Newsletter

Nowa ordynacja do PE: spajanie opozycji

Nawet jeżeli PiS-owi uda się zwiększyć swoją reprezentację w PE, ryzykuje powstaniem koalicji wyborczej, która może nie wygra z nim w wyborach do PE, ale z pewnością okrzepnie przed wyborami parlamentarnymi

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Spajanie opozycji. Tak najkrócej można by skomentować wniesienie przez posłów KP PiS projektu zmian w ordynacji wyborczej. Tym razem zmiany dotyczą wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w maju przyszłego roku. Wniesiony projekt zakłada odejście od dotychczasowego systemu, który liczbę mandatów w poszczególnych okręgach uzależnia od dwóch czynników: ludności okręgu i uzyskanej frekwencji wyborczej. Efektem jego stosowania w wyborach z 2014 r. było to, że najbardziej zasobne w wyborców okręgi, takie jak dolnośląsko-opolski, śląski czy małopolsko-świętokrzyski, otrzymywały po 6-7 mandatów, podczas gdy te mniej zasobne (podkarpacki, lubelski czy warmińsko-mazurski i podlaski) po 2-3 mandaty. Jednocześnie „nadwyżka” mandatów w silniejszych okręgach (efekt tzw. głosu wędrującego) dawała partiom spoza duopolu PO-PiS realną szansę na zdobycie miejsc(a) w Europarlamencie. W 2014 r. skorzystały na tym SLD i PSL, ale również Nowa Prawica Janusza Korwin-Mikke. Głos wędrujący zapewniał jako taki pluralizm polskiej reprezentacji politycznej w PE (który na tle innych krajów UE i tak wygląda blado), ale kosztem niedoreprezentowania regionów słabiej zaludnionych (głównie ze ściany wschodniej) i totalnego niezrozumienia procedury podziału mandatów wśród wyborców. Proponowane obecnie przepisy mają zlikwidować, a przynajmniej zredukować te dwa ostatnie zjawiska, ale rykoszetem (bądź też celowo) dostanie się pluralizmowi.

Podobnie jak w przypadku zmian forsowanych przez PiS w ordynacji samorządowej, mamy więc do czynienia z próbą wzmocnienia dwóch największych ugrupowań, czy też konsolidacji systemu partyjnego

Projekt zakłada, że liczba mandatów zostanie poszczególnym okręgom przyporządkowana według jednolitej normy przedstawicielstwa (przy uwzględnieniu liczby wyborców), przy czym na każdy okręg przypadać muszą minimum trzy mandaty. Przy 52 miejscach, którymi Polska będzie dysponować w następnym PE i pozostawieniu 13 dotychczasowych okręgów wyborczych, będą one miały od 3 do 5 mandatów (w 2014 r. wyszło od 2 do 7). Należy przy tym zaznaczyć, że przedłożony projekt ustawy podtrzymuje warunek zdobycia 5 proc. głosów w skali całego kraju. Jaki to będzie miało wpływ na wyniki wyborów do PE?

Jak obliczył Marcin Palade przy uwzględnieniu czerwcowych wyników sondażowych, gdyby wybory odbywały się na nowych zasadach, do PE swoich przedstawicieli wprowadziłby PiS (36), PO (16) i… nikt poza tym. Pozostałe ugrupowania zdobywały dotąd mandaty głównie z miejsc piątego, szóstego i siódmego, których teraz po prostu by zabrakło lub było zdecydowanie mniej. Jaki to może mieć wpływ na polską scenę polityczną? Jeśli projekt ustawy zostanie przyjęty w obecnym kształcie, będzie to skłaniało ugrupowania poniżej 10 proc. progu poparcia do szukania koalicji wyborczej z jedną z dwóch najsilniejszych partii. Taką koalicję zdecydowanie łatwiej wyobrazić sobie wśród partii opozycyjnych, a więc z wiodącą rolą PO. Ze wspomnianej symulacji Palade wynika, że przy obecnych notowaniach koalicja PO-PSL-Nowoczesna uzyskałaby zbliżoną liczbę mandatów do PiS (25 do 27), natomiast rozszerzona o SLD wygrałaby wybory (28 do 24). We wszystkich analizowanych wariantach nikt spoza PiS i koalicji PO+ nie zdobywa mandatu.

Podobnie jak w przypadku zmian forsowanych przez PiS w ordynacji samorządowej, mamy więc do czynienia z próbą wzmocnienia dwóch największych ugrupowań, czy też konsolidacji systemu partyjnego. Podobnie jak wówczas, PiS wysyła zachętę do jednoczenia się opozycji (tym razem na poziomie krajowym, jeśli nie europejskim). Jest to więc powtórka z rozrywki, której konsekwencje mogą być jednak zgoła poważniejsze. Obecny projekt stawia bowiem ugrupowania trzecie przed wyborem zero-jedynkowym: koalicja wyborcza albo nic. Nawet jeżeli PiS-owi uda się zwiększyć swoją reprezentację w PE (dodatkowe mandaty z okręgów ściany wschodniej), ryzykuje powstaniem koalicji wyborczej, która może nie wygra z nim w majowych wyborach do PE, ale z pewnością okrzepnie przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi.