Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Bezzębna Europa

Na tle europejskiej mizerii wojskowej pozytywnie wyróżniają się dwie armie: francuska i brytyjska, ale i w tych armiach kryzys daje się we znaki – Francuzi zalecany cykl szkolenia bojowego z 90 dni w roku ze względów oszczędnościowych skrócili ostatnio do 50, a Brytyjczycy poszli dalej w redukcji stanów liczebnych armii i floty i dyskutowali o ograniczeniu potencjału odstraszania nuklearnego

Ujawniony niedawno raport Hansa-Petera Bartelsa (SPD), pełnomocnika Bundestagu ds. Sił Zbrojnych, wskazujący na ogromne niedobory kadrowe i sprzętowe w Bundeswehrze, bez wątpienia jest elementem gry politycznej, którą jego partia prowadzi z CDU/CSU wokół obsady kluczowych foteli w Ministerstwie Obrony. Ta konstatacja nie oznacza jednak, że Niemcy – i szerzej, Europejczycy – nie mają problemu z polityką militarną. Mają, i to poważny.

Wbrew licznym ostatnio komentarzom, problem ten nie ma jednak charakteru wyłącznie finansowego. Według ostatniego raportu SIPRI Niemcy wydają na obronność nieco ponad 41 miliardów dolarów rocznie (czyli ok. 1,2 proc. PKB), Wielka Brytania ponad 48 mld USD (1,9 proc. PKB), Francja – prawie 56 mld USD (2,3 proc. PKB). Dla porównania – co prawda Stany Zjednoczone przeznaczają na te cele aż 611 mld USD (3,3 proc. PKB), Chiny 215 mld USD (1,9 proc. PKB), ale trzecia w rankingu Rosja już „tylko” nieco ponad 69 mld USD (5.3 proc. PKB). Tymczasem na europejskich członków NATO (bez Turcji) przypada łącznie około 256 mld USD. Pomimo powszechnych utyskiwań, że większość krajów Paktu nawet nie próbuje zbliżyć się do zakładanego, dwuprocentowego poziomu wydatków, na papierze nie wygląda to więc źle – daje wrażenie gigantycznej przewagi Zachodu nad jego potencjalnymi rywalami.

Raport Bartelsa (SPD), wskazujący na niedobory kadrowe i sprzętowe w Bundeswehrze, bez wątpienia jest elementem gry politycznej, którą jego partia prowadzi z CDU/CSU. Ta konstatacja nie oznacza jednak, że Niemcy – i szerzej, Europejczycy – nie mają problemu z polityką militarną.

Niestety, same pieniądze nie walczą – od tego są żywi ludzie i obsługiwany przez nich sprzęt. Faktycznym problemem jest efektywność wydawania pieniędzy i uzyskiwana za nie realna zdolność bojowa. Warto przy okazji pamiętać, że ta, w warunkach dynamicznego postępu RMA („Revolution in Military Affairs”), nie zależy już tylko od liczby żołnierzy, czołgów i armat, lecz w dużej mierze od przewagi jakościowej, a także zdolności szybkiej koncentracji sił na wybranym polu walki. I – last, but not least – od czynników wolicjonalnych, determinacji decydentów oraz walczących, a także odporności opinii publicznej na ponoszone straty oraz niezbędne wyrzeczenia. Również pod tymi względami niekwestionowanymi liderami są dziś Amerykanie; większość państw europejskich niestety zostaje w tym rankingu daleko w tyle.

Po zakończeniu Zimnej Wojny z oczywistych względów nastąpiła znaczna redukcja potencjałów militarnych w Europie. Częściowo tylko wynikało to z powodów budżetowych; nie należy lekceważyć także czynników cywilizacyjnych i politycznych. Wzrost nastrojów pacyfistycznych, niechęć młodzieży do służby wojskowej, źle pojmowana poprawność polityczna – stopniowo przekształcały armie w instytucje o charakterze fasadowym, funkcjonujące niejako „siłą rozpędu” i bez sprecyzowanego celu; z jednej strony coraz bardziej zbiurokratyzowane, z drugiej skoncentrowane na wdrażaniu skądinąd słusznych idei i wartości cywilnych bardziej, niż na utrzymaniu wysokiej gotowości bojowej (w tym zapewnieniu dyscypliny, bojowego morale, a także odpowiedniego zapasu części zamiennych i amunicji). W warunkach braku wyraźnego zagrożenia nasiliła się podatność na korupcję i niekompetencja części elity polityczno-urzędniczej, skutkująca dalekim od optymalnego wydawaniem pieniędzy w resortach obrony. Na tej liście powszechnych grzechów można także umieścić politykę kadrową – zarówno w zakresie zakłócenia ciągłości szkolenia rezerw, jak i wypychania do cywila doświadczonej kadry oficerskiej. W przypadku Niemiec dodać można jeszcze niekonsekwencję we wdrażaniu ślimaczącej się okrutnie reformy, która miała „starą” Bundeswehrę, nieźle przygotowaną na powstrzymanie sowieckiego walca pancernego, przekształcić w lekką i mobilną armię ekspedycyjną, zdolną do współdziałania z sojusznikami w operacjach „out of area”. Skończyło się sporym chaosem.

Na wypadek ofensywnej akcji Rosji, Europa Środkowa zdana jest głównie na łaskę parasola amerykańskiego

Na tle europejskiej mizerii pozytywnie wyróżniają się dwie armie: francuska i brytyjska. Obie utrzymujące liczebność na wciąż przyzwoitym poziomie (odpowiednio) 200 i 150 tysięcy osób (z czego nieco ponad 100/80 tys. w wojskach lądowych), z własną zdolnością odstraszania nuklearnego, z poziomem wyszkolenia i wyposażenia pozytywnie zweryfikowanym w praktyce, podczas licznych w ostatnich latach misji bojowych oraz reagowania kryzysowego. W obu przypadkach z relatywnie wysokim poziomem finansowania idą w parze dość przejrzyste procedury zakupów, dobra współpraca z innowacyjnym rodzimym przemysłem zbrojeniowym, korzystne proporcje etatów w jednostkach bojowych do formacji tyłowych i administracji, efektywne wsparcie profesjonalnych służb wywiadu i kontrwywiadu, a także wysokie zdolności „projekcji siły” na znacznych dystansach, w oparciu o sieć stałych baz w różnych częściach świata, dobrze wyekwipowane lotnictwo transportowe oraz oceaniczną marynarkę wojenną. Nie bez znaczenia jest także utrzymujący się wysoki prestiż społeczny wojska i zaufania do niego oraz generalny consensus głównych sił politycznych co do priorytetów polityki militarnej. Niemniej jednak, warto zauważyć, że i w tych armiach kryzys daje się we znaki – Francuzi narzekają, że częste operacje w warunkach pustynnych powodują szybsze niż zakładane zużycie sprzętu, a zalecany cykl szkolenia bojowego z 90 dni w roku ze względów oszczędnościowych skrócono ostatnio do dni 50; Brytyjczycy natomiast nie tylko poszli znacznie dalej w redukcji stanów liczebnych armii i floty, ale nawet poważnie dyskutowali o ograniczeniu potencjału odstraszania nuklearnego (zmniejszenie liczby „Vanguardów” i rezygnacja ze stałego utrzymywania jednego z nich w morzu w pełnej gotowości bojowej).

Z naszego punktu widzenia problem jest jednak taki, że te dwie zdecydowanie najlepsze armie europejskie nastawione są głównie na operacje poza Starym Kontynentem. Niekoniecznie muszą – wobec odmiennych interesów strategicznych swoich krajów – w pełni zaangażować się w ewentualną zbrojną konfrontację z agresorem na wschodniej flance NATO. Dlatego, pod wpływem coraz bardziej asertywnej polityki rosyjskiej, w krajach bałtyckich, w Polsce i w Rumunii, a także w Szwecji i Finlandii nastąpił ostatnio wyraźny „ruch w interesie”, przejawiający się i w zwiększaniu finansowania sił zbrojnych, i w nowych koncepcjach operacyjnych i taktycznych, a także w przyspieszonych zakupach uzbrojenia czy w częściowym przywróceniu poboru. Nadal jednak – nie ma co ukrywać – na wypadek ofensywnej akcji Rosji, Europa Środkowa zdana jest głównie na łaskę parasola amerykańskiego. I nie ulegnie to zmianie, dopóki kluczowe państwa UE nie zmienią swego podejścia do polityki militarnej, czyli dopóki nie zaczną efektywniej wydawać pieniędzy na cele wojskowe i nie dokonają głębokiej zmiany mentalnej.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, zastępca dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, przewodniczący Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu i wywiadu konkurencyjnego. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej; stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Bezzębna Europa”

  1. Realista pisze:

    Jeżeli wierzę w niemiecką pomoc w wypadku rosyjskiej agresji na Polskę to tylko jak 17 września.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz