Newsletter

Gra o Fort Trump dopiero się zaczyna

Wiele osób wyraża przekonanie, że pozytywna decyzja USA w sprawie utworzenia stałej amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce to tylko kwestia czasu. Jednak w kręgach związanych z Pentagonem słychać sceptycyzm

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Wczoraj Mark Esper (zgodnie z europejską nomenklaturą – wiceminister), odpowiedzialny za siły lądowe USA, który wizytował Polskę na początku bieżącego roku, oświadczył, że według jego wiedzy brak u nas „wystarczającej przestrzeni” na lokalizację stałej, amerykańskiej bazy wojskowej, a zwłaszcza na zapewnienie niezbędnej infrastruktury towarzyszącej, poligonów dla ćwiczeń artyleryjskich i dla wojsk pancernych, itp. Powtórzył i rozwinął sformułowania, których podczas amerykańskiej wizyty prezydenta Andrzeja Dudy użył w komentarzach medialnych sekretarz obrony James Mattis. Esper wskazał też na trudności transportowe, związane z barierami biurokratycznymi i kiepskim stanem infrastruktury, które mają miejsce już teraz, w związku z aktualną, rotacyjną obecnością znacznie mniejszych sił amerykańskich. Niewielką dla nas pociechą jest fakt, że ten akurat zarzut został zaadresowany do wszystkich krajów regionu, nie tylko do Polski.

Czytając takie wypowiedzi trudno oprzeć się wrażeniu, że stanowią swoistą zasłonę dymną, za którą strona amerykańska skrywa inne, głębsze powody swego sceptycyzmu wobec idei „Fort Trump”. W uwagach Espera jest bowiem ziarno prawdy, ale każda z wymienionych przez niego przeszkód jest możliwa do usunięcia, i to bez specjalnego problemu, przy odpowiedniej determinacji i dobrej woli polskiego rządu, a o te Amerykanie mogą być spokojni. O co więc chodzi? Wbrew utartemu sloganowi, nie o pieniądze – a przynajmniej, nie tylko.

Strona polska nie powinna tymczasem zasypiać gruszek w popiele, i naiwnie liczyć, że Trump załatwi szczegóły za nas, a podpisana w Gabinecie Owalnym deklaracja przesądza już sprawę

Wielu przedstawicieli amerykańskiej generalicji i ekspertów w rozmowach prywatnych nie ukrywa, że wzmacnianie obecności sił lądowych w Europie Środkowej i Wschodniej traktuje jako fanaberię, motywowaną politycznie, a niezbyt uzasadnioną z wojskowego punktu widzenia. Owszem, doceniają oni zagrożenie ze strony asertywnej polityki rosyjskiej – ale scenariusz klasycznej agresji wojsk pancerno-zmechanizowanych w tym regionie uważają za mało prawdopodobny. Jeśli już, to spodziewają się raczej ataków cybernetycznych, lotniczo-rakietowych bądź rajdów sił specjalnych wymierzonych w infrastrukturę krytyczną. W tym kontekście „mrożenie” w Polsce wielkiej jednostki amerykańskiej, która może być bardziej potrzebna gdzie indziej, nie wydaje się im pomysłem atrakcyjnym.

Z punktu widzenia młodszych oficerów i żołnierzy, pomysł też ma swoje wady. Docierają do nich sygnały (zresztą jako fachowcy sami są w stanie na to wpaść), że ewentualna pełnoskalowa agresja rosyjska – gdyby jednak do niej doszło – nie zostanie zatrzymana przez siły polskie oraz pojedynczą amerykańską brygadę lub dywizję. Wiedzą więc, że zadaniem tej jednostki będzie poniesienie ofiary krwi, żeby zmobilizować Amerykę do zaangażowania w obronie Polski. Bycie „zakładnikiem”, gwarantującym cudze bezpieczeństwo, nie jest tym, co ludzie kochają najbardziej. Nawet zawodowi wojskowi.

Stała baza, o czym musimy pamiętać, to nie tylko sami żołnierze – to także ich rodziny. Pojawia się pytanie, skąd Pentagon miałby tych żołnierzy wraz z rodzinami zabrać, by ulokować ich w Polsce. Z Niemiec? Ależ tam jest im dobrze, zbudowana na ich potrzeby infrastruktura wojskowa i cywilna zapewnia świetne warunki życia, a w Polsce bardzo długo nie osiągnie nawet przybliżonego poziomu. To może z terytorium USA? Ale to z kolei problem polityczny i ekonomiczny, bo te tysiące ludzi to przecież dobrzy klienci lokalnych gospodarek. Decyzja nie jest więc ani łatwa, ani oczywista dla planistów z Pentagonu oraz ich przełożonych.

Rzecz jasna, także te problemy są do rozwiązania – o ile Biały Dom podejmie decyzję i zechce je faktycznie przełamywać. Ale strona polska nie powinna tymczasem zasypiać gruszek w popiele, i naiwnie liczyć, że Trump załatwi szczegóły za nas, a podpisana w Gabinecie Owalnym deklaracja przesądza już sprawę. Krótko mówiąc, warto zadbać o wielokanałowy lobbing, w środowiskach wojskowych, w mediach, wśród lokalnych polityków amerykańskich i w ośrodkach eksperckich, który kogo trzeba przekona do korzyści dla samych Amerykanów, a nie tylko dla nas. I pamiętajmy, że rzucona przez prezydenta Dudę kwota dwóch miliardów dolarów jest szokująca tylko w Polsce, a w USA – niekoniecznie. I że warto wydać jeszcze trochę na różnego typu działania towarzyszące, jeśli chcemy naprawdę uzyskać satysfakcjonujący efekt.

No i na koniec – taki „lobbing”, tyle że zorientowany w drugą stronę, zapewne jest już w Ameryce prowadzony za poważne pieniądze i niezwykle profesjonalnie. Przez tych, którym stała baza US Army w Polsce jednak nie pasuje do strategicznych kalkulacji.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej