Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Problemy z Polskim Ładem. Jak Kaczyński rzucił się pod ekspres legislacyjny

Nie byłoby obecnych problemów ze zmianami podatkowymi, gdyby nie pycha rządzących, którzy przepychali je kolanem w błyskawicznym tempie przez parlament, ignorując przestrogi ekspertów i opozycji

Dlaczego dostałem w styczniu niższą pensję niż w grudniu, choć ponoć miałem skorzystać na zmianach podatkowych? Czy lepiej korzystać z ulgi dla tzw. klasy średniej co miesiąc, czy dopiero po roku, i czy w ogóle? Czy nie zaszkodzi to wspólnemu rozliczeniu z mężem – i jak będziemy korzystać z ulgi na dzieci? Te i inne pytania zadają sobie Polacy od początku stycznia – i nie znajdują odpowiedzi. Co gorsza, nie znają ich często także decydenci.

Dlaczego do tego doszło? Dlaczego reforma, która miała uporządkować polski system podatkowy, zakończyła się bałaganem porównywalnym w skali chyba tylko z wprowadzeniem kas chorych na przełomie wieków? Odpowiedź tkwi w logice samych zmian – a także sposobie ich przeprowadzania.

Łowienie wyborców podatkami

Gdy kilka miesięcy temu napisałem tekst o Polskim Ładzie (jeszcze nieznane były wówczas jego szczegóły), wskazywałem, że należy rozpatrywać go przede wszystkim pod kątem zwiększania szans wyborczych partii rządzącej. Wykonanie i efekty pokazują, że się nie pomyliłem. Twórcy Polskiego Ładu kierowali się przede wszystkim trzema zasadami: „dziel i rządź”, „im szybciej, tym lepiej” oraz „chcieć to móc”.

Skoro Naczelnik wszelkie ostrzeżenia traktuje jako ukartowaną robotę określonych kół, a nie jako wyraz troski o dobro wspólne, to co się później dziwić, że jego obóz polityczny popełnia tyle błędów przy stanowieniu prawa

Pierwsza z nich – „dziel i rządź” – przejawiała się we wprowadzaniu zmian dedykowanych przede wszystkim grupom istotnym dla Prawa i Sprawiedliwości z wyborczego punktu widzenia. Stąd podniesienie kwoty wolnej od podatku czy zwolnienie dużej części emerytów z PIT. Te zmiany warto co do zasady pochwalić, natomiast warto pamiętać, że koszty zmian ponieść mieli ci, którzy dla PiS już tak istotni nie są, jak bogatsi czy samorządy, którym w ramach centralizacyjnej logiki rządzenia partii Jarosława Kaczyńskiego odebrano część środków przysługujących im z tytułu podatku, nie rekompensując tego przez stworzenie przejrzystego systemu transferów z budżetu centralnego. Do tego dołożono brak możliwości odliczenia składki zdrowotnej od podatku. Dlatego na pierwszym etapie stracić miała tzw. klasa średnia, ale gdy okazało się, że bez poparcia Porozumienia zmiany mogą nie przejść, wprowadzono także ulgi mające wyjść jej naprzeciw.

Z kolei zasada „im szybciej, tym lepiej” przejawiała się w uruchomieniu ekspresu legislacyjnego. Projekt ustawy wpłynął do sejmu 8 września, by już 1 października zostać przyjętym. Dalej zajmowali się nim senatorowie (przez 28 dni – mając na to miesiąc), po czym ustawa wróciła do sejmu, gdzie posłowie przez jeden dzień rozpatrywali senackie poprawki. Koniec końców, liczącą w ostatecznym brzmieniu 277 stron ustawę przyjęto w niecałe dwa miesiące. Nad tym bardzo skomplikowanym zagadnieniem należałoby się z powagą pochylić, by dopracować dokument i nie doprowadzić do wprowadzenia wadliwych przepisów do obrotu prawnego. Tego jednak nie zrobiono, co zresztą nie powinno dziwić. Błyskawiczne uchwalanie ustaw stało się znakiem rozpoznawczym rządów Prawa i Sprawiedliwości, choć przecież partia ta w swoim programie z 2014 roku wyraźnie podkreślała, że „tworzenie prawa nie może być ekspresowym, interwencyjnym reagowaniem na bieżące zdarzenia”. To po 2015 roku uchwalono dwie rekordowo szybkie ustawy – zmiany w prawie oświatowym (trafiły do prezydenta w zaledwie dwa dni) i rozwiązani dotyczące kwoty wolnej od podatku, które wprowadzono w 3 dni, gdy posłowie obudzili się chwilę przed upływem terminu podyktowanego przez Trybunał Konstytucyjny (sporo o legislacyjnej biegunce za rządów PiS pisaliśmy z Tomaszem Pułrólem w książce „Upadła praworządność. Jak ją podnieść”).

Nie wszystko jest możliwe

Jakby tego było mało, nie dano ludziom wystarczająco dużo czasu na przygotowanie się do nowych zmian. Tu z kolei zastosowanie miała zasada „chcieć to móc”. Na pierwszy rzut oka wygląda ona pozytywnie, podkreśla aktywistyczne podejście do rzeczywistości i brak kunktatorstwa. Tyle, że w tym przypadku oznacza ona nieliczenie się z realiami. Drugą stroną wyznawanej przez Prawo i Sprawiedliwość doktryny walki z „imposybilizmem” jest naiwne założenie, że wszystko jest możliwe – wystarczy uchwalić odpowiednią ustawę i już rzeczywistość zmienia się wedle naszego uznania. I może by nawet tak się działo, gdyby na przeszkodzie nie stali ci beznadziejni ludzie, którzy jakoś nie chcą dać się ugniatać jak plastelina stosownie do zamierzeń rządzących. W tym wypadku chodzi o miliony podatników, którzy nie mieli kiedy zapoznać się z dotyczącymi ich zmianami. Zmianami, które często stoją w sprzeczności z życiową logiką – jak w przypadku przepisów, które de facto narzucają na nich obowiązek dokładnego zaplanowania sobie dochodów na cały rok podatkowy w przód, by uniknąć przykrej konieczności oddawania nienależnej ulgi pod jego koniec. Tak jakby życie nie znało niespodzianek.

W wielu przypadkach podatnicy nie wiedzieli nawet, że powinni cokolwiek się dowiadywać, bo zamiast kampanii informacyjnej na temat skutków Polskiego Ładu rząd przeprowadził propagandową, która miała przekonać obywateli, że na nowych zasadach wszyscy skorzystają, i w ogóle będzie cacy, nie ma czym się przejmować. W styczniu okazało się jednak, że owszem, jest czym.

W efekcie dostaliśmy od władzy potężny bubel, który trzeba poprawiać chwilę po tym jak zaczął mieć wpływ na nasze życie

Tych problemów można byłoby uniknąć, gdyby rządzący słuchali krytyki padającej z różnych stron, od kiedy Polski Ład został ogłoszony. Dotyczy to zarówno szczegółowych zapisów, jak i faktu przyjęcia zmian, które wchodziły w życie od 1 stycznia 2022 roku – opozycja przecież proponowała przesunięcie vacatio legis na kolejny rok. Tych słów nie kieruję do nich, bo przez ostatnie sześć lat na dziesiątkach albo i setkach przykładów pokazali, że nie są w stanie ogarnąć prostej prawdy, że uwagi krytyczne, czy to opozycji, czy padające z własnych szeregów są potrzebne, jeśli chcemy, by nasza legislacja stała na wysokim poziomie. Twórcy Polskiego Ładu byli na nie jednak impregnowani, co pokazali, seryjnie odrzucając propozycje poprawek opozycji. Potwierdził to zresztą ostatnio Jarosław Kaczyński, który w wypowiedzi dla prorządowego tygodnika „Sieci” winą za niepowodzenie obarczył… ataki opozycji na ten rzekomo bardzo dobry plan, a także „atak”, który „wyszedł” także z „wewnątrz”. Skoro Naczelnik wszelkie ostrzeżenia traktuje jako ukartowaną robotę określonych kół, a nie jako wyraz troski o dobro wspólne, to co się później dziwić, że jego obóz polityczny popełnia tyle błędów przy stanowieniu prawa.

Czy rządzący się doigrali?

W efekcie dostaliśmy od władzy potężny bubel, który trzeba poprawiać chwilę po tym, jak zaczął mieć wpływ na nasze życie. Nie jest to pierwszy taki przypadek i zapewne nie ostatni. Do tej pory PiS-owi uchodziło to jednak na sucho, ponieważ najbardziej zmiany dotyczyły najczęściej albo wybranych, niewielkich grup obywateli, albo nie dotykały nas bezpośrednio. Tym razem jest inaczej, bo problemy ze zrozumieniem, jak obecnie należy rozliczyć podatki oraz z niższymi pensjami w styczniu (to nieistotne w tej chwili, czy zostaną one później wyrównane) mają miliony Polaków. Jak wynika z przeprowadzonego 6-7 stycznia sondażu United Surveys dla „Wirtualnej Polski”, aż 54,5 proc. ankietowanych nie wie, jak zmienią się ich dochody po wprowadzeniu Polskiego Ładu. Co więcej, raptem 25,9 proc. wierzy w to, że reforma poprawi stan ich domowych finansów. Biorąc pod uwagę fakt, iż według różnych niezależnych od rządu szacunków skorzystać na nich może ostatecznie nawet 80-90% podatników, jest to wizerunkowa klapa Polskiego Ładu. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że dobre zdanie o tym programie ma 48,5 proc. Polaków, co może być efektem wcześnie przeprowadzonego badania (jeszcze nie wszyscy otrzymali styczniowe pensje).

Jeśli rządzący szybko nie posprzątają bałaganu, któremu są winni, może się okazać, że tym razem rzucili się pod ekspres legislacyjny, który uruchomili. W połączeniu z rozpędzającą się inflacją i rosnącymi cenami za energię może się okazać, że tym razem nie zostanie osiągnięty prawdziwy cel tych zmian, czyli przekonanie Polaków, że są zaopiekowani przez władzę jak nigdy wcześniej.

Zdjęcie: Krystian Maj/KPRM

Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, współpracownik Polskiego Radia Lublin. Pisze doktorat z ekonomii i finansów w Szkole Doktorskiej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Do Rzeczy", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym" i "Dzienniku Gazecie Prawnej". Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem", "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku", "Mała degeneracja", współautor z Tomaszem Pułrólem książki "Upadła praworządność. Jak ją podnieść". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Problemy z Polskim Ładem. Jak Kaczyński rzucił się pod ekspres legislacyjny”

  1. Leszek Marcinkowski pisze:

    Spieszyli sie by podatnicy zobaczyli zyski jeszcze przed wyborami przy rozliczaniu 2022 na początku 2021 ale jako nieudacznicy potkneli się o własne nogi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz