Newsletter

Czar Biedronia

Na poziomie ogólnym Robert Biedroń wydaje się być promotorem „republikańskiego minimum”. Gdy zajrzymy do szczegółów, znajdziemy obietnice, które sfinansują się nie wiadomo jak, i jednoznacznie progresywną agendę światopoglądową

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, by ktoś na prawo od centrum rozważał korzyści płynące z istnienia politycznej inicjatywy Roberta Biedronia – chyba że w kategoriach rozbijania jedności przeciwnego obozu. Tymczasem Rafał Matyja na łamach „Nowej Konfederacji” każe nam się na poważnie zastanowić nad politycznymi zdolnościami i szansami byłego już prezydenta Słupska. I to nie jako analityk, ale z nadzieją na lepszą zmianę. Jak pisze politolog, Biedroń w swojej książce „Nowy rozdział” proponuje odejście od starej polityki, która „zamknęła się w skorupie przeszłości”. „«Nowy rozdział» to nie książka o europejskich ideach i modelach patriotyzmu, ale o tym, w jaki sposób przyziemne problemy uczynić treścią polityki. To tłumaczenie, że właśnie ta treść polityki, a nie rozgrywane przez wielkie partie sporne symbole, skłania nas do współpracy. To zarazem pewna nadzieja na nowy język, którego polityce brakowało od co najmniej dekady” – pisze Matyja.

Problemy mieszkaniowe, ekologia, zdrowie, edukacja, szkolnictwo wyższe – to wszystko poważne kwestie. Szkopuł w tym, że na poprawę w tych obszarach potrzebne są dodatkowe pieniądze. A skąd je wziąć – tego były prezydent Słupska nie precyzuje

Książka Biedronia mocno koresponduje z książką Matyi „Wyjście awaryjne” (którą zresztą były poseł Ruchu Palikota obszernie cytuje). Matyja zwraca w niej uwagę na to, że owym „wyjściem awaryjnym” powinna być budowa nowego języka, którym mówimy o państwie. „Jeżeli młode pokolenie, wszystko jedno: trzydziestolatków czy nawet dwudziestolatków, nie dostrzeże w tym anachronizmie intelektualnym obecnej elity politycznej swojej szansy, jeżeli nie weźmie się za solidną rewizję historii i narodowego imaginarium, to zmarnuje swoją największą szansę. Co więcej, zmarnuje naszą wspólną szansę na wyjście z klinczu, którego przyczyną jest przede wszystkim intelektualne uśpienie pokolenia twórców III Rzeczypospolitej” – możemy przeczytać w „Wyjściu awaryjnym”. To postulat przedpolityczny, jednak w tym kontekście można uznać, że 42-letni Biedroń podejmuje tę próbę na płaszczyźnie politycznej. Próbuje wbić klin w mentalny PO-PiS poprzez zmianę opowieści o Polsce i stojących przed nami wyzwaniach. I nawet jeśli osobiście poniesie klęskę – konstatuje Matyja – to jego największym zwycięstwem może być zmiana sposobu patrzenia na rzeczywistość, tak jak sukcesem ruchów miejskich była zmiana języka mówienia o polityce miejskiej, choć przecież trudno byłoby wskazać miejsca, w których osobiście rządzą.

Wedle tej optyki Robert Biedroń jawi się jako polityczny promotor „republikańskiego minimum”, który stara się stworzyć płaszczyznę, na której można – z różnych perspektyw – szukać rozwiązań konkretnych problemów. Od PiS się dystansuje, co jest zrozumiałe, bo i jest to partia rządząca. Ale do PO właściwie się nie odnosi. Być może z przyczyn taktycznych (gdyby udało się wejść do parlamentu, być może byłby to przyszły koalicjant), ale wydaje mi się, że raczej dlatego, że nie ma do czego się odnosić. Właściwie cały wywód przeplata przykładami rozwiązania różnych problemów podczas swojej prezydentury. Oczywiście opisuje ją w sposób jednostronny, ale jednocześnie pokazuje konkretne posunięcia, która mogą dawać wyobrażenie o tym, jak jego zdaniem może wyglądać praktyczna polityka: a to oszczędności poprzez zawieranie ugód w sprawach nie do wygrania, a to współpraca z organizacjami pozarządowymi poprzez „outsourcing” zadań miejskich, a to kontakt z mieszkańcami przez wystawienie czerwonej kanapy przed ratuszem. Prezentuje odmienne niż większość politycznych graczy podejście do historii: przyczynkiem do działania nie jest dla niego czy to kontynuacja przemian czy walka z patologiami transformacji – punktem odniesienia jest dla niego tu i teraz. Co nie znaczy, że historia zaczęła się dla niego dzisiaj; wręcz przeciwnie, jako do ideowego wzorca odwołuje się bardzo często do Tadeusza Kościuszki, łamiąc w ten sposób stereotyp antypatriotycznego lewicowca. W tym wyborze ideowego ojca podkreśla zwłaszcza aspekty równościowe i postępowe w jego agendzie. W połączeniu z podkreślaniem postulatu, by „nikogo nie zostawiać z tyłu”, czyni go to przedstawicielem społecznej wrażliwości – a jednocześnie obce mu jest pomstowanie części polskiej prawicy i lewicy na Leszka Balcerowicza, którego zresztą jako prezydent Słupska prosił o pomoc. To polityk wymykający się schematom.

Tyle słodzenia – bo teraz zaczynają się schody. Jeśli Biedroniowi poczytać za zasługę próbę zmiany języka w polityce, to nie wiem, czy świadczy to lepiej o nim, czy gorzej o konkurencji. Gdy bowiem zostawimy tę kwestię na boku i spojrzymy na to, co ten polityk proponuje, to na pewno zobaczymy tam bardzo wiele obietnic, ale mało wskazówek, za co je zrealizować. Problemy mieszkaniowe, ekologia, zdrowie, edukacja, szkolnictwo wyższe – to wszystko poważne kwestie. Szkopuł w tym, że na poprawę w tych obszarach potrzebne są dodatkowe pieniądze. A skąd je wziąć – tego były prezydent Słupska nie precyzuje. Nawet tam, gdzie pisze o tym, że trzeba zwiększyć wydatki na opiekę zdrowotną nie dodaje, że w praktyce musiałoby to oznaczać podwyższenie składki zdrowotnej. O gospodarce w swojej książce nie wspomina, chyba że ogólnikowo, np. tak, gdzie pisze, że państwo nie powinno zajmować się produkcją samochodów elektrycznych tylko wskazywać kierunki rozwoju. Pisze o tym, że nasze społeczeństwo będzie się starzeć, ale nie dotyka systemu emerytalnego. Środki na pokrycie tych wszystkich propozycji wezmą się… skądś. Biedroń, podobnie jak przeważająca część polskiej lewicy, skupia się na redystrybucji, zakładając, że pieniądze na nią znajdą się same.

To, że kwestie zwane światopoglądowymi są często używane jako tematy zastępcze, nie znaczy, że ludzie chcący zająć się trudniejszymi kwestiami przestaną o nich mówić

Jednocześnie trudno nie zauważyć, że polityków, którzy otwarcie mówią o źródłach finansowania swoich pomysłów, nie ma zbyt wielu. Brak tego typu zagadnień w jego pomysłach mu nie pomaga, ale w porównaniu do konkurencji raczej też nie przeszkadza. Jest jednak jeszcze jeden element, który powstrzymuje przed optymizmem. Biedroń nie wziął się znikąd, swoją polityczną przygodę zaczął jeszcze w czasach, gdy Sojusz Lewicy Demokratycznej nie był jednolitą partią. Przez lata był jednym z liderów politycznego ruchu LGBT, a w 2011 roku – już osiem lat temu! – został posłem Ruchu Palikota, ugrupowania, które wypłynęło na hasłach agresywnego antyklerykalizmu. W publicystycznych rozważaniach „polskim Macronem” był jeszcze przed samym Macronem. I oto jest – już nie jako jeden z licznych progresywistów z obozu Palikota, ale jako samodzielny lider ugrupowania, które roboczo określa się jego nazwiskiem. Tyle, że ten element agendy nie znika. Przeciwnie: w jego książce można dość często natknąć się na tego typu akcenty. Także podczas burz mózgów, prowadzonych umiejętnie przez Biedronia, okazywało się, że – cóż za niespodzianka – ich uczestnicy chcą „liberalizacji” ustawy aborcyjnej czy likwidacji klauzuli sumienia. A skoro chcą, to Biedroniowi nie pozostaje nic innego, jak uznać je za swoje postulaty.

To, że kwestie zwane światopoglądowymi są często używane jako tematy zastępcze, nie znaczy, że ludzie chcący zająć się trudniejszymi kwestiami przestaną o nich mówić. U Roberta Biedronia kupimy je w pakiecie, „obyczajówka” stanowi bowiem ważny aspekt jego politycznej tożsamości. Konserwatywnemu wyborcy to wcale nie musi odpowiadać. Nawet jeśli są to kwestie zbyt często i karczemnie podnoszone, dotykają sedna wyznawanych przez nas światopoglądów i wyobrażeń na temat kształtu społeczeństwa i w ostatecznym rozrachunku nie da się wobec nich przejść obojętnie.

A jednak zgodzę się z zasadniczą tezą Matyi – z Biedroniem warto udeptać grunt pod poważną dyskusję poza jałową PO-PiSową wojenką, co wcale nie musi znaczyć kibicowania mu w wyborach. Przeciwnie: może to polegać także na krytycznym, ale rzeczowym odniesieniu się do już skonkretyzowanych postulatów wyborczych, gdy (o ile?) je przedstawi.