I ty zostaniesz filosemitą

Muzeum Historii Żydów Polskich otworzy nowy rozdział może nie tyle w stosunkach polsko-żydowskich, ile w retoryce wokół nich. Mamy w końcu obszar do wnikliwej debaty. Także tej dotyczącej paru wyraźnych błędów w ekspozycji

Muzeum Historii Żydów Polskich otworzy nowy rozdział może nie tyle w stosunkach polsko-żydowskich, ile w retoryce wokół nich. Mamy w końcu obszar do wnikliwej debaty. Także tej dotyczącej paru wyraźnych błędów w ekspozycji.

I mamy punkt wyjścia do kompromisów, w których trudno już będzie posługiwać się stereotypami. Zresztą zawsze służącymi czemuś większemu, ba, większemu nawet niż wielka polityka. Bo trudno nie uciec od wrażenia, że dywagacje o polsko-żydowskich stosunkach co najmniej z ostatniego dziesięciolecia przybrały już formę samonapędzającej się histerii: otwarto debatę, ale okazało się, że znaleźliśmy się w grze, której wyznacza się coraz bardziej absurdalne reguły. Pytania, kto te reguły wyznaczał, dlaczego i po co, to inny temat. Dość powiedzieć, że odmęty szaleństwa z publicystyki Jana Tomasza Grossa stały się tego symbolem. Co więcej, płaszczyzna debaty pruła się również w kulturze. Hasło „polski antysemityzm” otwierało niemal każde drzwi tym, którym brakowało własnych pomysłów. Jakaś poczekalnia, weryfikacja wartości danych? Nic z tego. Apostołów prawdy ogłaszano błyskawicznie.

Przyjemna trema

Trudno się dziwić, że atmosfera przed otwarciem MHŻP zagęszczała się z miesiąca na miesiąc, choć przeważnie – z tego, co wiem – w kuluarowych dyskusjach. Na zewnątrz panował niepisany konsensus, że warto oceniać po fakcie.

Jednak pamiętam np. postulaty Jarosława Sellina sprzed paru miesięcy. W wyraźnej obawie polityk pokusił się o doradzenie, jak powinien wyglądać program MHŻP, by spełniał polską rację stanu. Pojawiło się kilka „podpowiedzi”, trochę w przeświadczeniu, że zapewne MHŻP nie zdoła albo nie będzie miało żadnego interesu w tym, by z nich korzystać. Ale w lęku Sellina było sporo racji: MHŻP jest finansowane przez nasze Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, nasz stołeczny urząd miasta i nasz również Żydowski Instytut Historyczny. Postulat zgodności z polską racją stanu wygląda na w pełni uzasadniony. Choć wśród konserwatystów dało się tu wyczuć bojowy nastrój oczekiwania – za chwilę nadarzy się okazja, by uderzyć, bo MHŻP będzie egzemplifikacją wpychania Polaków w role oprawców. Znakomicie się stało, że były to przeświadczenia podskórne, że nie doszło do potyczki przed właściwą porą, także jeszcze rok, dwa lata temu, gdy konflikt mógł wpłynąć na programowe decyzje twórców MHŻP. Do tego stopnia, że wewnętrzne prace pobiegłyby nurtem przeświadczenia, iż trzeba działać na kontrze. Skoro w takim momencie pojawia się ideologia, odpowiedzmy dydaktyczną naganą. Mogło to mieć też konsekwencje poza naszym podwórkiem. Jeden – niechciany wśród animatorów MHŻP – błąd skończyłby się przegraną. Na szczęście wszyscy mieli tego świadomość albo górę wziął rozsądek.

W historii doczekiwania do MHŻP zmieścił się jeszcze inny wymiar. Od wielu lat nie może w Warszawie powstać nowoczesna siedziba Muzeum Historii Polski, powodów jest parę, choć wątek z niechęcią PO do jej sfinalizowania – oczywisty. Parokrotne przesuwanie lokalizacji, w sytuacji gdy jedna była już akceptowana także przez PO, odwlekanie sprawy przez urząd miasta i w końcu – najważniejsze wizerunkowo – wyrugowanie MHP z listy projektów priorytetowych, finansowanych ze środków UE. Frustracja narosła do gigantycznych rozmiarów. Ale utyskiwania na to, że może powstać tak wielka instytucja promująca Żydów, a równie silna promująca Polaków nie, dało się słyszeć tylko czasami i również – poza oficjalnymi wypowiedziami.

Wtajemniczenie

Dlatego po otwarciu głównej ekspozycji MHŻP (przypomnijmy, że różne eventy dzieją się tam od kwietnia 2013) kapitał był już zebrany. Kredyt zaufania? Za dużo powiedziane, ale jeśli go nie było, zrewidujmy oczekiwania.

MHŻP nie okazało się miejscem rozdrapywania ran, ale miejscem skupienia i szukania – to najlepsze określenie, choć na pewno nie oddaje skomplikowania schematu, który zauważa się już na pierwszym etapie zwiedzania. Skądinąd wiem, że schemat ten konsultowano dziesiątki razy i że powstawał w temperaturze nagminnych sporów: co wyeksponować, jak nazywać, jak pozostać w rozsądnych proporcjach. „30 miesięcy pracy 15-osobowego zespołu, co tydzień 5 nowych koncepcji i scenariuszy multimedialnych aplikacji […]” – tak m.in. podsumowywał prace Rafał Mikulski, który dowodził zespołem realizującym projekt. Opisuje multimedia, więc jak musiało to wyglądać w pracach nad merytoryką? Dodajmy, że jeśli chodzi o multimedia, lwią część koncepcji przygotowali specjaliści, którzy sprawdzili się przy Muzeum Powstania Warszawskiego (notabene ojciec chrzestny MPW Lech Kaczyński był wielkim orędownikiem MHŻP i w kwietniu 2007 złożył kamień węgielny pod jego budowę). A więc otwarcia na wszystkie pomysły szukano i tutaj. To czegoś dowodzi, tego, że MHŻP nie jest projektem zamkniętym i zaprojektowanym na bazie nie wiadomo czyich koncepcji. Jest na odwrót, coś się zmieniło. Signum temporis?

MHŻP nie okazało się miejscem rozdrapywania ran, ale miejscem skupienia i szukania

A zatem, po pierwsze: skupienie i szukanie. Dorzuciłbym jeszcze jeden element do tej roboczej definicji – intelektualny ładunek, który powoduje, że i błaha informacja weryfikuje się sama, konfrontowana z innym opisem. Przykładów na to wiele. Pierwsza sala ekspozycji poświęcona rzecz jasna początkom społeczności żydowskiej na ziemiach polskich wywołuje – i dobrze – wątek wątpliwości Kościoła wobec niejasnego do końca statusu Żydów. Jednak od razu pojawia się ukazanie problemu: Kościół mógł protestować, bo Żydzi handlowali chrześcijańskimi niewolnikami i sprzedawali ich muzułmanom, rozmowa dotyczyła zagrożeń cywilizacyjnych. Tak wówczas je pojmowano, tak chyba trzeba by odczytywać kontekst obecności Żydów u nas za czasów św. Wojciecha, który swoją drogą także protestował przeciw niewolnictwu. Ale nie, spokojnie, to nie jest początek pojęcia „antysemityzm” (po raz pierwszy użytego pod koniec wieku XIX). Podobnie pokazano przyczyny niechęci wobec Żydów z powodu ich lichwiarskiej profesji, lecz tu też pamiętajmy, że chrześcijaństwo potępiało lichwę u wszystkich, także we własnym gronie…

Zresztą w ogóle nie o to chodzi. Bo MHŻP nie prowadzi nas od punktu do punktu; niekoniecznie wydarzenie, nawet o ogromnym znaczeniu, znajduje logiczne konsekwencje, z kolei konsekwencja nie staje się kuriozalnym wytłumaczeniem przyczyny, na dodatek – jak często bywa w myśleniu potocznym – podanym z prezentystycznego punktu widzenia. MHŻP niczego nie udowadnia, nie jest intelektualnym warsztatem, w którym wyszukuje się danych, by wytłumaczyć Szoah. To dowód niezwykłej, nie tylko naukowej, lecz także mentalnej uczciwości jego twórców, którzy sami musieli zejść z utartych ścieżek. Łatwo na nie wejść automatycznie, gdy tylko Holokaust obierzemy za przykład mistycyzmu dziejów. Wówczas skala przerasta wszystkich i blokuje racjonalne badanie. To częsty błąd, który w historiografii popełniają nie tylko Żydzi. Nieuchronność losu, wieczny exodus – to wszystko kategorie uprawnione, rzecz w tym, że z innego porządku rozważań. Na pewno nie z porządku naukowego opisu. Twórcy wystawy ten błąd wychwycili, i to ich kolosalny sukces, co nie znaczy, że wypędzili z MHŻP duchowość.

Na starcie skupiono się na statucie Bolesława Pobożnego z roku 1264, który stanowił pierwszy i zasadniczy akt tolerancji wobec Żydów u nas. Tkwi w tym też ciekawa strategia: nieustanne przypominanie o kolejnych decyzjach dotyczących prawnej sytuacji starszych braci w wierze wytwarza swoisty motyw – jak refren, który nie daje o sobie zapomnieć. Sam byłem zdziwiony, że to widoczne tak bardzo, i to niezależnie od tego, czy mowa o deklaracjach Kościoła, czy edyktach królewskich. Paradisus Iudeorum czy państwo bez stosów to pojęcia, które stanowią podstawę, do której w każdym fragmencie opowiadanych dziejów wręcz nie wypada się nie odnieść. Tolerancja, symbioza, naturalne przecinanie się odrębnych kultur, ale i oczywiste zgrzyty; przychodzą na myśl skojarzenia z klasycznym (choć dziś już nieco postarzałym) esejem Aleksandra Hertza „Żydzi w kulturze polskiej”, w którym autor podkreśla, jaką rolę pełni Jankiel w „Panu Tadeuszu”: „jest tym, który godzi zwaśnionych, który jest łącznikiem między różnymi składnikami świata […]. A jednocześnie nie przestaje być Żydem. […] Ale będąc Żydem, ma »sławę dobrego Polaka«, jest patriotą, gorąco i szczerze oddanym sprawie polskiej”. Chyba nie muszę dodawać, że ten duch krąży po MHŻP nieustannie. I wtedy, gdy przenosimy się do typowego żydowskiego miasteczka – przy tej okazji dowiadujemy się, że polskie święta religijne wyznaczały np. rytm semestralny żydowskich szkółek, jesziwów, co przyczyniło się do rozwoju myśli talmudycznej; i wtedy, gdy ze wzruszeniem dowiadujemy się o polsko-żydowskich, ręka w rękę, walkach podczas insurekcji kościuszkowskiej (postać Berka Joselewicza), w powstaniu krakowskim, styczniowym, w końcu zaangażowaniu w ruch niepodległościowy aż do Bitwy Warszawskiej, i to mimo już pojawiających się pogromów. Czy o tym nie za rzadko się mówiło? Również o tym, że Rzeczpospolita w XVII w. była już ojczyzną największej diaspory na świecie. Sam miałem spore kłopoty z uwierzeniem w to, że w czasie słynnego bombardowania Krakowa przez Austriaków w 1848 r. Żydzi i Polacy po śmierci swych współbraci zorganizowali wielką manifestację patriotyczną. Jak i z tym – przyznaję – że Kościół np. w 1881 r. wyraźnie ostrzegał przed wzrastającym antysemityzmem.

Zdarza się, że ten duch jankielowski traktuje historię też trochę z przymrużeniem oka: oto podobno mogło być tak, że Kazimierz Wielki nie był wobec Żydów obojętny, bo miał żydowską kochankę… Ten duch wzmaga się i przybiera radosne oblicze, gdy natrafiamy na ekspozycję żydowskiego oświecenia (haskala) czy poznajemy meandry historii jidysz i niebywały potencjał kultury chasydzkiej.

Osamotnienie

Oczywiście są wątpliwości, część z nich może wynikać z otwartego charakteru stałej ekspozycji; potrzebuje ona jeszcze regularnych uzupełnień. Ale na parę spraw trzeba zwrócić uwagę od razu.

Martwi potraktowanie Dmowskiego rzucającym się w oczy skrótem, iż to właśnie w jego programie politycznym antysemityzm zapisano jako fakt oficjalny… Jasne, przeskakiwanie trudnych tematów może być skutecznym rozwiązaniem, lecz tak ważnej postaci należałoby poświęcić oddzielny fragment. Zwłaszcza że dużo więcej informacji otrzymujemy o Piłsudskim, pewnie ze względu to, że w dość powszechnej opinii środowisk żydowskich tamtego czasu Marszałek był „odnowicielem równości” i „myślał o pięknej Polsce”, co więcej, Sławoj- Składkowski w latach 30. przestrzegał: „Walka ekonomiczna [z Żydami] owszem, ale krzywdy żadnej”.

Jedwabne pada ofiarą ostrego skrótu: mamy cztery zdania o tym, że zbrodni dokonali Polacy, być może z inspiracji Niemców

Podobnie zapytajmy, dlaczego Rada Pomocy Żydom „Żegota” doczekała się jedynie schematu organizacyjnego w słabo wyodrębnionym punkcie (dziwna okoliczność, bo np. nazwisko Władysława Bartoszewskiego zdziałałoby tu wiele). Pretensje w tej sprawie to trochę zabawa w odmierzanie linijką, ale w kontekście tego, że szczegółowo omówiono Jedwabne, pogrom kielecki… Tym bardziej że Jedwabne pada ofiarą znów ostrego skrótu: mamy właściwie cztery zdania o tym, że zbrodni dokonali Polacy, być może z inspiracji Niemców, którzy jednak nie byli nadzorcami wydarzeń. Jak wiemy, dyskusja o tym jeszcze się nie skończyła, nie należy też zapominać, pod czyją jurysdykcją znajdowało się Jedwabne, i zaznaczyć wątpliwość, czy fakt ten mógł mieć wpływ na bieg zdarzeń. Doprecyzowania mają kolosalne znaczenie dla zwiedzających z zagranicy, których sprawa Jedwabnego przyciąga niczym sprawdzone hasło. Zgadzam się z uwagą Piotra Skwiecińskiego, który niedawno w tygodniku „wSieci” w swojej bardzo pozytywnej ocenie MHŻP zauważył podobny problem, dotyczący błędów w tłumaczeniach narracji ekspozycji na język angielski. Nie sposób przejść obok tych problemów obojętnie, także dlatego, że przecież MHŻP dokładnie opisuje różne scenariusze, jakie spotykały Żydów ukrywających się u Polaków i np. ich błagalne listy o pomoc pisane z warszawskiego getta. Choć znów oddajmy sprawiedliwość: by zapoznać się z tymi wszystkimi opowieściami, trzeba się nie lada namęczyć, twórcy MHŻP zastosowali tutaj niespodziewany fortel: historie drastyczne umieszczono w małych gablotkach ulokowanych za szkłem w głębi ścian i na niskiej wysokości. Tak że musimy się pochylić i poczuć jak ofiary przebywające w ciasnej kryjówce. Czy z wydarzeniem o skali Jedwabnego można było postąpić podobnie? Odpowiedź brzmi: na pewno nie, ale zabrakło innego fortelu: precyzji w sprawie, na którą świat zwróci uwagę. W tym miejscu przypomina mi się detal, niemal niewyraźny rys: w średniowiecznej części ekspozycji ktoś z opisujących dość groźny incydent między Żydami a krakowskimi studentami użył słowa „tumult”, pewnie po to, by nie przywoływać skojarzeń z pogromami takimi jak właśnie Jedwabne. A przecież w wielu sytuacjach już z tamtej epoki można być użyć terminu „pogrom”, gdyby tylko się uprzeć.

Big-beat

Dobrego wyważenia brak także w części powojennej, ukazującej, jak Żydzi radzili sobie w rzeczywistości po Zagładzie. Dla twórców MHŻP to raczej czerwone sztandary w służbie dla wspólnego dobra i wielka epoka Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, a potem jeszcze czas radosnych dźwięków big-beatu. Ale to był też czas marny i parszywy, i jeśli przyjąć, że pierwszy etap wędrówki po MHŻP rozgrywa się w atmosferze łączących przeżyć (jak np. bardzo podobne w wielu aspektach odczuwanie życia pod zaborami), to końcówka przypomina spojrzenie z wyjątkowej perspektywy, co razi tym mocniej, że stara się wskazać na jakieś uniwersum. Jednak tym razem mamy w głowie coś innego: stalinizm i jego kontynuację. Pozostawiam już otwarte pytanie, czy warto w tym momencie zastanawiać się dokładnie nad liczbą i rolą Żydów w aparacie bezpieczeństwa. Mam odczucie, że nie ma przymusu badania tego w każdym detalu, ale dla okresu powojennego wypada znaleźć wspólny mianownik. Inaczej pozostajemy z wrażeniem rozchodzenia się dwóch światów, dwóch wrażliwości. A opis tej epoki jest już w dużej mierze do wypracowania dla każdej ze stron.

Natomiast sam finał ekspozycji to już efekt zadyszki od współczesności. Trudno złapać dystans, historia się nie odleżała, nie wiadomo do końca, jak opisywać losy, które nadal dotyczą zbyt wielu… Mimo to jeśli przyjąć, że Marzec ’68 jest wynikiem po prostu antysemickiej atmosfery i niejasnych zabiegów władzy, to znaczy, iż na koniec grono ekspertów naprawdę się pogubiło. Trudno uwierzyć, ale w żadnym fragmencie tej instalacji nie ma nawet wzmianki o frakcjach w partyjnych walkach, o puławianach i natolińczykach, o w misterny sposób rozpętanej nagonce i jej międzynarodowym znaczeniu, również na tle wojny sześciodniowej i lewicy zachodniej. Niby te pojedyncze nazwy gdzieś padają, lecz nie stanowią przejrzystego spektrum; ktoś słabo zorientowany albo – znów – gość z dalekiego kraju gotów pomyśleć, że to po prostu zwykły antysemityzm i chęć do urządzania pogromów zadecydowały o Marcu ’68.

Nieco lepiej wygląda okres lat 80. „Solidarność” z wyraźnym podkreśleniem, że Karnawał był rezultatem ogólnych, ale wspólnych wolnościowych dążeń. Niech tak będzie.

Te błędy i niedociągnięcia nie decydują o ocenie całościowej. Mają wpływ na odbiór, lecz o nim nie przesądzają. MHŻP to miejsce fundamentalnych pytań, które daje nam do zrozumienia, że czasem one muszą wystarczyć. Bo czy historia, Bóg, czy, jeśli ktoś chce, Opatrzność, mogły zafundować lepszy los, bez Holokaustu, getta i pogromów? I pamiętajmy: podróż w tysiąc lat tej historii twórcy podzielili na osiem etapów. Cyfra osiem zarówno w mistyce żydowskiej, jak i chrześcijańskiej ma ukryte znaczenie – oznacza początek, odrodzenie. Na bieżąco i na użytek politycznych rozgrywek wokół dialogu polsko-żydowskiego można by to nazwać prościej: nowym rozdaniem. Nie wiem, być może ósemka była czystym przypadkiem. Ale czy chwilowo nie możemy sobie pozwolić na odrobinę mistycyzmu i pozytywnej kabały?

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 3 (54)/2014, 3 GRUDNIA–6 STYCZNIA, CENA: 0 ZŁ
Redaktor „Nowej Konfederacji”. Dziennikarz, komentator i krytyk teatralny, pedagog, redaktor. W latach 2009–2011 publicysta Magazynu „Kultura” „Dziennika. Polska, Europa, Świat” (później jako „Dziennik. Gazeta Prawna”). W latach 2009–2013 autor miesięcznika „KMAGazine”. Redaktor w wydawnictwie Czerwone i Czarne w latach 2010–2012. Od kwietnia 2011 r. gość audycji Tomasza Mościckiego „Sezon na Dwójkę” w Programie II Polskiego Radia. Współpracownik miesięczników „Teatr” i „Stolica”. Obecnie przede wszystkim redaktor i autor tygodnika „wSieci” i miesięcznika „Nowa Konfederacja”.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “I ty zostaniesz filosemitą”

  1. jkz pisze:

    bardzo dobry artykuł, dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz