Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Katolicy łaski, katolicy kulturowi i nowa fala polskiej transformacji

Katolicyzm kulturowy, nie tylko jako indywidualne doświadczenie, ale jako część metapolitycznego paliwa Kościoła hierarchicznego, na naszych oczach się wyczerpuje

W artykule „Jak wygrać «wojnę» kulturową i dlaczego”, opublikowanym niedawno na łamach “Nowej Konfederacji”, Bartłomiej Radziejewski pisze: „Niedawne badania wykazały, że nasz kraj niepostrzeżenie stał się światowym liderem pod względem tempa laicyzacji, z przepaścią dzielącą wciąż przywiązanych do religii osób po czterdziestce od młodych”. To zerwanie musiało wydarzyć się zatem w polskich domach w ciągu kilkunastu ostatnich lat. Zdarzyło się w społeczeństwie coraz bardziej zatomizowanym, z jeszcze większą liczbą rozwodów, w społeczeństwie podzielonym nie tylko na dwa duże metapolityczne plemiona, ale przeżywające też wiele napięć lub wyobcowań społecznych w skali mikro, choćby w relacjach zawodowych, w miejscach zamieszkania, w życiu rodzinnym.

Istnieje siedem grzechów głównych (podobnie jak siedem cnót głównych), które nigdy nie są jedynie złem osobistym, ale zawsze – w ten czy inny sposób społecznym. W debacie publicznej i mediach społecznościowych sexy są oczywiście tylko niektóre z nich

Katolicyzm po przejściach

Zanim jednak więcej powiemy sobie o tej nowej fali transformacji, trzydzieści lat późniejszej od tej, którą potocznie nazywamy balcerowiczowską, skierujmy wzrok w nieco inną stronę. W prawicowej publicystyce od  lat pojawia się pojęcie „katolicyzm kulturowy”. Na ogół sięgają po nie publicyści związani z przeróżnymi nurtami prawicy, podkreślający, że nie są osobami praktykującymi i/lub wierzącymi, lub wprost dający do zrozumienia, że obca jest im łaska jakiejkolwiek wiary, lub że wiarę z różnych przyczyn utracili albo mocno w sobie poranili. Niemniej jednak – bronią Kościoła jako źródła polskiej tożsamości, kultury i jako cywilizacyjnego dziedzictwa. Równocześnie, najdelikatniej rzecz ujmując, jest w tym gronie sporo mężczyzn z przeszłością i kobiet po przejściach – ludzi, którzy czasem tęsknią do czystości swojego religijnego przeżycia, ale dawno już ono jest za nimi. Uznają je jednak za wciąż fundamentalne dla duchowości i tożsamości narodowej.

Piszę o tym nie po to, by kogokolwiek urazić czy zranić, bo sam znam to doświadczenie aż nadto dobrze. Jest to jednak jeden z ciekawszych polskich fenomenów ostatnich dekad, mało dyskutowany, bo przez jednych traktowany jako temat, którego lepiej aż nadto nie zgłębiać, przez drugich – kompletnie niezrozumiały lub wyszydzany – właśnie ze względu na głęboki często rozjazd między życiem a przywoływanymi jako narodowo i społecznie cenne wartościami. Dla wielu katolicy kulturowi są po prostu cynikami. Ale najprawdopodobniej częściej w dość dziwny, niemal perwersyjny sposób spełniają głośne wezwanie: „Umierać, ale powoli!”. Upadać, ale powoli. Choć i to nie zawsze przecież się udaje.

Interesującym problemem jest i to, że ludzie, którzy odwołują się do katolickiego imaginarium, rzadko już z reguły chcą nazywać rzecz po imieniu. A zatem: katolicy kulturowi z zasady żyją w stanie ciągłego grzechu śmiertelnego, czyli poza stanem łaski uświęcającej. Nie prowadzą życia sakramentalnego, nie są też uczestnikami życia duchowego – wedle żadnej z ortodoksyjnych szkół duchowości, jakie zna tradycja katolicka, choćby i najmłodsza. I nie wiążą ortodoksji z ortopraksją, choć jak wiemy: wiara bez uczynków jest martwa. Możemy zatem dziś mówić o katolikach łaski, którzy na ogół są w stanie łaski uświęcającej, lub regularnie starają się do tego stany powrócić i ma to istotny wpływ na ich życie osobiste, rodzinne, społeczne (w tym zawodowe) i katolikach kulturowych, którzy nawet jeśli wciąż chodzą do kościoła, to z przeróżnych przyczyn nie przystępują do sakramentów i nie radzą sobie również z chrześcijańskim życiem.

Duża część prawicy – nie bez podstaw – chętnie podnosi, że młoda fala obyczajowej rewolucji pełnymi garściami czerpie z lewicowych projektów metapolitycznych. Czytamy i piszemy o tym na tyle często, że warto zaproponować też inny punkt widzenia

Prawdopodobnie nie tylko wśród polskich konserwatystów/konserwatystek i szerzej nieco rzecz ujmując – prawicowców – niemała część to właśnie katolicy kulturowi, traktujący religię jako pewnego rodzaju społecznie cenny depozyt lub jedyna właściwa droga przeżywania własnej duchowości i egzystencjalnych pytań. Tyle że życie poza łaską to życie poza łaską – katolicy kulturowi w swoim życiu powszednim bywają już niemal doskonale nieodróżnialni od neopogan dnia codziennego. Ich, naszą ostatnią redutą jest wyraziście manifestowany światopogląd: broniący świata, którego niestety często w nas samych już nie ma.

Ważne dopowiedzenie: istnieje siedem grzechów głównych (podobnie jak siedem cnót głównych), które nigdy nie są jedynie złem osobistym, ale zawsze – w ten czy inny sposób społecznym. W debacie publicznej i mediach społecznościowych sexy są oczywiście tylko niektóre z nich, ale wszystkie one ciążą kamieniem u szyi, bo jak śpiewało niegdyś trio Kaczmarski-Gintrowski-Łapiński:

Na przedzie pycha podąża z tańczącą latarnią
Chciwość wczepiła się w siodło i grzebie po sakwach
Broi pod zbroją lubieżność pokusa niełatwa
Bandzioch domaga się płynów i straw do przesytu
Wabi rozkoszne lenistwo do łóż z aksamitu
Gniew zrywa ze snu i groźbą na oślep wywija
Zazdrość nie wie co sen i po cichu zabija
Tak zbrojni w moce na które nie ma lekarstwa
Stawiamy nadal i obalamy mocarstwa
Każdemu więc z imperiów bezsprzecznie zasłużeni
My ludzie pióra miecza lub zajęczego lęku
Jesteśmy grabarzami swych własnych dzieł stworzenia
Zajęczym lękiem niszcząc je mieczem lub piosenką

(Siedem grzechów głównych)

 

Posłuchamy cię innym razem

Nie jest wykluczone, że z podobnym procesem mamy do czynienia również wśród katolików otwartych – choć w tym przypadku dochodzi również stopniowy nacisk na ewolucję doktryny. Stwarza to jednak mnóstwo znaków zapytania: trudno je tutaj rozważać na poziomie metafizycznym, czyli uznania, że nauczanie Kościoła wprost wypływa z Objawienia i musi być z nim zgodne. Ale nawet na płaszczyźnie filozofii religii istotna jest kwestia ciągłości i zmiany. Jak się zdaje, polski katolicyzm otwarty, szczególnie ten z tęczową nakładką na Facebooku, coraz śmielej podąża w kierunku mocnej zmiany, wciąż jednak starając się ją nazywać dopuszczalną doktrynalną ewolucją.

Czy jednak może przetrwać katolicyzm bez eschatologii? To znaczy taki, który nie boi się swojego własnego języka i uzasadnień? Gdy czytam i słucham hierarchów opowiadających o ideologii gender czy LGBT, mam wrażenie, że nie mówią już nawet językiem katechizmu (i to właśnie tego, którego opracowanie pozostało jeszcze po pontyfikacie Jana Pawła II), ale jakimś naprędce skleconym, mocno zeświecczonym językiem, który jest jeszcze zrozumiały dla katolików kulturowych. To chyba dlatego w sprawach wojen kulturowych z wysokich ambon kościelnych słychać już często nie homiletykę, ale mocną publicystykę.

Hierarchowie stają się dziś zbyt łatwym chłopcem do bicia – także dla świeckich wiernych. Katolicyzm kulturowy też ma tutaj pewne wątpliwe zasługi – choć trudno zaprzeczyć, że i on był i jest próbą ratowania nie tylko status quo, ale i własnych jeszcze nie rozwianych nadziei i najświętszych słów życia, coraz okrutniej obśmiewanych z każdej strony

Bo katolik i katoliczka kulturowa, czyli katolicy poza łaską to nie tylko prawicowa, liberalna i czasem też lewicowa inteligencja. To tak zwani zwykli ludzie, którzy mniej lub bardziej regularnie chodzą do kościoła w niedzielę i/lub święta. To młodzi, dla których katecheza w szkole jest coraz częściej doświadczeniem najdziwaczniejszym i najśmieszniejszym, które jeszcze tylko wzmaga lekceważenie dla Kościoła jako instytucji, nie mówiąc już o jego nauczaniu. Bardzo łatwo uznawać ich za „zlewaczonych”. Oni jednak są przede wszystkim dziećmi polskich przemian: społeczeństwa, które coraz częściej po prostu nie potrzebuje i nie chce Kościoła. Także dlatego, że coraz częściej nie wierzy, że znajdzie tam dobre życie albo – najbanalniej w świecie – dobrych ludzi. I dla nich jedyną reakcją, pewnie coraz ostrzej wyrażaną, będzie: posłuchamy cię innym razem; albo już nigdy. Część z nich jednak, młodszych i starszych, w katolicyzmie kulturowym wciąż znajduje odpowiedź na zachodzące zmiany, choć coraz wyraźniej odwraca się od nich sympatia społeczna.

Katolicyzm sprowadzony do roli ideologii

Skupmy się teraz na społecznych zmianach. Duża część prawicy – nie bez podstaw – chętnie podnosi, że młoda fala obyczajowej rewolucji pełnymi garściami czerpie z lewicowych projektów metapolitycznych. Czytamy i piszemy o tym na tyle często, że warto zaproponować też inny punkt widzenia. Taki, który nie tłumaczy wszystkiego kwestiami ideologicznymi, ale widzi też podłoże społeczne zjawisk. Dla jednych to truizm, dla innych wciąż lewacka herezja, ale pierwsze lata transformacji przyniosły gwałtowne i nierzadko społecznie szkodliwe zmiany. Wzrost dobrobytu, aczkolwiek mocno nierówny był faktem. Równocześnie jednak gwałtowne zmiany na rynku pracy, zmiany struktury społecznej, zagubienie dorosłych w świecie, w którym sukces materialny przerastał na ogół ludzkie możliwości, choć apetyty rosły, przyniosły nową falę modernizacji. Taką, w której stabilność zawodowa czy wprost życiowa stała się nie prawem, ale towarem. I to towarem coraz rzadszym.

Mogło się wydawać na początku przemian, że zmiany da się jakoś zakamuflować. Katolicy kulturowi i katolicy łaski, niezależnie od nurtu jaki reprezentowali, wierzyli na ogół, że pomoże w tym postać i nauczanie Jana Pawła II, oraz – generalnie – że poradzi sobie z tym polski Kościół tego lub innego nurtu. Jakkolwiek na początku lat 90. „Gazeta Wyborcza” ostro występowała przeciw papieżowi krytykującemu niemal już z rozpaczą polski model przemian, to i tam wierzono na ogół, że „katolicyzm z ludzką twarzą”, katolicyzm otwarty, katolicyzm Jana Turnaua z rubryki „Arka Noego” uratuje polskie społeczeństwo, wyzwoli go z jego „nacjonalistycznych demonów”. Podobno jeszcze i dziś niektórzy radykalni modernizatorzy zarzucają Adamowi Michnikowi, że za bardzo wierzy w możliwości Kościoła w tej materii. Nie był to jednak program religijny, ale ideologiczny, który sprowadzał Kościół do roli nauczyciela humanitarnych wartości, z którymi na bakier miał być i jest nadal polski lud.

Inni przyjęli, że właściwie wszystko jest dobrze – terapia szokowa musiała się wydarzyć, społeczeństwa nie da się trzymać pod kloszem, a jeśli dzieje się coś złego – na przykład rośnie liczba rozwodów, to nic to nie ma wspólnego z tym, że coraz częściej w rodzinach żyje się osobno, albo i na odległość, ale że winny jest zachodni konsumpcjonizm i tym podobne. Że Polacy i Polki, nawet ci chodzący do kościoła, nie potrafią scalić nowego życia z wyznawanymi wartościami, ale wprost chcą tego konsumpcjonizmu i jego większych i mniejszych przyjemności jak kania dżdżu – chętnie zmilczano. Część społeczeństwa żyła tak, jakby non stop kręciła się w obrotowych drzwiach: po jednej ich stronie słyszała choćby, że chciwość jest dobra, po drugiej: że wciąż obowiązuje klasyczne nauczanie Kościoła o siedmiu cnotach i grzechach głównych.

Bijemy się w cudze piersi

Ale kulturowy katolicyzm z czasem głuchnie na jedno ucho i ślepnie na jedno oko: od dłuższego już czasu odnieść można wrażenie, że jedynym złem dla co bardziej medialnych hierarchów są ruch i doktryna LGBT czy akademickie teorie gender; drudzy z kolei realizują nie tyle katolicką, co laicką agendę, tłumacząc dlaczego Kościół powinien wywiesić wobec świata białą flagę i uzgodnić z nim swoje nauczanie w niemal każdej kwestii. Między nimi pewnie jest mnóstwo księży, którzy starają się nauczać tego, co po prostu jest w katechizmie, ale przecież nie ich chce się dziś słuchać i nagłaśniać.

Jeszcze inna transformacyjna strategia zakładała stopniową budowę bardziej ekonomicznie-kulturowo podzielonego społeczeństwa. I to się właściwie już udało, a najpewniej będzie narastać dalej, jeśli polityka społeczna w Polsce skończy się na transferach finansowych, nawet tych egalitarnych. Strzeżone osiedla, suburbanizowane wsie i bogate przedmieścia dla wybranych, istotne ułatwienia w dostępie do rynku usług zdrowotnych dla tych, którzy mają (znacznie) więcej pieniędzy, często przesądzające nie tylko o zdrowiu, lecz o życiu i śmierci, znacznie lepsze szkoły dla dzieci staro-nowych elit, lepsze perspektywy pracy i zarobków dla ludzi z większymi znajomościami i wpływami, znacznie większa mobilność osób bogatszych – to wszystko jest mocnym społecznym faktem. I z tego wszystkiego świetnie zdają sobie też sprawę ci, którzy mają mało, mniej i jeszcze mniej. O ile na początku transformacji obraz przemian nie był jeszcze zbyt czytelny, o tyle w 2020 roku spacer i po małym mieście, i niewielkiej wsi i po metropolii pozwala zobaczyć kto i jak żyje. Chyba że gdzieś cię nie wpuszczą, a gdzie indziej dadzą w mordę.

Katolickie imaginarium zanika, ponieważ chrześcijaństwo bez łaski upada pod ciężarem zobowiązań, których nie jest już w stanie udźwignąć, których nie jest w stanie nauczać bez własnego świadectwa

Czy Kościół hierarchiczny poradził sobie z tym wyzwaniem? W głośnym tekście „Sojusz Kościoła z neoliberalizmem przyczynił się do kryzysu tradycyjnej rodziny w Polsce”, opublikowanym na portalu Klub Jagielloński, Maria Libura wskazała argumenty świadczące, że nie. A nawet jeśli widzimy, że „Kler” Wojciecha Smarzowskiego jest komiksowym wręcz zagęszczeniem wad kościelnej rzeczywistości, to jednak z realności wielu tam ukazanych tam bolączek zdajemy sobie dobrze sprawę. Tylko że przeciwnicy Kościoła mówią o nich głośno – i mówią tylko o nich, jego obrońcy – mówią o nich po cichu i między sobą. Czy raczej: jeszcze do niedawna tak mówili. Bo i im kończy się cierpliwość i rośnie rozgoryczenie.

Tyle że i hierarchowie stają się dziś zbyt łatwym chłopcem do bicia – także dla świeckich wiernych. Katolicyzm kulturowy też ma tutaj pewne wątpliwe zasługi – choć trudno zaprzeczyć, że i on był i jest próbą ratowania nie tylko status quo, ale i własnych jeszcze nie rozwianych nadziei i najświętszych słów życia, coraz okrutniej obśmiewanych z każdej strony. Może tak to zresztą dziś w polskim Kościele jest: świeccy katolicy biją się w piersi hierarchów, hierarchowie – biją się w piersi wiernych, nieustannie nawołując lud Boży do nawrócenia, gdy zejdzie na trudne tematy. A diabeł siedzi i zawija to w te sreberka.

Wzrost tempa laicyzacji w młodszych pokoleniach nie jest zatem czymś, co spadło na katolicką Polskę niczym – przepraszam za karkołomne porównanie – stonka na żyzne PGR-owskie pola w czasach PRL. To coś, co się wydarzyło i wydarza pod wpływem mnóstwa socjologicznych, obyczajowych i duchowych czynników, których źródła i przyczyny rozciągają się na lata. Być może powinniśmy się nawet zdumiewać, że druga fala transformacji, tym razem obyczajowa, przychodzi do nas tak późno.

Warto też mieć świadomość, że zapewne niemała część dzisiejszej radykalnej, antykatolickiej młodzieży, to dzieci katolików kulturowych. Ten fenomen, jeśli jest czymś więcej niż hipotezą, jest wart opisania: pokolenie dziadków jeszcze wierzące i praktykujące, pokolenie rodziców zachowujące katolicyzm kulturowy, ale już żyjące poza łaską i poza zobowiązaniami wynikającymi z katolickiego nauczania, i pokolenie tych najmłodszych, którzy kompletnie już nic nie rozumieją z doświadczenia religijnego przynajmniej w jego katolickiej formie, i w związku z tym również katolicyzm kulturowy uważają za coś absolutnie śmiesznego i nieczytelnego, co przeszkadza w prowadzeniu życia wedle własnych pragnień.

Nie wiemy właściwie, jakie jeszcze formy ta nowa transformacja przyjmie: czy doprowadzi do pełnej laicyzacji w ciągu dekady czy dwóch, czy też Kościół, łącznie z katolikami kulturowymi, doświadczy nawrócenia i zbuduje społeczne podstawy dalszego oddziaływania, silniejsze niż dość już mocno papierowa siła sojuszu tronu z ołtarzem w obecnej formie. Bo nikt chyba serio nie wierzy, że ustawienie policjanta przy każdej świętej figurze cokolwiek uratuje na krótszą i dłuższą metę. Choć nie wiemy i tego, jak zmieni się doktryna Kościoła choćby w sprawach dotyczących mniejszości seksualnych w kolejnych dziesięcioleciach, jak to wpłynie na kolejne pokolenia katolików łaski i katolików kulturowych, jeśli ci drudzy jeszcze się w naszym życiu publicznym ostaną.

Paliwo się wyczerpuje

Jest jasne, że kwestia powiązania katolicyzmu łaski z dobrym życiem, a co za tym idzie z wpływem na życie społeczne i narodowe dla wielu będzie kontrowersyjna. Taka ma właśnie być. Czy jednak jest aż tak nieoczywista? Dla tych, którzy pamiętają wielkie reformy Kościoła i jego szkoły monastycznego i zakonnego odrodzenia przez pracę, modlitwę, trzymanie z Kościołem, czystość liturgii i zaangażowanie w życie społeczności, społeczeństw, królestw i państw powinna być zrozumiała. Dla innych niech będzie hipotezą, próbą pokazania, że katolicyzm kulturowy rozpada się jako narzędzie pielęgnowania katolickiego imaginarium i w obecnej formie, ze swymi zaletami i wadami już chyba długo nie potrwa. Katolicyzm kulturowy, nie tylko jako indywidualne doświadczenie, ale jako część metapolitycznego paliwa Kościoła hierarchicznego, na naszych oczach się wyczerpuje. Przestaje być przekonywający, ponieważ nie wiadomo właściwie co za nim stoi – pogubiony Kościół hierarchiczny, konserwatyści po przejściach i konserwatystki z przeszłością, czy szerzej – wszyscy, dla których Kościół z różnych przyczyn stał się biograficznie ważny – my wszyscy, którzy przede wszystkimi musimy leczyć samych siebie. Choć oczywiście obowiązki publicystyczne każą nam też wrzucać kamyki do cudzych ogródków.

I choć jednym ta myśl wyda głupstwem, a innym zgorszeniem, katolickie imaginarium w Polsce nie odchodzi przede wszystkim dlatego, że świat wokół jest taki zły.  Katolickie imaginarium zanika, ponieważ chrześcijaństwo bez łaski upada pod ciężarem zobowiązań, których nie jest już w stanie udźwignąć, których nie jest w stanie nauczać bez własnego świadectwa. Żadna polityczna partia nie sprosta tak daleko idącym wyzwaniom, bo polityka w tym kontekście to już jedynie skutek, a nie przyczyna.

fot: Chrumps

Felietonista i dziennikarz Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta Polskiego Radia 24, tvp.info, „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Pisze m.in. do miesięcznika ZNAK i Tygodnik.TVP.pl

Komentarze

3 odpowiedzi na “Katolicy łaski, katolicy kulturowi i nowa fala polskiej transformacji”

  1. MK pisze:

    “Chrześcijaństwo bez łaski upada pod ciężarem zobowiązań, których nie jest już w stanie udźwignąć, których nie jest w stanie nauczać bez własnego świadectwa” – świetne podsumowanie. Pozostaje nam zerwać z letniością, codziennie się nawracać i wierzyć w Ewangelię.

  2. Wojciech68 pisze:

    Bardzo celny tekst.

  3. Wojciech Karlik pisze:

    Ciekawy tekst, bo próbuje mówić o czymś o czym nikt raczej nie mówi. Jak we wszystkich polskich tekstach o religii brakuje tutaj tego, co dla wielu jest najważniejsze. Czyli problemu prawdziwości wydarzeń opisanych w Piśmie Świętym. Jest kilka książek na ten temat. Krytykowany i stary Kosidowski, czy nowsze typu Gezy Vermesa. Ale przecież są różne filmy dokumentalne w kablówkach na ten temat, w internecie materiały. Ludzie to czytają, oglądają i chyba się zastanwiają, czy religia (katolicka też) jest na pewno prawdziwa w sensie historycznym. Czyli być może nie tylko o konsumpcjonizm społeczny i o skandale wśród ludzi Kościoła chodzi w przypadku laicyzacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz