Newsletter

Nowy lider lewicy?

Robert Biedroń wystartuje przeciwko mediom sprzyjającym PiS, i tym wspierającym główny nurt opozycji. Przeciwko establishmentowi prawicowemu i establishmentowi liberalnemu

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Robert Biedroń jest pierwszym z polityków, który będzie próbował skorzystać z okazji, jaką przed nowymi ugrupowaniami stworzył kalendarz wyborczy najbliższych miesięcy. Istotą tej okazji jest fakt, że jesienne wybory parlamentarne zostaną poprzedzone przez te do Parlamentu Europejskiego. I choć w jednych i drugich obowiązuje pięcioprocentowy próg wyborczy, to dla ugrupowań z elektoratem wielkomiejskim ten europejski jest znacznie łatwiejszy do pokonania. W 2004 roku Socjaldemokracja Polska weszła do Parlamentu Europejskiego zdobywając poparcie 324 tysięcy wyborców. Rok później w wyborach sejmowych poniosła klęskę. Nie przekroczyła progu, mimo że na jej listy głos oddało ponad 459 tys. obywateli.

Podobny los spotkał inną – tym razem prawicową – partię w ostatnim cyklu wyborczym. Nowa Prawica dostała się wiosną 2014 do parlamentu w Brukseli z poparciem 505 tys. wyborców. Rok później na partię KORWiN padło aż 722 tys. głosów, ale nie wystarczyło to do pokonania progu wyborczego i wprowadzenia własnych posłów do Sejmu.

Robert Biedroń może zatem liczyć na to, że uda mu się wykorzystać wiosenne wybory do PE jako swego rodzaju trampolinę przed wyborami sejmowymi. Tym razem bowiem – inaczej niż w 2005 i 2015 – jedne i drugie wybory dzielić będzie nie kilkanaście, lecz kilka miesięcy. W sam raz tyle, ile potrzeba, by zdyskontować wiosenny sukces i zbudować listy do wyborów sejmowych. Na korzyść Biedronia będzie działał też fakt, że w tych pierwszych wyborach obserwujemy zawsze znacznie wyższą frekwencję w ośrodkach wielkomiejskich. W roku 2014 frekwencja w skali kraju wyniosła 23 proc. podczas gdy w Krakowie – 40 proc., Warszawie – 38 proc., Gdyni i Gdańsku – po 36 proc., a powyżej 30 proc. jeszcze w Bielsku-Białej, Bydgoszczy, Katowicach, Kielcach, Lublinie, Poznaniu, Rzeszowie, Toruniu i Wrocławiu. Najwyższą frekwencję w miastach na prawach powiatu odnotowano w Sopocie (43 proc.).

Robert Biedroń podejmuje decyzję o starcie w trzy lata po ostatnich wyborach parlamentarnych. W momencie, w którym wiadomo, że bliskie mu ugrupowania lewicowe nie zbudowały istotnej alternatywy wobec układu PO-PiS. Co więcej – w wyborach sejmikowych Razem i SLD pójdą z oddzielnymi listami. W przypadku tej drugiej partii sukcesem będzie wejście do większościowych koalicji z PO, Nowoczesną i PSL w kilku województwach. W przypadku Razem – zdobycie jakiegokolwiek mandatu. Pozycję lewicy osłabił dodatkowo w ostatnich dniach fakt akcesu jednej z wyrazistych liderek – Barbary Nowackiej – do Koalicji Obywatelskiej.

Prawdziwe ryzyko wiąże się ze startem jeszcze jednej listy – np. prowadzonej przez Ryszarda Petru – o profilu liberalnym, oraz z błędami, jakie może popełnić sam Robert Biedroń

W listopadzie 2018 Biedroń będzie zatem mógł powiedzieć, że Polsce potrzebna jest nowa lewica. Bardziej umiarkowana niż Partia Razem i nie ciągnąca za sobą wielu wad SLD. Wielu komentatorów uważa, że przedsięwzięcie to będzie miało większą szansę, gdy słaby wynik osiągnie także Koalicja Obywatelska PO i Nowoczesnej. Nie sądzę, by tak było. Klęska tej koalicji wzmocniłaby presję na zjednoczenie całej opozycji i osłabiła ruchy odśrodkowe. Jej dobry wynik stworzy nie tylko apetyt na pokonanie PiS, ale także na nową konfigurację sceny politycznej. Biedroń bardziej niż ktokolwiek inny może uosabiać te nadzieje.

Dlaczego? Jako jeden z niewielu liderów lewicy potrafi mówić językiem zrozumiałym dla zwykłego człowieka. Robi to w sposób naturalny, odwołując się – tak jak wcześniej Donald Tusk – do prostych wyobrażeń i prostych wartości. Bez tej zdolności nie zostałby cztery lata temu prezydentem Słupska. Tamto zwycięstwo dało mu nie tylko pewność siebie, ale utwierdziło w przekonaniu, że można zwyciężać, nie posługując się językiem dwóch głównych obozów. Dzięki temu zachował popularność i świeżość jednocześnie.

Oczywiście słabością Biedronia jest dziś brak struktur, i niechęć, jaką budzi w części obozu liberalnego. Tej części, która nie chce, by przed rozprawą z PiS doszło do naruszenia personalnego i ideologicznego status quo. Tej samej części, która nie cierpi Partii Razem i przypisuje jej odpowiedzialność za dojście PiS do władzy w 2015 roku. Biedroń wystartuje przeciwko mediom sprzyjającym PiS i tym wspierającym główny nurt opozycji. Przeciwko establishmentowi prawicowemu i establishmentowi liberalnemu. To – jak pokazuje 20-procentowy wynik Kukiza przed trzema laty – nie musi oznaczać końca jego przedsięwzięcia.

Prawdziwe ryzyko wiąże się ze startem jeszcze jednej listy – np. prowadzonej przez Ryszarda Petru – o profilu liberalnym, oraz z błędami, jakie może popełnić sam Robert Biedroń. Przede wszystkim w sferze polityki personalnej i strategii negocjacji z innymi środowiskami lewicowymi. To w tej sferze można spodziewać się wizerunkowej słabości nowego ugrupowania.

Warto jednak pamiętać, że o jego sukcesie zadecyduje nie tyko maestria polityczna prezydenta Słupska, ale w znaczącej mierze społeczny popyt na taką inicjatywę. O tym czy taki istnieje, dowiemy się nie z najbliższych sondaży, ale mniej więcej w grudniu i styczniu.

 

fot: polen-heute.de