Newsletter

Gra w Koreańczyka

Trump, ostentacyjnie i ku rozczarowaniu europejskich liderów wyjeżdżając ze szczytu G7 przed jego zakończeniem tylko po to, by spotkać się z Kimem – po prostu nadrobił zaległości i odzyskał inicjatywę w polityce dalekowschodniej

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

12 czerwca przywódcy Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej spotkali się w hotelu Capella w Singapurze.  Wydarzenie to z punktu widzenia marketingu politycznego spełniło warunki, by być uznanym za „szczyt idealny”. Po pierwsze skupiło uwagę wszystkich światowych mediów, po drugie każdy z uczestników może się po nim prezentować jako zwycięzca, a po trzecie nikt nikomu tak naprawdę niczego nie obiecał. Ale w warstwie realnej – to Amerykanie uzyskali dogodne warunki do dalszej gry.

Podpisana przy błyskach fleszy wspólna deklaracja jest bardzo ogólnikowa. USA i Korea Północna zobowiązały się w niej do „nawiązania nowych relacji zgodnie z dążeniem narodów obu krajów do pokoju i dobrobytu” oraz do „wspólnych wysiłków na rzecz trwałego pokoju na Półwyspie Koreańskim”. Ponadto Korea Północna zadeklarowała dążenie do “całkowitej denuklearyzacji Półwyspu” (ale bez żadnych konkretów, na czym ma to polegać; w gruncie rzeczy powtórzyła więc zobowiązanie złożone swym sąsiadom z południa, 27 kwietnia, w Panmundżom).  Donald Trump zrewanżował się mglistymi gwarancjami bezpieczeństwa dla Korei Północnej i zapowiedział rezygnację z udziału wojsk amerykańskich w manewrach wojskowych na Półwyspie. Przekładając dyplomatyczną mowę-trawę na zwykły język, obaj przywódcy zachowali wolną rękę i będą mogli w kwestii polityki wojskowej oraz handlowej dalej robić to, co uznają za stosowne, zależnie od okoliczności.

Sens i znaczenie singapurskiego szczytu nie wynika więc z treści podpisanych dokumentów – lecz z tego, że w ogóle do niego doszło, a także ze stworzonej w jego trakcie atmosfery.

Pozornie więcej zyskuje tutaj Kim, bez wątpienia dowartościowany i chyba ostatecznie pozbawiony odium pariasa międzynarodowej społeczności. Niektórzy komentatorzy, szczególnie ci nieprzepadający za Trumpem (i za Stanami Zjednoczonymi w ogóle) dostrzegli tu nawet dowody dyplomatycznej nieporadności i naiwności amerykańskiego prezydenta, który „za darmo” oddał koreańskiemu satrapie znaczne przysługi wizerunkowe.

W dłuższej perspektywie zyskują jednak także Amerykanie. Trump, ostentacyjnie i ku rozczarowaniu europejskich liderów wyjeżdżając ze szczytu G7 przed jego zakończeniem tylko po to, by spotkać się z Kimem – po prostu nadrobił zaległości i odzyskał inicjatywę w polityce dalekowschodniej. Warto pamiętać, że tempo i ton wydarzeniom nadawał ostatnio Pekin, z którego inspiracji odbyła się seria spotkań na najwyższym szczeblu, z udziałem polityków obu państw koreańskich oraz Japonii. To potencjalnie groziło wypchnięciem Amerykanów z tego newralgicznego rejonu, budowy bez nich nowej architektury bezpieczeństwa i – co najgorsze – azjatyckiego sojuszu ekonomicznego, jako naturalnej reakcji na wzrost amerykańskiego protekcjonizmu. Singapurski gambit zademonstrował, że USA uważają południowo-wschodnią Azję za region kluczowy dla polityki globalnej; przy okazji dyskretnie przypomniał politykom z Tokio i Seulu, że amerykański parasol wojskowy nie jest wieczny i wymaga lojalności ochranianych. Przede wszystkim jednak zbudował osobistą relację między Trumpem a Kimem, co bez wątpienia skomplikuje rachuby polityków chińskich na dalsze czerpanie korzyści z pozycji jedynego pośrednika w rozmowach z Pjongjangiem.

Gdy w 1972 roku ówczesny prezydent USA Richard Nixon niespodziewanie spotkał się z Mao Zedongiem, mało kto spodziewał się, że ta swoista, amerykańska „gra w Chińczyka” w stosunkowo krótkiej perspektywie zburzy stary paradygmat światowej polityki

Zapowiedź zaproszenia do Białego Domu, zaskakujące dla wielu komplementy, jakimi na pozór bez sensu i potrzeby obsypywał zaściankowego dyktatora lider najpotężniejszej demokracji świata, a wreszcie wyjątkowo oszczędna tym razem mowa ciała Donalda Trumpa, który powstrzymał się od typowych dla siebie, drobnych, acz upokarzających rozmówcę gestów, są stosunkowo niewielką ceną, zapłaconą za dobry humor Kim Dzong Una. Koreańczyk zapewne wykaże teraz skłonność do podtrzymania tak sympatycznej relacji z jowialnym Amerykaninem, zacznie też na serio kalkulować, czy aby od USA nie da się uzyskać lepszych warunków dla podtrzymania swej władzy, niż od najbliższych sąsiadów.

Oczywiście – Trump, mimo wczorajszej kaskady komplementów, nie zawaha się, jeśli zajdzie taka potrzeba, by jutro lub pojutrze zrzucić Kimowi na głowę dużą bombę. Oczywiście – Kim o tym doskonale wie. Niemniej ludzka psychika tak działa, że mimo owej wiedzy chętnie będzie dalej rozmawiał z USA, a nie tylko z Chinami, Koreą Południową i Japonią. A to oznacza, że to Stany – dysponent jednak największych na świecie zasobów kijów i marchewek – pozostają rozgrywającym na dalekowschodnim boisku, wciąż o krok przed Państwem Środka. Natomiast chyba ostatecznie pożegnała się z aspiracjami do takiej roli Rosja, po raz kolejny zupełnie pominięta w kalkulacjach i najwyraźniej nikomu już niepotrzebna przy stołach rozmów o przyszłości tego regionu.

Co z tą pozycją lidera, odzyskaną w ryzykownej szarży, Waszyngton zdoła zrobić dalej – to już zupełnie inna kwestia.

Gdy w 1972 roku ówczesny prezydent USA Richard Nixon niespodziewanie spotkał się z Mao Zedongiem, mało kto spodziewał się, że ta swoista, amerykańska „gra w Chińczyka” w stosunkowo krótkiej perspektywie zburzy stary paradygmat światowej polityki. Tymczasem to wówczas, wkrótce po nieudanym puczu Lin Biao, przyspieszono odwrót Chin Ludowych od samobójczej „rewolucji kulturalnej”, skruszono sojusz komunistów chińskich i sowieckich oraz otwarto drogę do normalizacji stosunków politycznych Pekinu z Zachodem oraz do robienia niewyobrażalnie intratnego dla wszystkich stron biznesu.

Czy „gra w Koreańczyka”, ewidentnie podjęta przez Trumpa, okaże się równie udana? Historia lubi się powtarzać – acz warto pamiętać, że niekiedy tylko jako farsa…