Newsletter

I tylko Mattisa żal…

„Pogłoski o mojej śmierci są mocno przesadzone” żartował niegdyś Mark Twain. Podobnie przesadzone wydają się dzisiaj liczne komentarze o spodziewanym końcu globalnej dominacji wojskowej Stanów Zjednoczonych

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

19 grudnia ubiegłego roku prezydent USA dość niespodziewanie oświadczył, że wobec faktycznego pokonania Państwa Islamskiego zamierza wycofać amerykańskich żołnierzy z Syrii. Niemal jednocześnie miała zapaść decyzja o zmniejszeniu niemal o połowę kontyngentu w Afganistanie. Przeciwnicy Donalda Trumpa natychmiast wszczęli alarm, wskazując na ryzyko chaosu w tych krajach, odbudowy wpływu islamskich radykałów, zagłady Kurdów przez Turcję, a także wejścia w lukę po Amerykanach Rosjan i Chińczyków. Co niektórzy wyciągnęli nawet bardzo daleko idące wnioski odnośnie przyszłości NATO, a szczególnie losów wschodniej flanki Paktu – sugerując, że skoro Trump tak łatwo zwija dziś amerykański parasol wojskowy nad sojusznikami bliskowschodnimi, to równie dobrze jutro może to zrobić i w naszej części świata. Panikarskie nastroje wzmogła dymisja sekretarza obrony generała Jamesa Mattisa, żołnierza cieszącego się niekwestionowanym autorytetem bodaj u wszystkich… poza samym prezydentem.

Trzy tygodnie później czas chyba tonować nastroje. Być może Donald Trump przestraszył się możliwych skutków swoich pochopnych słów – a być może były one tylko grą, mającą „zamieszać” w stawie i zmusić niektóre ryby do bardziej zdecydowanych ruchów płetwami. Oba warianty są w pewnym stopniu prawdopodobne: w biznesowych i politycznych działaniach Trumpa w przeszłości można zauważyć skłonność do tzw. „rozpoznania bojem”, ale także do uderzeń pozorowanych, mających ściągnąć uwagę przeciwników (oraz ich odwody) w inne miejsce, niż wybrane do głównej ofensywy.

Gdyby jednak w przyszłości miało dojść do realnego odwrotu wojsk amerykańskich z Bliskiego i Środkowego Wschodu – warto chyba i tak zachować nieco zimnej krwi. Mamy XXI wiek i zdolność tzw. „projekcji siły” nie zależy już wyłącznie od obecności piechoty możliwie blisko miejsca akcji

Tak czy owak, na razie nic przełomowego się nie dzieje – doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton podczas wizyty w Izraelu wyraźnie złagodził radykalizm wcześniejszych deklaracji Białego Domu. Między innymi obwarował plan amerykańskiego wyjścia z Syrii ewentualnymi tureckimi gwarancjami dla Kurdów oraz „ostatecznym” pokonaniem IS, a w dodatku zapowiedział pozostawienie kontyngentu amerykańskiego w bazie w At-Tanf. W sprawie Afganistanu zdementowano natomiast informacje, jakoby rozkaz redukcji został już wydany. Na razie „analizowana jest taka opcja”. Jeśli Władimir Putin rzeczywiście liczył na prezent świąteczny w postaci amerykańskiej abdykacji, to najwyraźniej mocno się przeliczył.

Gdyby jednak w przyszłości miało dojść do realnego odwrotu wojsk amerykańskich z Bliskiego i Środkowego Wschodu – warto chyba i tak zachować nieco zimnej krwi. Mamy XXI wiek i zdolność tzw. „projekcji siły” nie zależy już wyłącznie od obecności piechoty możliwie blisko miejsca akcji. Samoloty (także te z lotniskowców), inteligentne pociski samosterujące, a wreszcie elektroniczne impulsy stosowane jako broń znacząco zmieniły znaczenie odległości i czasu w strategii militarnej. Cele polityczne osiąga się ponadto nie tylko manu militari. Są jeszcze zakulisowe wpływy na lokalnych liderów, inwestycje, media, no i szpiedzy… A gdy te elementy nie wystarczają, w arsenale środków są także firmy z sektora „private security”. Politycznie wygodniejsze, ekonomicznie bardziej efektywne, a w dziele bezpośredniego kontrolowania przestrzeni i ludzi często efektywniejsze od regularnej armii. Oznacza to, że stacjonowanie amerykańskich żołnierzy w danym kraju nie jest wcale niezbędnym warunkiem zachowania tam amerykańskich wpływów. I odwrotnie – brak umundurowanych Amerykanów nie oznacza bynajmniej, że z automatu ich miejsce zajmą Chińczycy lub Rosjanie (nawet, gdyby akurat bardzo chcieli).

Warto więc odróżniać polityczne gesty, które Donald Trump chce lub musi wykonywać na użytek wewnątrzpolityczny, w obliczu nadchodzącej kampanii o reelekcję i wciąż dosyć izolacjonistycznych nastrojów sporej części jego wyborców – od realnej strategii globalnej dominacji, która zapewne wciąż będzie realizowana w Białym Domu (niezależnie od tego, kto będzie jego głównym lokatorem). Częścią tej strategii zapewne pozostanie wymuszanie większego zaangażowania sojuszników USA (i zapewne też temu służyły grudniowe deklaracje Trumpa). Ale, niezależnie od tego, mało prawdopodobne jest, by Stany dobrowolnie abdykowały z odgrywania roli kontrolera (czy, jak kto woli, żandarma) Bliskiego Wschodu. Co najwyżej, mogą poszukiwać optymalnych form kontroli. W XXI wieku – niekoniecznie wyłącznie wojskowych.

Na koniec – warto przestrzec przed prostym przenoszeniem schematu bliskowschodniego na Europę Środkową czy Wschodnią. Tam – amerykański interes w pozostaniu jest dość oczywisty. Tu – niekoniecznie. Dlatego powyższe uwagi wcale nie oznaczają, że i w naszym regionie amerykańska obecność strategiczna jest przesądzona. O zakotwiczenie tutaj amerykańskiej uwagi i potęgi musimy dopiero zadbać, o ile nie chcemy, by Trump (lub jego następcy) oddali to poletko komu innemu…

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej