Newsletter

Business as usual – albo i nie

Czym tak naprawdę jest zaproszenie prezydenta Rosji przez prezydenta USA do wizyty w Waszyngtonie?

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Dyplomatyczna niezręczność politycznego naturszczyka? Cyniczny gest biznesmena, który udaje polityka? A może zapowiedź nowego rozdania w polityce międzynarodowej? Czym tak naprawdę jest zaproszenie prezydenta Rosji przez prezydenta USA do wizyty w Waszyngtonie, rzucone podczas rozmowy telefonicznej 20 marca?

Znane fakty są następujące: tuż po reelekcji Putina Trump zadzwonił do niego z gratulacjami. Spotkało się to z krytyką, m.in. ze strony wciąż wpływowego senatora Johna McCaina, ale rzeczniczka Białego Domu Sarah Sanders twierdziła wówczas, że „dialog nie wyklucza twardego stanowiska”. W trakcie rozmowy padła niezbyt zobowiązująca propozycja spotkania. Wtedy nie wywołała zresztą zbytnich kontrowersji.

Putin uważa „Pribałtykę” za rosyjską własność, tylko chwilowo usamodzielnioną wskutek „największej geopolitycznej katastrofy XX wieku”, czyli rozpadu ZSRR

Sytuacja zmieniła się, gdy po zamachu na Siergieja Skripala kolejne państwa (w tym USA) zaczęły wyrzucać rosyjskich dyplomatów, a światowe media (z dużą przesadą) ogłosiły początek nowej zimnej wojny. Rosja, zagrożona w swej wewnętrznej i zewnętrznej polityce wizerunkowej, najwyraźniej zrobiła remanent aktywów – i agencja TASS rozpropagowała wypowiedź Jurija Uszakowa, zaufanego doradcy Putina. Co prawda zapowiedziano w niej nie tyle samą wizytę prezydenta FR w Białym Domu, co „możliwość dyskusji” o jej organizacji, ale i tak wywołało to spore poruszenie. Trudno się dziwić, gdyż takie wizyty, nawet mgliście zapowiedziane, to istotna „marchewka” amerykańskiej dyplomacji i zazwyczaj są one zwiastunem szczególnie ważnych lub bliskich relacji tak wyróżnionego kraju z USA.

Możliwe, że Donald Trump, tworząc Putinowi nadzieje na specjalne relacje i wybaczenie grzeszków, otworzył amerykańskim biznesmenom drogę do lukratywnych kontraktów w Rosji. Możliwe też, że te kilka słów o ewentualnym spotkaniu na szczycie to coś jeszcze ważniejszego – efekt dyskretnej refleksji amerykańskich strategów nad globalnym układem sił w przyszłości, i uznania, że Rosja jest zasobem, który warto za wszelką cenę przeciągnąć na swoją stronę, by zyskać ostateczną przewagę nad Chinami i światem islamu, a przy okazji wybić Europie z głowy mrzonki o odrębnym porozumieniu z Moskwą, mającym uniezależnić „niemiecko-francuską” UE od amerykańskiej supremacji. Ale może też być tak, że obietnica spotkania to zmyłka, osłabiająca czujność Rosjan przed jakimś mocnym uderzeniem.

Który z tych wariantów jest najbliższy prawdy – nie wie dziś nikt poza samym Trumpem i może gronem jego najbliższych współpracowników. Na razie wszyscy są zgodni, że ewentualne spotkanie nastąpi nie wcześniej niż w drugiej połowie roku. Jedyna znana w tej chwili poważna reakcja amerykańska na enuncjacje rosyjskie to oświadczenie samego prezydenta, które co prawda zawierało treści wyjątkowo niejasne, ale zapewne nieprzypadkowo zostało wygłoszone podczas wspólnej konferencji z trójką liderów państw bałtyckich, pośród zapewnień o tym, jak owe kraje są istotne dla USA i jak Ameryka zamierza je wspierać. Zważywszy, że Putin uważa „Pribałtykę” za rosyjską własność, tylko chwilowo usamodzielnioną wskutek „największej geopolitycznej katastrofy XX wieku”, czyli rozpadu ZSRR – trudno nie uznać tego za celny prztyczek wymierzony w ego gospodarza Kremla. Ale to nie musi wcale oznaczać czarnej polewki – równie dobrze może być zmiękczaniem partnera w negocjacjach.

A tematów do ewentualnych rozmów (albo do uderzenia) nie brakuje. Niektóre z nich są oczywiście na bieżąco obsługiwane przez kontakty na niższym szczeblu, ale może się im przydać polityczne wzmocnienie. Do agendy z pewnością należą kwestie zbrojeń (które, według skądinąd słusznych słów prezydenta USA, „nieco wymknęły się ostatnio spod kontroli”), zaangażowania obu państw w Syrii (i stojących za nim rozbieżnych interesów strategicznych) oraz problemu Korei Północnej (tu interesy Moskwy i Waszyngtonu wcale nie muszą być sprzeczne, przeciwnie – stabilizacja leży w interesie obu stolic, choć z odmiennych powodów). W tle pozostają jednak inne obszary, nie mniej atrakcyjne, na przykład nowy podział globalnego rynku ropy naftowej i gazu ziemnego, którym zachwiały amerykańskie decyzje o uruchomieniu na szeroką skalę eksportu ze złóż krajowych. Również –  korzystanie z niezwykle atrakcyjnej handlowo Północno-Wschodniej Drogi Morskiej, czyli przejścia z Atlantyku na Pacyfik wzdłuż brzegów Syberii. Ta trasa, z przyczyn naturalnych dopiero od niedawna dostępna dla cywilnej żeglugi, skraca czas rejsu pomiędzy największymi portami świata niekiedy niemal o połowę, a w konsekwencji podobnie obniża koszty transportu. Nie zapominajmy też o rywalizacji obu państw z Chinami o kontrolę nad azjatyckim interiorem, o własnych rosyjskich zasobach surowcowych, współdziałaniu w walce z islamskim terroryzmem, wspólnych interesach w zwalczaniu niektórych rodzajów przestępczości zorganizowanej.

Musimy profilaktycznie zadbać między innymi o to, by nie być zbyt tanią walutą wymienną w ewentualnych dealach Waszyngtonu z Moskwą

We współczesnym świecie rzadko zachodzi sytuacja znana z drugiej połowy XX wieku, gdy państwa były po prostu albo wrogami, albo sojusznikami. Dziś interesy – w niektórych sprawach – robi się także z tymi, których w wewnętrznej propagandzie kreuje się na wcielenie wszelkiego zła.

Z polskiego punktu widzenia oznacza to, że w relacjach z USA musimy profilaktycznie zadbać między innymi o to, by nie być zbyt tanią walutą wymienną w ewentualnych dealach Waszyngtonu z Moskwą. Nawet, gdyby miało to być dmuchanie na zimne.