Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Republikanizm – idea antysystemowa?

Żyjemy w systemie pasożytniczym, w państwie w znacznym stopniu zawłaszczonym przez żerujące na nim grupy interesów. W tych warunkach poważne potraktowanie republikańskich postulatów musiałoby mieć wywrotowe polityczne konsekwencje

Republikańska samoidentyfikacja spotyka się nieraz w Polsce z zarzutem nijakości. „Co to właściwie jest?” – można nierzadko usłyszeć, „to oczywiście nic nie znaczy” – powiedział mi kiedyś pewien profesor historii. Takie głosy nie biorą się z niczego. Co do istoty są jednak o tyle nietrafne, że poważnie traktowany republikanizm to we współczesnych warunkach polskich nie mgliste dywagacje o dobru wspólnym czy pomocniczości, a – idea silnie antysystemowa.

Gdzie bowiem żyjemy? W słabym państwie, które po 30 latach reformowania wciąż rozbija się o problemy elementarnej niesterowności, niezorganizowania, resortowości, bardzo niskiego zaufania do najważniejszych instytucji, fikcyjności wielu praw. W realnej oligarchii grup interesów, współczesnych królewiąt kresowych, gdzie rolę dawnych Koniecpolskich, Wiśniowieckich czy Ostrogskich pełnią słabo lub w ogóle niekontrolowane korporacje zawodowe, grupy nacisku, głośne mniejszości takie jak sędziowie, akademicy, górnicy, część służb specjalnych (jak dawne WSI). To nie tyle one są silne, co państwo słabe, a ponieważ w kluczowym momencie aktorzy działający na rzecz państwa silnego byli zbyt mało wpływowi, pozycja tych pierwszych została ukonstytuowana i ugruntowana.

Żyjemy w systemie pasożytniczym, w państwie w znacznym stopniu zawłaszczonym przez żerujące na nim grupy interesów, do których zalicza się też spatologizowana klasa polityczna jako taka. Fakt, że w pięć lat po dojściu do władzy partii powstałej na hasłach walki z przestępczością i korupcją, merytokracji i podnoszenia standardów życia publicznego, problemy drenażu państwa, klientelizmu i korupcji nasilają się – jest tu znamienny.

Rolę dawnych Koniecpolskich, Wiśniowieckich czy Ostrogskich pełnią słabo lub w ogóle niekontrolowane korporacje zawodowe, grupy nacisku, głośne mniejszości takie jak sędziowie, akademicy, górnicy, część służb specjalnych

Żyjemy w kraju, w którym potencjalnie twórczy spór między „Polską solidarną” a „Polską liberalną” przybiera coraz bardziej toksyczną i destrukcyjną postać „partyjniactwa postmodernistycznego”. W tych warunkach spory kompetencyjne przybierały i być może nadal będą przybierać tak groteskową postać jak w 2008 roku, gdy prezydent i premier ośmieszali siebie i państwo, rywalizując o to, który z nich poleci na szczyt UE, na którym zresztą zgodzili się akurat na niekorzystne dla Polski regulacje klimatyczne. Lub tak tragiczną jak dwa lata później, gdy doszło do katastrofy smoleńskiej. Że polska klasa polityczna nie zmienia się pod tym względem na lepsze potwierdził ostatni koronakryzys, gdy w przeciwieństwie do swoich odpowiedniczek z Serbii czy Macedonii Północnej (o Francji czy Korei Południowej nie wspominając) nie tylko nie potrafiła dogadać się co do tego, co zrobić z wyborami przypadającymi na czas pandemii, ale doprowadziła do kolejnej bezprecedensowej kompromitacji państwa wieloetapowym, groteskowym sporem i nieodbytymi wyborami.

Jak przenikliwie pisał o tym neoplemiennym partyjniactwie Jan Rokita: „Egzekucja partyjnego interesu przestała być w ogóle traktowana jako jakiś wstydliwy przejaw partykularyzmu, ponieważ partyjność stała się, przynajmniej dla partyjnych elit, formą tożsamości bardziej pierwotną od narodowości, straciła zatem etykietę partykularności. (…) Zaś wszelka próba racjonalnego dyskursu o problemach państwa, podejmowana przez jakiegoś działacza partyjnego, tropiona jest i napiętnowana jako moralnie naganna zdrada”.

Żyjemy w państwie, w którym określona w pierwszym artykule konstytucji zasada dobra wspólnego jest fikcją w każdym sensie. Jak wskazywał były prezes Fundacji Ius et Lex, Wojciech Arndt, jej rola jest marginalna tak w praktyce politycznej i administracyjnej, jak w rozważaniach konstytucjonalistów i orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego („A dobro wspólne?”, „Rzeczy Wspólne” 2011, nr 6). Dalece niejedyna to oczywiście z prawnych i politycznych fikcji funkcjonujących w Polsce, ale przecież – szczególnie znamienna.

W tych warunkach już samo poważne potraktowanie postulatu prymatu dobra wspólnego i podstawowej republikańskiej formuły rozumnej troski o nie – musiałoby mieć wywrotowe polityczne konsekwencje. Wymagałoby dążenia do ustanowienia silnego państwa, złamania systemu pasożytniczego, „państwa nieistniejącego nawet teoretycznie” i hegemonii współczesnych królewiąt, podważenia modelu plemiennego partyjniactwa. Wymagałoby odbudowania służebnych wobec społeczeństwa elit. Wymagałoby więc bardzo głębokich zmian systemowych, ewolucyjnych lub rewolucyjnych. A mówimy tu tylko o podstawowej republikańskiej zasadzie prymatu dobra wspólnego, która dopiero w połączeniu z ideą wolności nabiera prawdziwie republikańskiego charakteru, rodząc z kolei zasady państwa prawa, pomocniczości, równości wobec prawa. To już jednak materiał na inną okazję.

Republikanizm to zatem we współczesnych warunkach polskich idea radykalna i antysystemowa. To wiele znaczy.

prezes i założyciel Nowej Konfederacji, dyrektor Wydawnictwa Nowej Konfederacji. Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz