Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Konkrety czy paciorki?

Lepiej dla nas wszystkich, by prezydent przywiózł zza Atlantyku kilka konkretów, a nie tylko zwyczajowe „kolorowe paciorki”

18 września prezydent Andrzej Duda rozpocznie oficjalną wizytę roboczą w Stanach Zjednoczonych. Wreszcie będzie miał okazję do rozmowy w cztery oczy z Donaldem Trumpem, co samo w sobie jest spełnieniem marzeń polityków Prawa i Sprawiedliwości, po długich „miesiącach chudych” i raczej chłodnych sygnałach, wysyłanych przez elity sojusznika. Ale przede wszystkim będzie miał okazję uzyskać od gospodarzy kilka deklaracji, ważnych dla naszego bezpieczeństwa. Tak przynajmniej sugerują prezydenccy „szerpowie”, dopinający szczegóły wojażu głowy państwa, czyli ministrowie Szczerski i Cichocki. Oczywiście, tak być nie musi – Andrzej Duda jedzie bowiem za ocean z dość słabymi kartami, a i jego osobisty urok czy dyplomatyczna zręczność nie są tak wysokiej próby, by wbrew wszystkiemu wyrwać od Trumpa więcej, niźli gospodarz Białego Domu zamierza dać.

Warto jednak, w tym miejscu, poczynić dwa istotne zastrzeżenia.

Po pierwsze, niezależnie od tego, czy ktoś ceni prezydenta Dudę i stojącą za nim partię, czy wręcz przeciwnie – warto trzymać za pozytywny scenariusz kciuki, bowiem bezpieczeństwo to sprawa Polski i wszystkich Polaków, a nie tego czy innego obozu politycznego. Przestrzegam więc przed nadmiarem radości, jeśli Andrzejowi Dudzie „coś pójdzie nie tak”. Będzie to bowiem klasyczna radość z odmrożenia sobie uszu na złość babci. Lepiej dla nas wszystkich, by prezydent przywiózł zza Atlantyku kilka konkretów, a nie tylko zwyczajowe „kolorowe paciorki”

Po drugie, niezależnie od tego, czy ktoś w długiej perspektywie chciałby widzieć Polskę jako najwierniejszego europejskiego sojusznika Waszyngtonu, czy jako kraj ściśle integrujący się w ramach Unii Europejskiej – też warto podczas tej wizyty trzymać kciuki za sukces polskiego prezydenta. Z prostego powodu: dzisiaj i jutro to USA, a nie brukselscy biurokraci, mają w garści instrumenty ważne z punktu widzenia naszego bieżącego bezpieczeństwa. I co więcej, prawdopodobnie są gotowi, by ich użyć. A co będzie w perspektywie lat – to już inna para kaloszy.

Co znajduje się w pakiecie, po który najprawdopodobniej jedzie za Atlantyk Andrzej Duda? Bez wątpienia amerykańskie sankcje wobec firm zaangażowanych w budowę NordStream2, a w konsekwencji zablokowanie tej niekorzystnej dla nas inwestycji. Po drugie, stała baza wojskowa w Polsce, która bez względu na swą ostateczną wielkość i charakter miałaby jednak znaczenie psychologiczne (jako symbol ostatecznego odejścia od archaicznych zobowiązań sprzed lat) oraz strategiczne (jako element, z punktu widzenia każdego potencjalnego agresora zwiększający ryzyko wciągnięcia w konflikt największej potęgi militarnej świata). Po trzecie, nowe inwestycje amerykańskich firm nad Wisłą, najlepiej w ważnych strategicznie dziedzinach (energetyka, przemysł obronny, branże nowoczesnych technologii, itp.). O tych sprawach mówi się u nas głośno, podobnie jak o ewentualnym zniesieniu wiz (co, swoją drogą, nie ma żadnego znaczenia z punktu widzenia naszych interesów gospodarczych i obronnych, ale dla dobra wzajemnych stosunków nieźle byłoby ów upokarzający spektakl wreszcie zakończyć). Niewykluczone, że w agendzie znajdują się też kwestie traktowane znacznie dyskretniej, np. ściślejsza integracja i współpraca wywiadowcza i kontrwywiadowcza – co byłoby ze wszech miar wskazane, ale może być najtrudniejsze do osiągnięcia.

Jakich jeszcze płatności mogą od prezydenta Dudy zażądać Amerykanie? Z pewnością łatwego dostępu do wybranych kontraktów wojskowych (co jest do zaakceptowania, w rozsądnych granicach), a także ochrony interesów swoich firm na rynku polskim

Rzecz jasna, żadna amerykańska administracja nie rozdaje konfitur za darmo, a już na pewno nie robi tego Donald Trump ze swym znanym, „handlowym” podejściem. Owszem, opisany pakiet w znacznej części leży w interesie samych Stanów Zjednoczonych; niemniej, naiwnością byłoby liczenie, że w związku z tym partnerzy nie będą się targować. Pewną część ewentualnej ceny już zapłaciliśmy z góry, najprawdopodobniej tylko po to, by do spotkania na szczycie w ogóle mogło dojść: było to m.in. ustąpienie w historyczno-symbolicznych sporach z Izraelem i izraelską diasporą w Stanach, a także w sprawie sankcji na Iran. Jakich jeszcze płatności mogą od prezydenta Dudy zażądać Amerykanie? Z pewnością łatwego dostępu do wybranych kontraktów wojskowych (co jest do zaakceptowania, w rozsądnych granicach), a także ochrony interesów swoich firm na rynku polskim (to będzie dla PiS kłopotliwe, szczególnie w odniesieniu do rynku medialnego, ale też możliwe do przełknięcia).

Czytających ten komentarz euroentuzjastów mogę nieco uspokoić. Nawet jeśli Trump zażąda, a Duda obieca, że będziemy w ramach wdzięczności odgrywać rolę „amerykańskiego konia trojańskiego w Unii”, to i tak pozostanie to dialogiem dwóch panów, bez przełożenia na realia polityczne w dłuższej perspektywie. Nawet nie dlatego, że z przedstawicielami obecnej ekipy rządzącej Polską i tak mało kto w Unii się dziś liczy. Bardziej z tego powodu, że najważniejsze dla przyszłości integracji europejskiej wydarzenia zaczekają na nową rzeczywistość polityczną, po wyborach do Parlamentu Europejskiego, po ukonstytuowaniu się nowej Komisji, i po zakończeniu cyklu wyborczego w kilku ważnych krajach. To oznacza, że na razie i tak nie ma niczego szczególnie istotnego do blokowania, zaś gdy przyjdzie co do czego, może się okazać, że ani Andrzej Duda nie jest już prezydentem, ani Jarosław Kaczyński nadpremierem. O czym zresztą Trump zapewne zostanie bardzo dokładnie poinformowany przez swoich doradców.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, wicedyrektor Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, członek Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int, jeden z fundatorów i wiceprezes Fundacji Wiedza-Rozwój-Bezpieczeństwo. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu, public relations i wywiadu konkurencyjnego. Współpracował z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, był członkiem Polar Task Force (zespołu doradczego ad hoc przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych). Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Zajmuje się problematyką ewolucji cywilizacji zachodniej i jej wpływem na bezpieczeństwo, wyzwaniami i zagrożeniami asymetrycznymi (w tym walką informacyjną, terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i migracjami), a także funkcjonowaniem służb specjalnych i sektora prywatnego w sferze bezpieczeństwa. Jest autorem, redaktorem i współredaktorem kilkudziesięciu prac naukowych z tego zakresu, w tym monografii: „Polityka bezpieczeństwa na Starym Kontynencie” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2010), „Asymetria i hybrydowość – stare armie wobec nowych konfliktów” (Wyd. Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Warszawa 2011) oraz „Sztuka polityki” (Wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2017). Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego (1992) oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej (1996); stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (2005).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Konkrety czy paciorki?”

  1. Krzysztof pisze:

    Poniżej drobne ad vocem odnośnie niektórych tez z artykułu.

    „Co znajduje się w pakiecie, po który najprawdopodobniej jedzie za Atlantyk Andrzej Duda?” – niestety obawiam się, co pokazują dotychczasowe relacje, że nie znajduje się tam nic merytorycznego, a jedynie zwyczajowe poklepywanie po plecach i nic nie znaczące pustosłowie. Ale jak widać naszym politykom wszystkich opcji to wystarcza. Zresztą i tak nie mogą liczyć na nic więcej.
    „Bez wątpienia amerykańskie sankcje wobec firm zaangażowanych w budowę NordStream2, a w konsekwencji zablokowanie tej niekorzystnej dla nas inwestycji.” – sankcje wobec firm zaangażowanych w NS2 uderzyć mogą m.in. w nas, tak jak wszelkie ograniczenia handlowe, zwłaszcza z rynkiem wschodnim i niemieckim (Niemcy to zdaje się wg wszelkich danych największy importer towarów z Polski). Po drugie za mało realne uważam, że spowodują one blokadę NS2. Decyzja zapadła już zapewne w gronie państw poważnych (Niemcy, Rosja, Francja) i będzie konsekwentnie realizowana. Obawiam się, że może to mieć miejsce z milczącym akceptem USA, które zapewne są o wszystkim dobrze poinformowane, ale oficjalne deklarowanie sprzeciwu wobec NS2 może być wykorzystywane jako instrument mamienia takich krajów, jak m.in. Polska

    „Po drugie, stała baza wojskowa w Polsce” – nie ma to żadnego znaczenia, nawet psychologicznego. To kolejny halucynogen dla polskiej „klasy” politycznej i opinii publicznej. To USA nie zaryzykują wejścia w żaden konflikt z powodu Polski, a w razie zagrożenia wojska zostaną błyskawicznie dyslokowane, aby faktycznie uniknąć jakiegoś zdarzenia, którego nie będzie można pozostawić bez reakcji (choćby w wyniku ataku na taką bazę, będącego operacją under false flag, właśnie po to, żeby wciągnąć USA w konflikt). Zresztą w razie ewentualnej akcji vs Polska zostaną zapewne uprzedzeni, tak jak Rosja została uprzedzona o planowanym ostrzale Syrii. Otwartym pozostawiam pytanie, czy nasi sojusznicy taką wiedzą podzielą się z nami. Jedyny pozytywny aspekt będzie taki, że jak nagle baza zacznie się zwijać, to będzie to wyraźny sygnał, że coś się może zacząć dziać nie do końca dla nas dobrego.

    „Po trzecie, nowe inwestycje amerykańskich firm nad Wisłą, najlepiej w ważnych strategicznie dziedzinach (energetyka, przemysł obronny, branże nowoczesnych technologii, itp.).” – w takie bajki to już chyba nikt nie wierzy. Gdzie są teraz te inwestycje, off-sety? Miały być od lat. A są montownie i magazyny, co nas sprowadza do roli droższego Bangladeszu.

    „podobnie jak o ewentualnym zniesieniu wiz” – tak samo zniosą, jak przez ostatnie 29 lat znosili. Nie znieśli i nie zniosą, bo odpadnie im kolejny halucynogen dla Polaków. A kandydaci na prezydentów stracą jeden z elementów pakietu przedwyborczych obietnic, bo nie będą mogli obiecywać, że zniosą wizy. Nie zniosą zatem żadnych wiz, bo nas nie lubi, nie chcą nas tam i nie jesteśmy im tam do niczego potrzebni. My mamy u nas występować w roli posłusznego wykonawcy aktualnej polityki USA na obszarze Europy Śr-Wsch. Tak na marginesie sprawa wiz doskonale pokazuj, z jakim „sojusznikiem” mamy do czynienia i gdzie nas ten sojusznik ma.

    „Rzecz jasna, żadna amerykańska administracja nie rozdaje konfitur za darmo” – i tu dochodzimy wg mnie do najbardziej newralgicznego punktu w relacjach z USA, który wg mnie Pan Redaktor bagatelizuje. I chodzić moim zdaniem o rzeczy zdecydowanie bardziej niebezpieczne, niż jakieś ustępstwa w będącym prowokacją polityczną lub celowo wykreowanym (obie opcje też są możliwe łącznie, stąd lub) temacie ustawy o IPN. Generalne te dużo bardziej niebezpieczne pola to np. realizacja ustawy 447, tak aby rząd miał się czym pochwalić i wykazać przed Kongresem, czy też kwestia roszczeń majątkowych wysuwanych przez tzw. organizacje żydowskie. Bez wątpienia wydaje się to kwestia zasługująca na bardziej wnikliwą analizę w aspekcie naszych relacji z USA i nie tylko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz