Newsletter

Migracyjne pomysły Merkel odchodzą do lamusa

Unia rozpoczyna manewr odwrotu od polityki migracyjnej, narzuconej Europie mniej więcej trzy lata temu przez kanclerz Angelę Merkel; polityki będącej jedną z przyczyn poważnego kryzysu

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Rada Europejska, podczas trudnych negocjacji w nocy z 28 na 29 czerwca, wypracowała zręby nowej polityki migracyjnej. Rezygnacja z przymusowej relokacji to istotny, ale z pewnością nie najważniejszy jej element. Bodaj jeszcze ważniejsza jest decyzja, że w centrach kontrolnych, działających w państwach UE, wreszcie oddzielani będą migranci ekonomiczni od uchodźców (mieszanie tych dwóch zupełnie różnych kategorii osób, przybywających na Stary Kontynent, było i jest jedną z największych słabości zarówno dotychczasowej polityki unijnej, jak i debaty publicznej).

Najkrócej – ludzie skuszeni wizją łatwego i obfitego socjalu, nielegalnie przybywający do Europy, mają być w myśl nowych reguł odsyłani do krajów pochodzenia. Natomiast pomoc otrzymają ci, którzy rzeczywiście podlegają ochronie prawa międzynarodowego, czyli uciekinierzy z obszarów objętych konfliktami i prześladowaniami na tle polityczno-religijnym, zazwyczaj traktujący pobyt poza granicami własnego kraju jako tymczasowy. Teraz to wyłącznie oni będą mogli być relokowani pomiędzy państwami członkowskimi UE, ale tylko na mocy dobrowolnych umów międzyrządowych, bez żadnych narzucanych odgórnie kwot.

Twarde stanowisko Polski i innych krajów naszego regionu zrobiło swoje; niemniej bardzo wątpliwe, by samo w sobie było wystarczające dla zmiany kursu europejskiego Titanica

Warto przy tym zauważyć, że pobyt prawdziwych uchodźców na terytorium Unii jest traktowany jako ostateczność. Za efektywniejsze uznaje się udzielanie im pomocy humanitarnej możliwie blisko miejsc ich stałego zamieszkania – stąd np. koncepcja finansowego i logistycznego wsparcia działalności humanitarnej, edukacyjnej, medycznej itp. na rzecz uchodźców, przebywających w krajach sąsiadujących z rejonami konfliktów. Jedną z istotnych decyzji brukselskiego szczytu jest umożliwienie sfinansowania kolejnej transzy płatności wynikających z porozumienia z Turcją z maja 2016 roku, w wysokości 3 miliardów euro – 2 miliardy będą pochodzić bezpośrednio z budżetu UE, trzeci z dodatkowych wpłat krajów członkowskich.

Ponadto unijni liderzy zapowiedzieli utworzenie w krajach Afryki Północnej tzw. „regionalnych platform wyokrętowania”, czyli ośrodków, do których przekazywani będą nielegalni migranci zatrzymani na Morzu Śródziemnym oraz rozbitkowie, wyłowieni po katastrofach szmuglerskich statków i łodzi. Pomysł ten, acz kontrowersyjny z punktu widzenia prawa morza, wydaje się jedynym sposobem na powstrzymanie lukratywnego biznesu przemytniczego, tuczącego rozmaite mafie, organizujące przerzut ludzi do Europy. Wypada mieć nadzieję, że prace nad nim przyniosą rychły i konkretny efekt – w postaci redukcji liczby chętnych do nielegalnej przeprawy, a w konsekwencji ograniczenia nacisku migracyjnego na Europę i dalszego zmniejszania liczby tragedii. Na początek, unijni przywódcy zapowiedzieli przesunięcie 500 milionów euro z rezerwy Europejskiego Funduszu Rozwoju do Funduszu Powierniczego UE dla Afryki, wezwali także kraje członkowskie do dalszych wpłat na ten cel.

W ten sposób Unia rozpoczyna manewr odwrotu od polityki migracyjnej, narzuconej Europie mniej więcej trzy lata temu przez kanclerz Angelę Merkel. Trudny do racjonalnej obrony pomysł – że masowy napływ imigrantów uratuje Stary Kontynent od ewidentnego kryzysu demograficznego – najwyraźniej odchodzi do lamusa. I słusznie, bo nie ulega wątpliwości, że lekarstwo pod wieloma względami okazało się gorsze od choroby. I to nawet nie dlatego, że pośrednio przyczyniło się do wzrostu zagrożenia terrorystycznego (poprzez „rozciągnięcie sieci”, zastawianych przez europejskie służby specjalne), a bezpośrednio – do wzrostu w wielu regionach przestępczości zorganizowanej i pospolitej (z tym, stopniowo, europejskie policje jakoś zaczęły sobie radzić). Gorszym skutkiem był (w znacznej mierze irracjonalny, niemniej – bardzo realny) wzrost nastrojów antyunijnych i antyintegracyjnych, przekładający się na notowania i wyniki wyborcze partii skrajnych, nierzadko sponsorowanych przez ośrodki zewnętrzne (w tym Rosję). I to strach przed konkurencją polityczną, a nie siła argumentów ekspertów i nielicznych zdroworozsądkowych polityków – wypada to z pewnym smutkiem odnotować – zapewne kazał europejskim przywódcom zaakceptować kompromis, o którym mowa powyżej. Twarde stanowisko Polski i innych krajów naszego regionu zrobiło swoje; niemniej bardzo wątpliwe, by samo w sobie było wystarczające dla zmiany kursu europejskiego Titanica. Prawdopodobnie większe znaczenie miała realna polityka nowego rządu włoskiego, który przestał wpuszczać do swych portów statki z nielegalnymi przybyszami, a ponadto zagroził wetowaniem kilku istotnych dla wszystkich projektów.

Żeby problem rozwiązać ostatecznie, potrzebne byłyby działania tyleż śmiałe, co niestety zapewne mało realne. Na przykład – drastyczna redukcja pomocy socjalnej dla osób odmawiających podjęcia pracy

Trzeba jednak powiedzieć sobie jasno – dopóki u granic Unii będą toczyć się wojny, będą do nas napływać uchodźcy. Tym trzeba bezwzględnie pomagać, ale też trzeba starać się wygaszać konflikty, generujące kolejne ich fale (jeśli trzeba, to interweniując zbrojnie, gdy inne narzędzia zawiodą). Dopóki zaś w naszym otoczeniu będą występować obszary nędzy, niedorozwoju ekonomicznego i jednoczesnej eksplozji demograficznej (a tak dzieje się i raczej będzie działo w znacznej części Afryki i Bliskiego Wschodu), zaś w krajach unijnych będzie dostępny znacznie wyższy standard życia bez konieczności chociaż minimalnej integracji oraz ciężkiej pracy – dopóty będzie trwał napór migrantów ekonomicznych. Uszczelnienie granic, wzmacnianie Frontexu, wojskowe misje na Morzu Śródziemnym, centra w Afryce i masowe deportacje osłabią go nieco, ale nie zlikwidują. Żeby problem rozwiązać ostatecznie, potrzebne byłyby działania tyleż śmiałe, co niestety zapewne mało realne. Na przykład – drastyczna redukcja pomocy socjalnej dla osób odmawiających podjęcia pracy, a także reforma Wspólnej Polityki Rolnej, w kierunku osłabienia protekcjonizmu i stworzenia szans ekonomicznych dla biednych, rolniczych krajów pozaeuropejskich. Ale do tego sposobu myślenia politycy – i ich wyborcy – pewnie jeszcze nieprędko dojrzeją. W tej sytuacji pozostaje nam cieszyć się z ustaleń niedawnego szczytu, nie narzekać, że ów zwrot (w kontekście jeszcze niedawnych buńczucznych zapowiedzi wielu polityków) może wydawać się nieco śmieszny i spóźniony, i trzymać kciuki za konsekwentną realizację chociaż tego niezbędnego, zdroworozsądkowego minimum, które leży dziś na stole.