Newsletter

Czy skończy się na wojnie pośredniej?

Na Warsaw Security Forum 2018 po raz pierwszy nazwano po imieniu to, co obserwujemy co najmniej od czasu rozpoczęcia wojny handlowej między USA a Chinami

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Świat wchodzi w fazę polaryzacji amerykańsko-chińskiej. Po wymierzonej w Pekin mowie Mike’a Pence’a mówi się o zimnej wojnie 2.0. Według doniesień medialnych, ważne słowa na ten temat padły podczas tegorocznego Warsaw Security Forum 2018, organizowanego przez Fundację im. Kazimierza Pułaskiego…

Dynamiki nadała temu tematowi wypowiedź generała Bena Hodgesa, dowódcy US Army w Europie. Podczas panelu, w którym uczestniczył także były sekretarz generalny NATO, Anders Fogh Rasmussen, gen. Hodges stwierdził, że w ciągu 15 lat Ameryka może być w stanie wojny z Chinami.

Jaka była reakcja na tę wypowiedź w świecie, a przede wszystkim – w Chinach?

Prześledziłem chińskojęzyczny Internet, i słowa Hodgesa są tam traktowane zaskakująco poważnie. Po raz pierwszy nazwano po imieniu to, co obserwujemy co najmniej od czasu rozpoczęcia wojny handlowej między USA a Chinami. Hodges to nie jest szeregowy oficer – dobrze wie, czym jest odpowiedzialność za słowo. Być może był to świadomy sygnał wysłany w stronę Chin, test reakcji Pekinu i świata. Natomiast Amerykanów, zwłaszcza wojskowych, te słowa nie zaskoczyły. Od dłuższego czasu traktują oni Chiny konfrontacyjnie, na co wskazują choćby ostatnie decyzje związane z budżetem obronnym USA. Znalazły się tam na przykład zapisy mówiące wprost o tym, że wojsko i administracja amerykańska mają zerwać wszystkie umowy z firmą Huawei i nie zawiązywać nowych. Skoro nawet firmy komercyjne są blokowane, to świadczy o całkowitej utracie zaufania.

Czy z punktu widzenia ogromnych gospodarczych współzależności USA-Chiny takie zaostrzenie kursu przez Waszyngton jest racjonalne?

Asertywna polityka rządu chińskiego względem USA jest dostrzegalna i można odpowiadać na nią tylko w sposób zdecydowany. Owszem, współzależność gospodarcza istnieje, ale zdaniem wielu ekspertów wiąże ona przede wszystkim Chiny. Wystarczy zobaczyć, z jakimi technologiami mamy do czynienia po stronie amerykańskiej, a z jakimi po stronie chińskiej.

Myślę, że raczej będziemy mieli do czynienia z działaniami w formie wojny pośredniej, proxy war, która będzie się toczyła na marginesie naszej cywilizacji. Mam przynajmniej taką nadzieję

A z drugiej strony to Stany są dłużnikiem Chin.

Tak, i Chiny próbują wykorzystać nadwyżki finansowe, by blokować amerykańską walutę. Ale nie zmienia to faktu, że technologie i innowacyjność są po stronie Waszyngtonu, a po stronie Pekinu – jedynie tania siła robocza. A większość najzamożniejszych firm na świecie to firmy technologiczne.

Czyli światu grozi potężny konflikt zbrojny?

Byłbym ostrożny ze straszeniem spektakularną konfrontacją. Myślę, że raczej będziemy mieli do czynienia z działaniami w formie wojny pośredniej, proxy war, która będzie się toczyła na marginesie naszej cywilizacji. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Tymczasem w całej sytuacji musi odnaleźć się Europa, a ją z kolei dotyka kryzys NATO i wspólnoty transatlantyckiej.

Ta dynamika była widoczna w kuluarach Forum. Anders Fogh Rasmussen dość uszczypliwie potraktował Stany Zjednoczone, stwierdzając, że z pozycji globalnego lidera przechodzą na emeryturę. Pięć minut później ambasador USA w Polsce, Georgette Mosbacher, w bardzo cięty sposób odpowiedziała na słowa Rasmussena, potwierdzając, że Stany Zjednoczone nie widzą potrzeby wycofywania się z pozycji mocarstwowej, i że będą jej broniły.

A więc mamy do czynienia z zaostrzeniem, lub wręcz zmianą kursu, dokonaną przez Donalda Trumpa?

Faktycznie w Białym Domu mamy gospodarza, który jest biznesmenem, który jest niecierpliwy, nie bawi się w dyplomację, bezwzględnie rozlicza partnerów na podstawie faktów, co dla dość wysublimowanej chińskiej dyplomacji i komunikacji jest czymś nowym. Możliwe więc, że Chiny będą musiały przyśpieszyć.

Nie jest to natomiast zmiana kursu. Amerykańscy eksperci, którzy pracowali w administracji prezydenta Obamy, i którzy w przypadku zmiany w Białym Domu wrócą znów do pierwszego szeregu, mówią o kontynuacji. Polityka Trumpa co do meritum nie jest w sprzeczności z ich poglądami, a jeśli ci eksperci cokolwiek krytykowali, to raczej styl obecnego prezydenta. Co do tego, że USA oczekują od Europy większej kontrybucji do NATO, istnieje zgoda między demokratami a republikanami.

Europa stoi więc przed bardzo trudnym wyzwaniem?

Tak, ale moim zdaniem to dobrze. Europa musi odrobić pewną pracę domową. Ze względu na to, że w jej pobliżu – zwłaszcza w pobliżu państw zachodnich – nie toczyły się żadne znaczące konflikty, zaniedbała temat bezpieczeństwa, a teraz musi zacząć o tym myśleć. Unia Europejska musi zabierać głos w tych sprawach. Podczas Warsaw Security Forum mówiło się na przykład o tym, że należałoby stworzyć europejską radę ministrów obrony.

Przestrzeń współpracy między Unią i NATO jest ogromna, i żeby odpowiedzieć na to wyzwanie, Europa musi wykazać dużo silniejsze zaangażowanie. To oznacza także położenie większego akcentu na wspólną obronność Unii Europejskiej, ochronę jej zewnętrznych granic.

Jeśli oczekujemy, że ktoś z UE będzie nas solidarnie wspierać, to sami też musimy zwiększyć nasze zaangażowanie, na przykład w kwestię ochrony krajów położonych na południu Europy, choćby na Bałkanach Zachodnich, gdzie mamy do czynienia choćby z problemami migracyjnymi czy z hybrydowymi działaniami Rosji

Ale czy polski rząd jest tym zainteresowany?

Ani rząd polski, ani rządy krajów wyszehradzkich nie są zainteresowane wzmacnianiem wspólnych unijnych kompetencji w zakresie ochrony granic UE, raczej wskazują na kompetencje poszczególnych państw.

Czy to dobrze?

Takie myślenie odbiega od tego, jak większość państw UE postrzega koordynację, wzajemne wsparcie i zwiększanie profesjonalizmu tych działań. Jeśli oczekujemy, że ktoś z UE będzie nas solidarnie wspierać, to sami też musimy zwiększyć nasze zaangażowanie, na przykład w kwestię ochrony krajów położonych na południu Europy, choćby na Bałkanach Zachodnich, gdzie mamy do czynienia choćby z problemami migracyjnymi czy z hybrydowymi działaniami Rosji.

Ale czy stać nas na wspieranie Bałkanów Zachodnich?

Współpraca z krajami bałkańskimi jest w naszym interesie i mogłaby dla Polski być korzystna także gospodarczo. Chodzi choćby o proces berliński, czyli wiązanie Bałkanów z Unią Europejską. Tymczasem dochodzi tu do zaniechań. Nie wykorzystujemy ogromnej wiarygodności i potencjału, jakie mamy w relacji z tymi krajami. Polska jest dla nich pożądanym partnerem, ich przedstawiciele zdecydowanie wolą rozmawiać z nami niż na przykład z Brytyjczykami, Francuzami czy Niemcami. Traktują nas jako tych, którzy mają doświadczenie we wprowadzaniu kraju do Unii, i chcą z tych naszych doświadczeń korzystać, tylko musimy dać im szansę. Jeśli my tam gospodarczo nie zainwestujemy, to inni – na przykład Niemcy – nie będą na pewno na nas czekać.

Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, min. Paweł Soloch, mówił jednak podczas Warsaw Security Forum przede wszystkim o zagrożeniu rosyjskim.

Minister Soloch odnosił się do tego, co jest doraźnie najbardziej niepokojące dla nas. Jeśli są bieżące zagrożenia, to przychodzą one ze Wschodu. Natomiast bardzo ważnym wyzwaniem długoterminowym jest dla Polski kwestia sojuszy – to, czy możemy liczyć na naszych sojuszników, przede wszystkim na Waszyngton.

Należy tu podkreślić, że minister Czaputowicz dla równowagi mówił dużo na temat współpracy w ramach Unii Europejskiej. Polska w wypowiedziach ekspertów podczas Warsaw Security Forum jawiła się jako kraj bardzo istotny w tym regionie Europy Środkowej i Wschodniej, uczestniczący we wszystkich procesach związanych z bezpieczeństwem regionu. W tym świetle krytyczne opinie o geopolityce, które przetaczają się ostatnio przez różne media, wydają się często mało zasadne. Albo będziemy świadomym uczestnikiem zmagań między mocarstwami – nawet ze słabszej pozycji – albo będziemy przez te państwa traktowani instrumentalnie. Lepiej walczyć o swoje interesy, gdy wiemy, w jaki sposób mocarstwa podejmują decyzje.

Czy jednostronnie proamerykańska polityka polskiego rządu wystarczy wobec tych wyzwań?

Tak jak przy inwestowaniu na rynkach kapitałowych, nie wkłada się wszystkich jaj do jednego koszyka. Tymczasem tej zasady polski rząd nie stosuje nawet na poziomie amerykańskim – bardzo silnie zainwestował w relacje z prezydentem USA, ale zdaje się nie dostrzegać roli Kongresu, a przede wszystkim Senatu.

Ważne jest też silne osadzenie w Europie. Liczenie na to, że wystarczy nam sojusz z Białym Domem, i ewentualnie na to, że w Europie będą nas wspierać Węgry, jest dość pokraczne. Teraz, kiedy następuje Brexit, mamy doskonałą okazję, by dołączyć do Francji i Niemiec, i przejąć przywództwo w UE, które nie tylko jest na wyciągnięcie ręki, ale inni nas też do niego zapraszają.

Myśli Pan, że jest to możliwe przy naszej półperyferyjnej pozycji?

Tak, myślę, że możliwe jest, byśmy przynajmniej zyskali możliwość weta, hamowania niekorzystnych decyzji, i przyspieszania tych procesów, które są dla nas atrakcyjne. Natomiast jeżeli będziemy stali z boku, zawsze zostaniemy przegłosowani. Zdolność koalicyjna Polski w UE jest niezbędna. Są przykłady na to, że możemy tu odnosić sukcesy – choćby Partnerstwo Wschodnie. Polsko-szwedzka współpraca pokazała, że można realizować korzystne dla nas wspólne przedsięwzięcia. Ciekawy jest pomysł ministra Czaputowicza na kontynuację Partnerstwa Wschodniego w obszarze integracji Bałkanów.

Jeżeli będziemy stali z boku, zawsze zostaniemy przegłosowani. Zdolność koalicyjna Polski w UE jest niezbędna

Wróćmy na chwilę do konfrontacji Waszyngtonu z Pekinem. Czy Polska jest zagrożona w przypadku „gorącej wojny” między Stanami Zjednoczonymi a Chinami?

Jeśli zastanawiamy się, jakie są intencje Chin w naszym regionie, to dobrą ilustracją są ćwiczenia rosyjsko-chińskie na Bałtyku podczas ubiegłorocznego spotkania NATO w Brukseli. Chiny na chwilę zdjęły w ten sposób maskę. Polska jest położona na terenie, na którym chińskie interesy ścierają się z amerykańskimi, i musimy wybrać, czy wolimy być w strefie wpływów Pekinu czy Waszyngtonu. Musimy się określić jednoznacznie, nie możemy stać tylko po stronie Nowego Jedwabnego Szlaku. Mówiąc wprost, powinniśmy opowiedzieć się po stronie Stanów Zjednoczonych, także z przyczyn cywilizacyjnych.

Czy prawdopodobne jest, że prezydent Putin stanie po stronie Chin?

Myślę, że nie bardzo ma wybór, w obecnym układzie sił jest wepchnięty w tę rolę. Natomiast mieliśmy już w historii do czynienia z wieloma resetami amerykańsko-rosyjskimi, i z punktu widzenia USA korzystne byłoby mieć w Moskwie sojusznika. A to będzie się odbywało naszym kosztem.

Polska może więc być ceną, jaką Stany zapłacą Rosji za sojusz?

Myślę, że tą ceną może być przede wszystkim Ukraina. Póki co dla Stanów Zjednoczonych oddanie Ukrainy Putinowi byłoby wizerunkowo bardzo niekorzystne, ale pytanie brzmi, kto kogo bardziej potrzebuje. Jeżeli w pewnym momencie Chiny zwiększą poziom agresji – a tak się dzieje choćby w państwach takich jak Kazachstan, gdzie wpływy chińskie są coraz bardziej widoczne – to Ukraina może być zagrożona, gdyż Moskwa może szukać partnerstwa ze Stanami, by ocalić resztki swojej mocarstwowości.

Warszawa podczas Forum stała się na dwa dni co najmniej regionalną, jeśli nie światową stolicą geopolityki, a na pewno aktywnie włączyła się w debatę dotyczącą równowagi sił na świecie

O tak ważnych kwestiach mówiono podczas Warsaw Security Forum, a tymczasem polskie media zajmują się alko-tweetami posła Kukiza.

To prawda, recepcja w mainstreamowych mediach była niewielka – a podczas Forum działy się rzeczy istotne strategicznie i wiodące media innych krajów były bardzo aktywne. Na przykład Associated Press szybko podchwyciła wypowiedź gen. Hodgesa o wojnie z Chinami, i wypowiedź ta obiegła cały świat.

Warszawa podczas Forum stała się na dwa dni co najmniej regionalną, jeśli nie światową stolicą geopolityki, a na pewno aktywnie włączyła się w debatę dotyczącą równowagi sił na świecie. Wpadłem na pomysł Forum 5 lat temu, gdyż nie mogłem zrozumieć, dlaczego polscy dyplomaci, by promować swoją wizję polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, muszą jeździć po całym świecie, zamiast – jak inne duże państwa – po prostu zapraszać liderów opinii. Pięć lat później w otwierającym Forum panelu mieliśmy czterech ministrów spraw zagranicznych – Polski, Litwy, a z drugiej strony Gruzji i Ukrainy. To konfiguracja bardzo ważna z regionalnego punktu widzenia. Z kolei w kuluarach forum odbyło się między innymi oficjalne spotkanie ministrów spraw zagranicznych Ukrainy i Węgier, którzy dyskutowali na temat Zakarpacia – a to tylko jeden z przykładów. Zaczynamy wpływać na rzeczywistość.