktywnej polityki zagranicznej, Bocheński nie miał wątpliwości, kto jest stroną agresywną i po czyjej stronie powinna się opowiedzieć Rzeczpospolita.

Bocheński ciągle żywy

Nie podejmuję się tutaj przymierzać modelu Bocheńskiego do realiów po 1945 czy po 1989 roku. Dość powiedzieć, że w drugiej połowie lat 30. XX wieku było to najtrafniejsze sformułowanie polskiej racji stanu i nikt do tej pory rozumowania Bocheńskiego podważyć nie potrafił.

Zamykając Bocheńskiego w szafie z anachronizmami, pozbawiamy się bezcennego instrumentu rozumienia polityki

Warto jeszcze wspomnieć o kontekście, bez którego – jak słusznie zauważa Matyja – trudno zrozumieć istotę myśli Bocheńskiego. Wskazałbym jednak inny niż powszechne w latach 30. rojenia o Polsce mocarstwowej. Za klasyczny przykład „nieprzewidywalnego” w dyskusji o polityce zagranicznej II RP podaje się zazwyczaj pakt Ribbentrop-Mołotow. „Jeżeli ktoś twierdzi, że to było do przewidzenia, to wszyscy oszaleli. Przeciętny dyplomata, lider amerykański, francuski czy polski, nie przewidzieli paktu Ribbentrop-Mołotow, bo uważano z aksjomatu, że to sprzeczności nie do pogodzenia” – mówił parę lat temu Piotr Zaremba, by wymienić tylko jeden głos z wielu. Otóż na kartach „Między Niemcami a Rosją” pakt nie tylko został przewidziany, ale precyzyjnie została też wskazana jego bezpośrednia przyczyna – przystąpienie Polski do bloku antyniemieckiego, które osłabiło stronę agresywną w antagonizmie niemiecko-sowieckim. Oto kontekst, który pozwala prawdziwie docenić dorobek „Wunderkinda”.

Można by mu oczywiście wytknąć pewne błędy (któż ich nie popełnia) i fałszywe prognozy, nie mogą one jednak przysłonić tego, co w jego myśli trwałe i uniwersalne. Nie mieliśmy wielu piór, które potrafiłyby tak trafnie rozpoznawać mechanizmy polityki międzynarodowej. Bocheński zasługuje na miejsce we współczesnej refleksji nie jako portret na ścianie, lecz intelektualnie żywy inspirator dyskusji, tym bardziej, że jego sposób myślenia nie jest u nas bynajmniej nadreprezentowany. A już szczególnie warto wracać do niego w momencie, kiedy jego koncepcje w pewnym stopniu się zmaterializowały w postaci konfliktu ukraińsko-rosyjskiego. Zamykając go w szafie z anachronizmami, pozbawiamy się bezcennego instrumentu rozumienia polityki.

Mearsheimer przylepianą mu etykietkę przyjmuje za dobrą monetę, uznając ją za synonim zwolennika realizmu politycznego. Tak – powiada – jestem „człowiekiem XIX stulecia”, Władimir Putin też jest „człowiekiem XIX stulecia”, przywódcy chińscy są „ludźmi XIX stulecia” – dlatego ich postawy i działania bywają tak trudne do zrozumienia dla tych wszystkich „ludzi XXI wieku”, którzy nie rozumują w kategoriach stosunków sił.

Bocheński również był człowiekiem XIX stulecia. I to właśnie czyni go aktualnym.