Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Polskie zoo

Czy Olga Tokarczuk powinna stać się patronką nowo odkrytego szkarłupnia, czy wstężnicy? A Krzysztof Feusette - któregoś z parzydełkowców?

Nawet, jeśli ta wiadomość nie zagrzmiała w mediach tak głośno jak informacje o Kazachstanie, covidzie czy Kremlu, to można powiedzieć, biorąc pod uwagę jednego z jej bohaterów, że zagrzechotała (odwłokiem) czy może nawet zaszczękała – kleszczami. Samo wydarzenie miało miejsce pod koniec ubiegłego roku: to wówczas trzej polscy biolodzy postanowili nazwać gatunek skorupiaka (ściślej, kiełża) z rodziny Gammaridae, występujący w Karpatach Wschodnich, na cześć polskiego pisarza. W pierwszych dniach stycznia sprawa stała się znana światu: w bystrych dopływach Wisłoki, Łatoryci i Rusçovej dzielnie dźwiga swój chitynowy pancerz kiełż Gammarus. Gammarus stasiuki.

Poprzez dno Ryjaka

Skoro w grę wchodzi literatura, nie od rzeczy byłoby może przytoczyć najbardziej znane dzieło literatury światowej, w jakim dotąd występował skorupiak, a mianowicie „Pieśń miłosną J. Alfreda Prufrocka. „I should have been a pair of ragged claws. Scuttling across the floors of silent seas…” – piękne to kadencje, kto wie, czy T.S.Eliot, gdyby żył, nie zmieniłby końca wersu na „…across the floor of the Ryjak Stream”?

Wyróżnienie to jest dość finezyjne i być może z początku trudno się doń będzie przyzwyczaić: mężczyźni, w ogóle rzadziej określani „odzwierzęco” od kobiet, słyszą, owszem, nieraz wołacz „misiu”, czasem „piesku”, ci najbogatsi w talenty być może „dziku”. Natomiast „mój kiełżu”, lub tym bardziej „mój gammarusie” to może być coś osobliwego dla autora „Murów Hebronu”, który do dziś lubi już w trzecim zdaniu wywiadu udzielanego „DGP” rzucić, kurwa, kurwą, preferuje wyrażanie poglądów w sposób zwięzły, wolny od ę, ą („Polski Kościół kręci się wokół tyłka i brzucha” – z tegoż wywiadu), i generalnie jest prawdziwym Lindą polskiej literatury, a jaki taki kojarzyć się może bardziej, pozostając przy skorupiakach, z japońskim krabem pacyficznym (Macrocheira kaempferi), tym o rozpiętości odnóży do trzech metrów, a nie jakimś tam gammaruskiem, kiełżykiem.

„Mój kiełżu”, lub tym bardziej „mój gammarusie” to może być coś osobliwego dla autora „Murów Hebronu”

Wiadomo jednak, że nie chodzi o konkretny rodzaj, rząd (obunogi) czy nawet gromadę (pancerzowce), a sam fakt z pogranicza zoologii, ekologii, hydrologii i i literatury, o linneuszową odmianę nieśmiertelności: o nazwisko pisarza zaklęte w nazwie gatunku. Przy wszystkich obawach przed katastrofą klimatyczną i innymi armageddonami można z dużym prawdopodobieństwem założyć (zwłaszcza znając żywotność kiełży), że nosiciel tej nazwy przetrwa eony. Odlecimy na inne planety lub wyniszczymy się w wojnie amerykańsko-rusko-chińskiej, upadną kolejne wieże Babel, rządy i dzienniki, literatura przełomu XX i XXI wieku studiowana będzie przez garstkę zapaleńców – a gammarius stasiuki spływać będzie z wodami potoków, linieć pod ziarnami żwiru, przeżuwać opadłe z drzew liście. Jest w tym spokojne, melancholijne piękno, bliskie japońskiemu konceptowi wabi-sabi, piękno, które mogłoby zostać zawarte w trzech wersach haiku:  pełznie / kiełż / w górę Hebronu.

Jest w tym jednak również i polityka, i publicystyka, żywa i drapieżna – jak bowiem zdradza w rozmowie z red. Adą Chojnowską jeden z trzech stojących za nazwą krustaceologów, prof. Michał Grabowski, Gammarus stasiuki uhonorować ma nie tylko „Duklę”, czy „Jadąc do Badabag”. „Prof. Krzysztof Jażdżewski (…) szczególnie ceni sobie felietony Stasiuka, czy te z «Gazety Wyborczej», czy z «Tygodnika Powszechnego»” – zdradza upodobania swojego uczonego kolegi prof. Grabowski i w tym momencie czas na refleksję. Czy naprawdę, podnosząc rangę polskiej literatury, powinniśmy pozostać na jednym kiełżu – a jeśli nie pozostaniemy, jakie będą tego konsekwencje?

Ponieść sławę na czułkach

Chociaż bowiem obyczaj nazywania roślin, zwierząt i ciał niebieskich jest stary jak świat, polski dorobek był dotąd na tym polu boleśnie wątły. Ze zwierzętami jest zupełnie fatalnie: jedna chilijska ćma, Fernandocrambus chopinellus, nazwana po kompozytorze – i tyle. Ani najbardziej oczywista (w pewnych przynajmniej kręgach i pokoleniach) trójka Wałęsa-Papież-Boniek, ani madame Curie, ani rozrośnięte rody Radziwiłłów i Kowalskich – nic, żadnego wija, obleńca czy skąposzczeta! Nie byłoby to może tak bolesne, gdyby nie rzut oka na wikipedyczne wykazy: mają swoje zwierzęta Grotius i Atylla, Bach (rzadki rodzaj osy) i Awicenna, a z nowszych bohaterów – Liv Tyler i Jimmy Falcon, Bono i Rammstein, Obama (coś z siedemnaście żuków) i Greta Thunberg. A Jakub Żulczyk? No właśnie.

Nie chcę zanudzać systematyką, ale z roślinami jest nie lepiej: Chopinowi znów się powiodło, jakiś Dendrophorbium chopinii z rodziny astrowatych i ze dwie róże, i tyle tych poloniców. Tylko z  tulipanami jest trochę lepiej, z tym, że niespecjalnie: znów Chopin, Kopernik, ale i Jan Paweł II, i Maria Kaczyńska: trudno, żeby to ostatnie szczególnie cieszyło Andrzeja Stasiuka, który zechciał nadać swemu ulubionemu baranowi (nie gatunkowi co prawda, lecz pojedynczemu egzemplarzowi) dźwięczne imię „Smoleńsk”. A o publicystyce i literaturze w tulipanach cicho.

Jakiemu stworzeniu przypadnie niesienie na swych czułkach, gałązkach bądź plesze sławy, rozterek, bezsenności – całej cierniowej korony artysty?

Pozostaje nadzieja, że inicjatywa łódzkich biologów stanowi jedynie pierwszą, jak to się pospolicie mawia, jaskółkę (Riparia riparia), że badacze studiujący królestwa roślin, zwierząt, grzybów, bakterii i protistów zechcą zatroszczyć się również o należny rozgłos polskiej sztuki. Nadziei jednak towarzyszy niepokój: kto jako kolejny znajdzie się w linneuszowym panteonie? A przede wszystkim może – jakiemu stworzeniu przypadnie niesienie na swych czułkach, gałązkach bądź plesze sławy, rozterek, bezsenności – całej cierniowej korony artysty?

Narcissus dehneli L.

Może być z tym ciężko. I o ile nie ulega wątpliwości, że w przypadku innego prozaika i felietonisty „Gazety Wyborczej”, Jacka Dehnela, trzeba będzie czekać na odkrycie nowego, nieznanego gatunku byliny z rodziny amarylkowatych, kuzyna kwiatu ozdobnego Narcissus jonquilla L., a w przypadku Czesława Miłosza musimy uzbroić się w cierpliwość do chwili, gdy genetycy wskrzeszą z materiałów wykopaliskowych tura leśnego (Bos primigenius), rzesza innych nazwisk rodzi tylko dylematy. Bo czy Olga Tokarczuk powinna stać się patronką nowo odkrytego szkarłupnia, czy wstężnicy? Piotra Lisiewicza, Krzysztofa Feusette i Janusza Andermana należy bez wątpienia wyróżnić poprzez ochrzczenie ich nazwiskami któregoś z parzydełkowców, ale czy przyjąć jako stałą zasadę, że poszczególnym gatunkom literackim przypisujemy na stałe typy (phylae) systematyki? A jeśli tak, komu niby miałyby odtąd przypadać lejkogębce (Cycliophora)? Krytykom kulinarnym czy twórcom anakreontyków? A, przepraszam bardzo, brzuchorzęski (Gastrotricha)? Nie wiem, może z przypisania do brzuchorzęsków ucieszyłaby się Manuela Gretkowska, Maria Peszek albo któraś z młodych, odważnie podejmujących tematykę kobiecej seksualności debiutantek, które mogą się realizować dzięki Filtrom czy W.A.B., ale to są jednak sprawy bardzo delikatne.

Komu niby miałyby odtąd przypadać lejkogębce (Cycliophora)? Krytykom kulinarnym czy twórcom anakreontyków?

Problem jest tym bardziej złożony, że biolodzy nie mają złudzeń: może w dopalającej się Puszczy Amazońskiej ostały się jeszcze jakieś nieznane gatunki ptaków, orchidei czy chrząszczy, może w głębinach Atlantyku pływa jeszcze jakaś anonimowa kergulena, ale generalnie na świecie najwięcej jest nieodkrytych grzybów: rocznie nazywanych jest do dwóch tysięcy nowych gatunków, ich łączna liczba może zaś sięgać nawet miliona. Owszem, powinno to zaspokoić ambicje większości przynajmniej polskich poetów i publicystów. Kto jednak marzyłyby o utrwaleniu swojej familii w nazwie zwierzęcia, powinien odtąd dzielić swój czas między pisanie a połów kiełży lub przynajmniej birdwatching w nadziei odkrycia nie tylko nowych strof, lecz i nowego gatunku.

Współpracownik „Nowej Konfederacji”. Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Lubi sielanki.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz