Koniec lewicy, jaką znaliśmy

Postkomunizm nie był poglądem na świat, ale trwaniem struktur i powiązań ukształtowanych przez władze epoki PRL. I nie chodzi tu o elektorat, ale o polityczną bazę, która umożliwiła postkomunistom przetrwanie i rozbudowę struktur

Postkomunizm nie był poglądem na świat, ale trwaniem struktur i powiązań ukształtowanych przez władze epoki PRL. I nie chodzi tu o elektorat, ale o polityczną bazę, która umożliwiła postkomunistom przetrwanie i rozbudowę struktur

Lewica i prawica nie są produktem ideowych laboratoriów. Są żywiołami politycznymi, które karmią się ideami, konfliktami interesów i zmianami perspektyw pokoleniowych i które zdobywają popularność, odnosząc się do świata symboli i wykorzystując różnice religijne i napięcia obyczajowe. Klęska lewicy postkomunistycznej w wyborach 2015 roku to z pewnością koniec lewicy, do jakiej przyzwyczailiśmy się przez ostatnie 25 lat. Można jednak przypuszczać, że zastąpi ją inna „lewica realna”, która – jeśli będzie chciała wygrywać – nie będzie mogła się trzymać żadnego wypracowanego w laboratorium idei wzorca. I która – być może – będzie odbiegać od wzorca „lewicowości” w tym samym stopniu, co partia Leszka Millera.

Dlatego moim zamiarem nie jest analiza rozmaitych definicji lewicowości, ale postawienie pytania o to, jakie oblicze może mieć siła, która będzie w przyszłości alternatywą dla prawicy i liberalnego centrum. Zakładam też – co nie jest pewne – że po klęsce Sojuszu Lewicy Demokratycznej pojawiła się możliwość zbudowania formacji nie nawiązującej organizacyjnie, kadrowo i politycznie do jego dorobku. Jest to wreszcie tekst pisany z ideowego dystansu, proponujący – zamiast najbardziej prawdopodobnej prognozy – jedno z możliwych rozwiązań obecnych problemów lewicy.

Krajobraz po klęsce

Fakt, że Sojusz Lewicy Demokratycznej znalazł się poza parlamentem, nie jest wyłącznie skutkiem wielkich procesów, trendów ideowych czy zmian postaw. Długotrwała wojna Millera z Palikotem w Sejmie VII kadencji, wystawienie prezydenckiej kandydatury Magdaleny Ogórek, a wreszcie zarejestrowanie Zjednoczonej Lewicy jako koalicji, czyli podniesienie na własne życzenie wyborczego progu z 5 na 8 procent – to tylko kilka z błędów, które przyczyniły się do klęski. Na ostatnim okrążeniu liderów lewicy zgubiła wiara w magnetyczne właściwości Barbary Nowackiej, mającej przyciągnąć tych wyborców, których nie przekonali do siebie Miller i Palikot. Dodajmy do tego czynniki nieomal losowe, na które politycy ZL wpływu nie mieli: pojawienie się partii Razem i zaskakująco dobry występ Adriana Zandberga w debacie liderów czy mobilizacja wyborców Kukiza, których udział w wyborach podniósł frekwencję i utrudnił przekroczenie 8-procentowego progu.

Tak czy inaczej – niewiele brakowało, by lewica uzbierała brakujące pół punktu procentowego i wprowadziła do Sejmu 29-osobowy klub. A wówczas trudniej byłoby mówić o jej klęsce. Gdyby ZL weszła do Sejmu, Miller i Barbara Nowacka byliby zapewne lepszymi polemistami PiS niż Sławomir Neumann i Ewa Kopacz i mogliby stać się beneficjentami kryzysu politycznego w stopniu podobnym do formacji Ryszarda Petru. Co więcej, wejście lewicy do Sejmu pozbawiłoby Prawo i Sprawiedliwość większości i zmusiło tę partię do zawarcia jakiejś trudnej koalicji.

Jednak sprawy potoczyły się tak, jak się potoczyły. Porażka SLD oznacza koniec lewicy, której siła polegała na udanym zmobilizowaniu zasobów zbudowanych w końcówce PRL. Koniec ugrupowania zbudowanego przez Mieczysława Rakowskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera. Mimo siły, jaką dysponowało ono w pierwszych kilkunastu latach Trzeciej Rzeczpospolitej, nie udało mu się przystosować do nowych czasów. Nie powiodło się też przekazanie przywództwa następnemu pokoleniu.

W cieniu postkomunizmu

Do wyborów 2015 roku obowiązywała zasada, dawno temu sformułowana przez Bronisława Łagowskiego, mówiąca o tym, że innej skutecznej i trwałej lewicy niż postkomunistyczna w Polsce nie będzie. Postkomunizm nie był bowiem poglądem na świat, ale długim trwaniem struktur, powiązań i lojalności ukształtowanych przez władze epoki PRL. I nie chodzi tu o elektorat, ale o polityczną bazę, która umożliwiła postkomunistom przetrwanie i rozbudowę struktur SdRP o ludzi OPZZ, ZNP i innych związków – ludzi, którzy z SdRP zawarli sojusz w najtrudniejszych dla postkomunistów wyborach 1991 roku.

Świeżość w polityce zużywa się najszybciej, a drugiego atutu w ciągu kilku powyborczych tygodni partia Razem ze swojej talii kart nie wyciągnęła

Zbudowana już wtedy przewaga w znaczącej mierze przyczyniła się do zmarginalizowania lewicowych ugrupowań mających swe źródła w opozycji demokratycznej – Polskiej Partii Socjalistycznej i Solidarności Pracy. Nie bez znaczenia był też fakt, że najsilniejsze środowiska lewicy solidarnościowej, związane przede wszystkim z KOR, w roku 1989 dokonały zwrotu ku liberalizmowi gospodarczemu, bardzo osłabiając socjalne skrzydło opozycji. Środowisko to, które później miało współtworzyć Unię Demokratyczną i które nadało ton „Gazecie Wyborczej”, uznało też etykietki lewicowe za taktycznie niewygodne i odmówiło poparcia tworzącemu zręby PPS Janowi Józefowi Lipskiemu i kształtującemu Solidarność Pracy – Ryszardowi Bugajowi.

Jednocześnie środowisko „Gazety” wypracowało obowiązujący szerokie kręgi opiniotwórcze wzór postawy liberalnej, nieufnej wobec narodowej i katolickiej prawicy, wobec niedorosłego do demokracji i wolnego rynku społeczeństwa. Stworzyło reguły rodzimej wersji poprawności politycznej, do których często odwoływali się nie tylko politycy ugrupowań liberalnych, ale także postkomunistycznej lewicy. Reguły te bywały – w trakcie współpracy między liberalnym skrzydłem dawnej opozycji (UD, UW) a SLD – punktem odniesienia w kwestiach rozliczeń z przeszłością, krytyki „obsesji antykorupcyjnej” czy tworzenia ładu medialnego. Współpraca ta blokowała też możliwość stworzenia wyrazistej alternatywy w polityce gospodarczej, a zarazem osłabiała tendencje dekomunizacyjne i lustracyjne.

Pęknięcie tego porozumienia w wyniku splotu wydarzeń, którym nadano nieco mylącą nazwę „afery Rywina”, otworzyło drogę do  marginalizującego SLD przekształcenia systemu partyjnego. Osiem lat  spędzonych przez tę partię w opozycji i kolejne zmiany przywództwa nie doprowadziły jednak do zasadniczej zmiany jej formuły. Skoro Olejniczak i Napieralski nie dali partii nowych idei ani nie dotarli do nowych środowisk, po wyborach 2011 roku, w obliczu zagrożenia ze strony Ruchu Palikota, przywództwo oddano ponownie Leszkowi Millerowi.

Lewica akademicka

Dopiero nowe pokolenie – umownie mówiąc „Krytyki Politycznej” – działając z daleka od SLD, ukształtowało inny wzorzec funkcjonowania, bardziej nieufny wobec liberalizmu gospodarczego i skłonny do selektywnego kąsania establishmentu. Fakt, że za politycznego patrona uznało ono Jacka Kuronia, a nie – ciążącego potem ku PiS – Ryszarda Bugaja, był jednak symptomatyczny. Istniały bowiem dwie możliwe koncepcje lewicy politycznej. Pierwsza – akcentująca wymiar światopoglądowy i w naturalny sposób trafiająca do lepiej sytuowanych, liberalnych środowisk wielkomiejskich, została zablokowana przez pragmatyczną ofertę Platformy, obiecującej skuteczne zatrzymanie PiS. Drugą – bardziej socjalną, a zatem adresowaną do nieufnych wobec liberalizmu grup gorzej sytuowanych, często mieszkających na prowincji, przyjęła najpierw Samoobrona, a potem – odziedziczył ją PiS.

Konflikt PO–PiS, który ograniczył pole manewru SLD, sprawił także, „Krytyka” stała się jedynie ośrodkiem fermentu intelektualnego, ale nie politycznego. Nie sformułowała alternatywnej wobec Sojuszu koncepcji funkcjonowania na scenie politycznej. Co więcej, nawet pojawienie się Partii Razem nie wiązało się z jakimś szerszym pomysłem „na Polskę”, lecz było raczej manifestacją młodych wyborców kontestujących nie tylko liberałów i prawicę, ale także coraz bardziej anachroniczną formułę SLD.

Oczywiście, nieco naiwna formuła Razem tchnęła świeżością nie tylko w zestawieniu z polityczną rutyną Leszka Millera i Jerzego Wenderlicha, lecz także ze świetnie już dopracowanymi hasłami partii centroprawicowych i ich medialno-ideowego zaplecza. Świeżość w polityce zużywa się jednak najszybciej, a drugiego atutu w ciągu kilku powyborczych tygodni partia Razem ze swojej talii kart nie wyciągnęła. Nie mogła, jak Barbara Nowacka, pójść na wspólną manifestację z Ryszardem Petru i Tomaszem Siemoniakiem. Nie mogła solidaryzować się z antyestablishmentowym tonem PiS czy nawet Kukiza. Konflikt, który rozgorzał po wyborach, osłabił jej szanse.

Warto jednak nie lekceważyć wyniku list Partii Razem i tego, czego się przy okazji dowiedzieliśmy. Po pierwsze, sukces tej formacji pokazuje, że możliwa jest skuteczna mobilizacja bez udziału mediów. Mam na myśli zebranie liczby podpisów wymaganej do zarejestrowania ogólnopolskich list. Tu nie było przecież żadnego „efektu Zandberga”, był to wynik pracy organizacyjnej wykonanej bez pieniędzy Janusza Palikota czy medialnej popularności Pawła Kukiza.

Szansą nowej lewicy jest raczej poszukiwanie wyborców i sojuszników w kręgach rozczarowanych PiS, a także – antysystemowej prawicy

Po drugie, Razem jest pierwszą po 1989 roku lewicą antyestablishmentową. I pokazuje, że istnieje pewna grupa ludzi, którzy chętnie poprą taki projekt. Co więcej, jak pokazują ostatnie badania, nie jest naturalnym „zapleczem” partii establishmentowych, łatwym do zwerbowania przy pomocy antypisowskiej retoryki. W ostatnim ćwierćwieczu przyzwyczailiśmy się do lewicy broniącej status quo, będącej sojusznikiem establishmentu, gwarantującej bezpieczeństwo ludziom najbardziej niedemokratycznego systemu, z jakim mieliśmy do czynienia w XX-wiecznej Polsce. Razem – bez względu na to, jaka będzie jego przyszłość – pokazało, że można zacząć w zupełnie innym punkcie.

Inna lewica jest możliwa

Trawestując wyborcze hasło Partii Razem („Inna polityka jest możliwa”), należałoby powiedzieć, że po upadku SLD możliwa jest inna lewica. Co więcej, w sytuacji, gdy Sojusz nie wykorzystał dziesięciu lat w opozycji, by dokonać przebudowy swojego wizerunku, trudno podejrzewać, że dokona tego w latach kolejnych. Trudno uznać, że sąd o przyszłości lewicy da się wyprowadzić z personalnego i organizacyjnego układu wewnątrz SLD, Ruchu Palikota, Partii Razem, Zielonych czy Unii Pracy. Więcej – że zarys przyszłych zwycięstw jest obecny w publicystyce ciekawych portali i pism lewicy akademickiej. Innej lewicy – takiej, która nie skończy na zdobyciu uznania jakichś Starszych Państwa: profesorów czy byłych posłów i ministrów – należy szukać w kombinacji czynników ideowych i społecznych o znacznie większej skali.

Przykład SLD pokazuje, że sukces polityczny lewicy nie polega na zaproponowaniu wyborcom laboratoryjnie czystego lewicowego przesłania. Lewica nie ma dziś tradycji i symboli rozpoznawalnych dla szerokiego kręgu jej potencjalnych zwolenników. Ani doświadczenia przedwojenne, ani to, jak zinterpretowano – najważniejsze w ostatnim półwieczu – doświadczenie „Solidarności”, nie stanowią dla niej korzystnego punktu wyjścia. Ponadto – postawienie na „wojnę kulturową”, (co najbardziej pasuje do wizji lewicowości „laboratoryjnie czystej”) może trwale skazywać lewicę na pozostanie radykalnym socjalnie odłamem obozu liberalnego. Jeżeli jego rdzeniem stanie się .Nowoczesna Ryszarda Petru, to – jako że pozbawiona jest skrzydła konserwatywnego (ludzi w rodzaju Marka Biernackiego czy Jarosława Gowina) – łatwiej niż Platforma pozyska zwolenników obyczajowego liberalizmu. Nawet jeśli nie podejmie w interesujących ich sprawach ofensywy, to będzie postrzegana jako najskuteczniejsza bariera przed PiS.

Szansą nowej lewicy jest raczej poszukiwanie wyborców i sojuszników w kręgach rozczarowanych PiS, a także – antysystemowej prawicy. Wśród wyborców nastawionych antysystemowo, ale z racji symbolicznych lub z powodu przekonań religijnych niebiorących dziś pod uwagę głosowania na Razem. Wiem, że to, co piszę, jest wbrew tradycji kompromisów zawieranych przez lewicę postkomunistyczną i akademicką. Kompromisów z obozem liberalnym, dokonywanych w imię obrony status quo. Ale kompromis Zandberga z Petru wydaje mi się dziś bardziej karkołomny niż poszukiwanie sojuszników w środowiskach, które wiązały ogromne nadzieje ze zwycięstwem PiS. Myślę tu o pokoleniu, które nie pamięta nadziei z lat 2004–2005 i ich załamania się po zawarciu przez Jarosława Kaczyńskiego koalicji z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem. O ludziach, których przekonywała wspólnotowa i obywatelska retoryka PiS. Którzy wiązali i wiążą nadzieje z postulatami społecznymi i gospodarczymi tej partii. Którzy w Prawie i Sprawiedliwości widzieli partię stawiającą ideał naprawy sektora publicznego ponad programem jego prywatyzacji i komercjalizacji.

Oczywiście, dostęp do tych środowisk wymaga dotarcia do ich potencjalnych liderów. Do ludzi, którzy mogliby odegrać podobną rolę jak amerykańscy neokonserwatyści, tyle że zamiast z lewicy na prawicę – przejść w przeciwnym kierunku. Nie myślę przy tym o ludziach zaangażowanych dziś w partyjną politykę, ale o tych, którzy liczyli na otworzenie przez PiS form uczestnictwa politycznego blokowanych przez PO. Rozczarowanie niekoniecznie musi ich pchnąć w ramiona prawicy korwinowskiej czy narodowej. Jeżeli poszukają innej niż liberalna alternatywy „na lewo” od PiS, mogą ukształtować nieliberalne centrum, którego naturalnym partnerem będzie lewica. To nie stanie się z dnia na dzień, może nawet nie z roku na rok. Ale jeżeli brać serio deklarowane przekonania, trudno sobie wyobrazić rzeczników demokracji partycypacyjnej, wrażliwej społecznie i zorientowanej na skuteczne powstrzymanie procesów peryferyzacji jako sojuszników Petru, Korwina czy Kaczyńskiego. Mogli uwierzyć wyborczym zapowiedziom Andrzeja Dudy, mogli liczyć na szerokie otwarcie polityczne PiS po zwycięstwie parlamentarnym. Dziś jednak są raczej materiałem na formację innego niż liberalny i establishmentowy sprzeciwu.

To, co bardzo mocno łączy wyborców Razem i część młodego elektoratu PiS, to więź pokoleniowa ludzi, którzy dowiedzieli się, że są „systemowo zbędni” i że ich talenty i pracowitość mogą być wykorzystywane jedynie na marginesach życia publicznego. To związana z tym silna nieufność i niechęć do establishmentu oraz sympatia do rozwiązań partycypacyjnych (na prawicy wywodzona z wartości republikańskich). Wspólne może być też postrzeganie aktywnej roli państwa jako obrońcy przed procesami „peryferyzacji” gospodarczej.

Najistotniejsze różnice dotyczą sfery symbolicznej i religijnej. Młodzi zwolennicy PiS odwołują się do haseł patriotyzmu, są krytyczni wobec lewicowej poprawności politycznej, są też często pryncypialnymi katolikami. Zwolennicy Partii Razem będą krytyczni wobec oficjalnej polityki historycznej PiS, wobec ostentacyjnego szermowania symboliką patriotyczną, a także niechętni wszystkiemu, co uznają za restrykcje obyczajowe motywowane względami religijnymi.

Zabraknie odwagi?

Dla każdego z tych nurtów kusząca będzie „własna droga” skutkująca zapewne pozostawaniem na marginesie systemu partyjnego, ze skromną reprezentacją parlamentarną jako szczytem marzeń. Dostrzeżenie przez lewicę możliwości kompromisu po stronie innej niż wolnorynkowy liberalizm wymagałoby sporej odwagi. Tak samo jak dla części dzisiejszej młodej prawicy zrezygnowanie z szerokiego frontu Polski „katolickiej i patriotycznej”, obejmującego kluby PiS i Kukiza wraz z ich całym intelektualnym i metapolitycznym zapleczem. Ale powstała z ich połączenia lewica społeczna mogłaby zostać liczącym się graczem, przekształcającym istotę konfliktu – z symbolicznego na ekonomiczny – i zmieniającym sposób dyskusji o polskiej peryferyjności gospodarczej. A własny pluralizm kulturowy mogłaby obrócić na zdolność zaproponowania jakiejś wersji możliwego do przyjęcia dla większości Polaków – pokoju religijnego.

Oczywiście powstanie takiej lewicy jest zapewne najmniej prawdopodobnym scenariuszem. Bardziej realne jest istnienie tej formacji jako socjalnego skrzydła obozu liberalnego. Podobnie jak bardzo prawdopodobne jest istnienie na prawicy republikańskiej mniejszości, która w tekstach metapolitycznych będzie podkreślać swą odrębność, w polityce zaś wybierze unikanie konfliktów i koncentrowanie się na – ważnych przecież – szczegółach.

W obu wypadkach za takim wyborem opowiedzą się działające na zapleczu tych formacji i nadające im ton laboratoria intelektualne, formułujące diagnozy sytuacji, określające sojuszników i wrogów oraz dyktujące kategorie, którymi należy operować w debacie publicznej. Trudno nawet będzie postawić im z tego tytułu zarzut. Sam na pewno go nie wypowiem, bo moje pokolenie w swej większości wybrało wspieranie silnych, a tylko nieliczni jego liderzy próbowali własnej drogi.

Nie sądzę też, by środowiska te potrzebowały mentorów, których ideały da się opisać mianem konserwatywnego instytucjonalizmu. Publicystyka  wbrew pozorom polega jednak nie tylko na uporczywej perswazji i zachwalaniu własnego „towaru”, ale także na opisywaniu możliwych, choć mało realnych alternatyw. Zwłaszcza że życie polityczne nie jest serią sequeli, do znudzenia powtarzających jeden i ten sam schemat.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Ostatnio opublikował książkę "Rywalizacja polityczna w Polsce" (2013)

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Koniec lewicy, jaką znaliśmy”

  1. [ja!] pisze:

    Bdb. analiza (jak zwykle). Dodam, bo zniknęło to z horyzontu — po wyborach nastąpiły tak bulwersujące opinię publiczną zjawiska, jak zewnętrzny nacisk na kontynuowanie proniemieckiej polityki islamizacji Polski, zamachy terrorystyczne we Francji, atak zagranicznych ośrodków na Polskę, czy osłabienie złotego i zachwianie gospodarki, itp. mocne wydarzenia w wyniku których „wróciła rzeczywistość”, a jednocześnie jak mocno w świadomości zniknęło miejsce na tak wirtualne byty czasów medialnej polit-poprawnej hipnozy typu homo-gender-Razem-islam-welcome…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz