Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Gowin a system podziału łupów

To nie indywidualne pensje polityków stanowią prawdziwy problem. Rzeczywistą trudność stanowi sposób wydatkowania środków przez partie polityczne i to, jak wykorzystują one spółki skarbu państwa

 

Ten artykuł powstał dzięki hojności Darczyńców NK. Zostań jednym z nich!

 

Niefortunne zdaniem wielu słowa wicepremiera Jarosława Gowina, o tym, że jako minister sprawiedliwości w rządzie PO był zmuszony funkcjonować od pierwszego do pierwszego wywołały falę (często uzasadnionej i pełnej złośliwości) krytyki z obu stron barykady. Zwolennicy PO wytykają politykowi lekceważenie dla sytuacji finansowej zwykłych ludzi, z kolei sympatycy PiS pokazują analogie z wypowiedziami polityków PO m.in. o tym, że nikt uczciwy nie wyżyje w Polsce za 6 tysięcy złotych miesięcznie. Żartobliwie można zauważyć, że koleżanki i koledzy z „erki” mogą podziękować swojemu koledze, ponieważ temat jakichkolwiek podwyżek wydaje się martwy na co najmniej kilka lat. Przy odrobinie dystansu wypada stwierdzić, że słowa wicepremiera polskiego rządu były w rzeczywistości jedynie gafą (która zapewne na długo przylgnie do tego polityka). Jednak można je odczytywać również w innym, mniej krytycznym kontekście – jako wyraz słabości bezpośredniego zaplecza polskich partii politycznych oraz gorszących praktyk z niej wynikających. Równocześnie, wypowiedź Gowina może posłużyć do sformułowania paradoksalnego wniosku, że wskutek tych słabości może wykształcić się w Polsce nowy sposób funkcjonowania administracji publicznej, przypominający w swoim kształcie ten znany zza Oceanu.

Jako demoralizujące należy bowiem oceniać sytuacje, w której ministrowie, wiceministrowie czy podsekretarze stanu, by zaspokoić własne potrzeby finansowe, zmuszeni są łączyć różne funkcje (np. w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa czy zarządach różnych instytutów i centrów w podległych sobie resortach), nie wykonując ich wszystkich należycie. Doba ma tylko 24 godziny. Innym wywołującym zgorszenie opinii publicznej sposobem na podniesienie uposażeń są premie czy nagrody, najczęściej przyznawane „z automatu”. Sytuację tę powinno się rozwiązać tak, by zarabiający naprawdę godziwie politycy przyłapani na kombinowaniu nie mogli liczyć na wyrozumiałość swoich koleżanek i kolegów. Jednak przecież to nie indywidualne pensje stanowią prawdziwy problem. Rzeczywistą trudność stanowi sposób wydatkowania środków przez partie polityczne. Ta rażąca dysfunkcja wpływa też i na wiele mechanizmów funkcjonowania państwa.

Zaczynamy wchodzić w koleiny, które prowadzą do modelu, będącego niestety karykaturą amerykańskiego systemu „podziału łupów”

Choć od 2005 roku na działanie partii politycznych Rzeczpospolita Polska wydała łącznie ok 1,3 mld złotych, to niestety partie w Polsce, pomimo posiadanych środków, świadomie rezygnują z pełnienia roli tworzenia przyszłościowych elit. Co gorsze w obecnej sytuacji, w przypadku bycia w opozycji racjonalne wydaje się powstrzymywanie się od kosztownej profesjonalizacji własnych kadr. Warto też zauważyć, że poseł RP, otrzymując w sumie ok. 12,5 tysiąca złotych (plus dodatki) oraz ok. 13 tysięcy złotych ryczałtu na prowadzenie biura nie ma realnych możliwości, aby zatrzymać i wykształcić wokół siebie grupę choćby kilkunastu osób, które kiedyś w przyszłości mogłyby pomóc np. w kierowaniu resortem czy ważną instytucją państwową. Paradoksalnie zwrócił na to uwagę dwudziestosiedmioletni, były już członek Prawa i Sprawiedliwości, Bartłomiej Misiewicz, zadając (retoryczne) pytanie o to „gdzie młodzi ludzie mają uczyć się warsztatu”? Polskie partie polityczne jedynie sprawując władzę, uruchamiają bowiem zasoby umożliwiające podnoszenie merytorycznych kompetencji swojego zaplecza, niestety tylko w formule „nauki poprzez praktykę”. Nad Wisłą bowiem politycy „dobrej zmiany” preferują mało subtelny mechanizm wymiany personalnej, „nie tracąc czasu” na próby wywierania wpływu na decyzje podejmowane przez względnie niezależnych urzędników. Proces wymiany kadr na kierowniczych stanowiskach w administracji publicznej i prezesów największych spółek został przeprowadzony w niespotykanym wcześniej tempie. W kwietniu 2016 roku „Rzeczpospolita” policzyła, że w 32 największych spółkach Skarbu Państwa w pierwszym półroczu swoich rządów SLD wymienił 55,5 proc. prezesów, pierwszy rząd PiS w pierwszym półroczu wymienił 46,6 proc. prezesów, pierwszy rząd PO wymienił ich przez sześć miesięcy 56,3 proc., a drugi rząd PO 20,3 proc. Tymczasem aktualna ekipa w ramach „dobrej zmiany” w ciągu pięciu miesięcy wymieniła aż 96,9 proc. prezesów. Z kolei Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju policzyła, że od listopada 2015 do końca 2017 roku zwolnionych zostało co najmniej 11 368 stanowisk kierowniczych oraz członków organów wieloosobowych (rad nadzorczych, zarządów, itp.).

Od przemian ustrojowych minęło już 29 lat, a zatem i rezerwuar osób młodych, a zarazem potencjalnie zdolnych do pełnienia odpowiedzialnych funkcji, jest już spory. Z tej perspektywy jako chyba jedyny (sic!) pozytyw wymiany kadr można wskazać, iż często mimochodem sprzyja ono wymianie pokoleniowej. Zarazem należy też skonstatować, że szczytna idea korpusu służby cywilnej – niezależnych politycznie urzędników mających gwarancje zatrudnienia – wbrew nadziejom licznych ekspertów i deklaracjom polityków w obecnej sytuacji neotrybalnego konfliktu nie ma szans na powodzenia nad Wisłą. W zamian za to zaczynamy wchodzić w koleiny, które prowadzą do modelu będącego niestety karykaturą amerykańskiego systemu „podziału łupów”. Trudno bowiem teraz liczyć, aby „po PiS” kolejna władza oparła się pokusie przeprowadzenia jeszcze bardziej dogłębnej „dobrej zmiany à rebours”. To paradoksalnie w dłuższej perspektywie mogłoby się okazać korzystne, bowiem doprowadzi finalnie do sytuacji, w której obie, aktualnie najsilniejsze strony sporu politycznego w Polsce dysponowałyby wystarczająco licznym korpusem własnych urzędników, łączących cechy merytoryczności z partyjną lojalnością.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Gowin a system podziału łupów”

  1. Piotrek pisze:

    Po 1. Jak wynika z tekstu nie trzeba mieć doświadczonych i wyspecjalizowanych kadr żeby wymienić niemal 100% prezesów.
    Po 2. Jak to jest, że w ramach Nowej Konfederacji wiele ciekawych artykułów jest pisanych przez ludzi, którzy nie należą do grona stałych współpracowników? Jak to jest, że aplikant, czy rezydent jest się w stanie sam utrzymać za 2500 netto miesięcznie? Prawdziwe “kadry” tworzą ludzie z pasją i zaangażowaniem, a nie pieniądze. Na marginesie pozostawiam porównianie 13000 zł na utrzymanie biura poselskiego (z których to pieniędzy nie da się nikogo sensownego utrzymać) z budżetem np. Nowej Konfederacji.
    Po 3. Czy na prawdę uważamy, że dołożenie kolejnych kwot posłom, by Ci mogli oddać je swoim współpracownikom, sprawi, że będą oni lepsi i bardziej doświadczeni?

  2. Krzysztof pisze:

    Kłania się Cyryl Northcote Parkinson.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz