Newsletter

Przewrót behawioralny i dwa końce historii

Rewolucja w nauce może doprowadzić do tego, iż pojęcie „demokratycznej republiki” stanie się wewnętrznie sprzeczne, a sama konstrukcja – nie do utrzymania

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Rewolucja w nauce może doprowadzić do tego, iż pojęcie „demokratycznej republiki” stanie się wewnętrznie sprzeczne, a sama konstrukcja – nie do utrzymania

Homo sapiens, czyli człowiek myślący – to brzmi dumnie.  Czy jednak istota ludzka naprawdę wyróżnia się samodzielnym myśleniem, czy tylko specyficznym sposobem odczuwania?  Współczesne pojmowanie polityki i gospodarki coraz wyraźniej podąża tropami wyznaczonymi wcześniej przez psychologię behawioralną. A to oznacza przewrót wręcz  kopernikański.  Odwracamy się bowiem od przypisywania zwykłemu człowiekowi racjonalności, czyli rozumowania w kategoriach jasno zdefiniowanych interesów, dostrzegając w nim istotę decydującą przede wszystkim emocjonalnie. Wynika to z odkrycia głęboko zakorzenionych  schematów odczuwania obrzydzenia, pożądania, strachu czy bezpieczeństwa.

Emocjami takimi manipulować jest dość łatwo, zwłaszcza dziś, przy użyciu współczesnych technologii.  Stąd też zachodzi poważna obawa, że w praktyce ten przewrót doprowadzi do tego, iż pojęcie „demokratycznej republiki” stanie się wewnętrznie sprzeczne.

Republikanizm zakłada bowiem racjonalny wybór dobra wspólnego, a demokracja wybór ludu. Cóż tymczasem znaczyć będzie wybór ludu, jeśli zmaterializują się wizje technokratycznego despotyzmu, będące dotąd tylko literacką fikcją? Nowe, inteligentniejsze tyranie nie będą stosować już brutalnej przemocy. Będą natomiast potrafiły z dziecinną niemal łatwością wywołać miłość, nienawiść i pożądanie swoich poddanych. „Nie będę już wam gubernatorował…Będę wam demokracił” ogłasza wszem i wobec nowej klasy, technokratyczny władca w znakomitej antyutopii Piotra Goćka.

Behawioralizm, frank szwajcarski  i piersi Jolie

Przewrót behawioralny  w naukach społecznych rozpoczął się przeszło 30 lat temu wraz z publikacją skromnego artykułu  autorstwa Daniela Kahnemana i Amosa Tverskiego. Na dobre przyspieszył w roku 2002, kiedy to Kahneman otrzymał nagrodę Nobla za swój wkład w rozwój ekonomii. Dziś zaś ta rewolucja wchodzi w fazę popularyzacji. W politologii przyczyniły się do tego niewątpliwie prace Jonathana Heidta i Drew Westena. Z pewnym opóźnieniem ta, rozpoczęta w USA zmiana paradygmatu, dociera również do Polski.

Na czym ów przewrót polega? W największym skrócie: na podważeniu ludzkiej racjonalności. Coraz więcej badaczy sądzi bowiem, że nawet jeśli taktujemy tę racjonalność jako pewne uogólnienie, to jest to uproszczenie stanowczo zbyt duże aby opierać się na nim, kiedy próbujemy coś powiedzieć na tematy gospodarcze i polityczne.

W typowych modelach ekonomicznych i politologicznych racjonalny człowiek to taki, który działa z godnie z teorią „oczekiwanej użyteczności”. Czyli chcąc osiągnąć dany cel kalkuluje  szanse wygranej lub przegranej przez (z grubsza rzecz ujmując) pomnożenie wartości jaką przypisuje wynikowi i prawdopodobieństwo jego osiągnięcia. Oczywiście łatwo jest powiedzieć, że umiejętność szacowania ryzyka wcale nie jest taka łatwa, i wielu z nas nie jest racjonalnych, bo nie umie tak dobrze liczyć.

Najprawdopodobniej takie „oprogramowanie” zostało ukształtowane poprzez dobór naturalny. Nasi przodkowie często spotykając się z bezpośrednim zagrożeniem życia nauczyli się po prostu unikać przede wszystkim zagrożenia bliższego, a resztą martwić się potem. I to właśnie takie geny przekazali w spadku potomstwu. Niestety, ta strategia spisuje się raczej średnio przy podejmowaniu decyzji finansowych.

Dzięki serii eksperymentów Kahneman i Tversky udowodnili, że nawet doskonale znając prawdopodobieństwa wygranej i przegranej ludzie nadal nie będą postępować według teorii oczekiwanej użyteczności. Po prostu, jako gatunek jesteśmy zaprogramowani na „nieracjonalność” przy podejmowaniu szybkich decyzji dotyczących spodziewanych zysków i strat. Po pierwsze, „irracjonalnie” łatwo akceptujemy relatywnie małe straty wobec perspektywy dużej wygranej. Kupujemy więc, na przykład, losy na loterię. Po drugie, starty ponoszone natychmiast są postrzegane przez nas jako większe i bardziej dotkliwe niż te odłożone w czasie, lub te, co do których istnieje choćby cień szansy ich uniknięcia.

Pełna racjonalność byłaby niepożądana. Przeciążałaby nasz umysł i w efekcie prowadziła zapewne do jakieś formy autyzmu

W jednym z eksperymentów Kahnemana i Tverskiego ludzie w zdecydowanej większości nie godzili się na poświęcenie pewnej sumy od razu po to, aby zabezpieczyć się przed wysokim prawdopodobieństwem utraty sumy wielokrotnie większej w przyszłości. Innymi słowy, chętniej wybierali ryzykowną grę niż natychmiastową stratę chroniącą ich od przyszłego ryzyka.

Czy to nie brzmi znajomo? Czy właśnie w taką grę nie zagrały kilka lat temu z setkami tysięcy polskich frankowiczów banki? Typowym ruchem było tu zaproponowanie klientowi dwóch kredytów. Jeden, znacznie droższy, był w złotówkach, drugi i tańszy – był za to obarczony dużym ryzykiem kursowym w przyszłości. Bankowcy zapewne znali już wtedy równanie na słynną krzywą Kahnemana-Tverskiego, które wyraźnie dowodziło, że wobec takiego wyboru przytłaczająca większość ubiegających się o kredyty wybierze opcję tańszą, ale na dłuższą metę bardziej ryzykowną.  Na nic zdały się ostrzeżenia grupki uczciwych ekonomistów.

Szukając przykładu z zupełnie innej beczki można zaś powiedzieć, że zupełnie racjonalna była decyzja Ageliny Jolie by usunąć zdrowe piersi, skoro jej geny sprawiają, że w przyszłości miałaby 80 proc. szans zachorowania na śmiertelnego raka. Jednak nie bez przyczyny ta decyzja spotkała się z niezrozumieniem ze strony wielu kobiet. Tu też zadziałał mechanizm Kahnemana i Tverskiego, na który Jolie akurat okazała się (nietypowo) odporna.

Nie lubię cię, i tyle!

Kahneman bez wątpienia zrewolucjonizował ekonomię. Do zastosowania jego koncepcji w polityce w latach osiemdziesiątych droga była jednak wciąż jeszcze daleka. Być może jedną przyczyn było, to, że  Kahneman i Tverski niewiele mieli do powiedzenia na temat tego jak kształtują się w dłuższej perspektywie stosunki pomiędzy rozmaitymi grupami ludzi, i jak dokładnie powstaje wewnątrzgrupowa hierarchia. Do pewnego stopnia tę lukę postarali się wypełnić dopiero Drew Westen i Jonathan Haidt.

O Westenie szerzej pisze w tym numerze „Nowej Konfederacji” Maciej Gurtowski . Haidt jest natomiast o tyle ciekawy, że w swojej książce „Prawy umysł” wyjaśnia, jak postępowanie wbrew teorii  oczekiwanej użyteczności jest wręcz niezbędne dla przetrwania i rozwoju każdej ludzkiej społeczności. Zdaniem tego psychologa, przyjmowanie pewnych irracjonalnych założeń na wiarę, akceptowanie określonych tabu (na przykład: nie jedzenie pewnych pokarmów nawet gdy są one łatwo dostępne, lub niepracowanie w pewne dni nawet gdy wydaje się to korzystne) – jest po prostu konieczne, aby budować poczucie wspólnoty. Co więcej, z badań Heidta można też wysnuć wniosek, że społeczeństwa nadmiernie akcentujące  indywidualistyczny racjonalizm mogą w ten sposób wytracać konieczny do ich przetrwania kapitał zaufania.

Nie warto rozmawiać

Zdaniem autora „Prawego umysłu” na ludzkie decyzje polityczne największy wpływ mają czynniki irracjonalne, które bardziej racjonalna część naszego umysł tylko wtórnie uzasadnia. W praktyce podejście behawioralne sugeruje więc, że demokratyczny polityk nie przekona masowego wyborcy samymi tylko argumentami do niczego, czego ten nie akceptował wcześniej. Chcąc sprzeciwić się opinii powszechnie panującej w społeczeństwie, nawet jeśli jest ona niezwykle niebezpieczna, można społeczeństwo co najwyżej oszukać (poprzez manipulowanie jego emocjami) lub, w skrajnych przypadkach, zastraszyć.

Warto przy tym dodać, że specjalne komórki eksperckie zajmujące się projektowaniem działań politycznych w oparciu założenia neobehawioralne powstały zarówno przy premierze Wielkiej Brytanii – Davidzie Cameronie, jak i w administracji Baracka Obamy. Zdaje się to tłumaczyć  dlaczego wprowadzając reformę służby zdrowia prezydent USA z tak niezwykłym przekonaniem społeczeństwo uspokajał.  Mówił na przykład, że każdy będzie mógł się nadal leczyć u tego co poprzednio lekarza, za te same pieniądze. Choć doskonale wiedział, że tak nie będzie. Reforma zakładała bowiem z góry, że część już ubezpieczonych otrzyma nieco gorsze pakiety.

Zwrot behawioralny wyjaśnia też do pewnego stopnia, dlaczego Cameron, wbrew wszelkim danym statycznym i makroekonomicznym, uparcie wmawia dotkniętym przez kryzys Brytyjczykom, że ich niedoli winni są żerujący na opiece społecznej Polacy. Takie wykreowanie kozła ofiarnego, którego społeczeństwo i tak nie lubi, daje rządowi więcej swobody w innych kwestiach.  Problemy pojawiają się dopiero, kiedy sytuacja wymknie się spod kontroli. Już dochodzi przecież do ataków na Polaków i ich domostwa.

Czy można myśleć wolniej?

Skoro ludzka irracjonalność ułatwia manipulacje i może prowadzić do brutalizacji życia społecznego, to czy nie można jej skutków jakoś pokojowo ograniczyć? Cóż, jest to trudne. Choćby dlatego, że niełatwo jest dokładnie określić kiedy i o czym powinniśmy myśleć głęboko i racjonalnie a kiedy możemy zdać się na działanie emocjonalne i instynktowne.

Nawet jeśli racjonalny namysł nad polityką nie jest dostępny dla mas, to w przypadku węższych, aktywnych grup może on nadal mieć bardzo pozytywny wpływ na całą zbiorowość

Natomiast pełna racjonalność byłaby niepożądana. Przeciążałaby nasz umysł i w efekcie prowadziła zapewne do jakieś formy autyzmu. W swojej najnowszej książce („Pułapki myślenia”), sędziwy już Kahneman tłumaczy to zjawisko występowaniem w ludzkim umyśle dwóch systemów. Jeden pomaga nam w podejmowaniu szybkich, codziennych decyzji, a drugi: umożliwia rozwiązywanie zaawansowanych problemów logicznych i matematycznych. Nawet najwybitniejszy matematyk nie byłby jednak w stanie przeżyć samodzielnie jednego dnia, gdyby we wszystkich sytuacjach stosował tylko drugi system. Równocześnie jednak nie znaczy to, że należy tak łatwo rozgrzeszać wyborców popierających partie działające wbrew ich interesom.

Ogólnie rzecz biorąc, największą chyba przysługą jaką można oddać bliźnim, jest więc właśnie sumienne namawianie ich do aktywacji drugiego systemu myślenia w naprawdę istotnej, a niezauważanej dotąd sprawie. To właśnie dlatego Sokrates uważał, że zamiast na cykutę, zasłużył na najwyższe honory, jakie tylko Ateny mogłyby mu zaoferować.

Dziś łatwo byłoby wobec bezsprzecznych zdobyczy behawioralnej ekonomii i politologii popaść w polityczny pesymizm.  Stan ten konserwatystom osładzałoby zaś chyba tylko poczucie pewnej Schadenfreude z tytułu tego, co Maciej Grutowski nazwał swego czasu „upadkiem liberalnej wizji człowieka”. Istotnie, w świetle  najnowszych badań nad ludzką naturą upada ostatecznie wiara w fukuyamowski „koniec historii”,  czyli w świat szczęśliwych, racjonalnych, niezależnych i wzajemnie się szanujących jednostek.

Bardzo łatwo jest jednak od jednego końca historii uciec w drugi i stwierdzić, że „jak powiadają amerykańscy naukowcy” zmienić nie da się nic, zatem lepiej nawet nie próbować. W polityce i gospodarce elity powinny więc tylko manipulować nieświadomymi masami i bez mrugnięcia okiem żyrować wszelkie, nawet najbezczelniejsze posunięcia innych członków grupy „wybranych”.

Doszedłszy to tak skrajnych wniosków należy przypomnieć sobie o trzech filarach tradycyjnego pojmowania polityki, których neobehawioryzm chyba jeszcze nie obalił. Po pierwsze, niedoskonałość i groźba upadku wszelkich wspólnot nie zwalnia ich przywódców od odpowiedzialności za los współobywateli. Po drugie, nawet, jeśli racjonalny namysł nad polityką nie jest dostępny dla mas, to w przypadku węższych, aktywnych grup może on nadal mieć bardzo pozytywny wpływ na całą zbiorowość. Po trzecie wreszcie, nawet jeśli ludzie na co dzień nie myślą o polityce racjonalnie, to dowolne prawo konstytucyjne musi z zasady zakładać, że przynajmniej od czasu do czasu są do takiego namysłu zdolni. I wcale nie chodzi tu tylko o konstytucjonalizm demokratyczny, ale w ogóle o wszelkie prawo, które opisuje jakiekolwiek powinności władzy, a więc nie sankcjonuje ani despotyzmu, ani anarchii. 

Trzecia droga

Gdyby bowiem irracjonalność ludu politycznego wziąć za absolutny pewnik, to należałoby albo założyć, że władza z jakiś powodów wie „lepiej”, a więc nie ma żadnych zrozumiałych dla ludu norm cokolwiek jej narzucających. Albo też utrzymywać, że władza (w końcu też składająca się z ludzi) sama nie wie co czyni i można spokojnie powrócić od przedpolitycznego stanu plemiennej wojny wszystkich ze wszystkimi.

Obie ewentualności wydają się być znacznie gorsze od szczypty hipokryzji oraz odrobiny wiary w możliwość kształtowania racjonalnych i republikańskich zarazem elit. Takie działania zaradczo-wychowawcze najlepiej rozpocząć już wśród ludzi młodych: przyszłych założycieli nowych przedsiębiorstw, partii, ruchów społecznych i mediów.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 2 (56)/2015, 4 LUTEGO–3 MARCA, CENA: 0 ZŁ