Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Żółte votum nieufności

Kryzys, który objawił się w postaci ruchu „żółtych kamizelek”, uderzył wprost w młodego prezydenta, który zaczynał w aurze odnowiciela Francji i Europy

Kiedy w maju 2017 r. Emmanuel Macron, polityk młody, bez większego doświadczenia i bez potężnych struktur partyjnych, z łatwością wygrał wybory prezydenckie (a potem jego utworzona niemal ad hoc partia – wybory parlamentarne), wydawało się, że Francja uniknęła fali populizmu, która ogarniała Europę. Jest faktem, że Macron głosił wiarę w Unię Europejską, podczas gdy populiści (we Francji przede wszystkim Marine Le Pen i Jean-Luc Melenchon) przeciwnie – widzieli w Unii źródło kłopotów. Ale rację mieli ci, którzy wtedy zwracali uwagę, że Macron, walcząc z populistami, sam uprawia pewnego rodzaju soft-populizm, zapowiadając odbudowę życia publicznego na zupełnie nowych zasadach, i – co tu kryć – żongluje słowami. Zauważmy, że sukces Macrona, człowieka, który jeszcze rok przed wyborami nie zaliczał się do kandydatów wagi ciężkiej, był możliwy tylko w warunkach zrujnowania dotychczasowej sceny politycznej. Przypomnijmy, że dwaj superpretendenci do prezydentury z prawicy, Alain Juppé i François Fillon, nie weszli nawet do drugiej tury, a naturalny superpretendent z lewicy, urzędujący prezydent François Hollande, nawet nie wystawił swojej kandydatury. Macron wygrał gładko, bo w drugiej turze miał naprzeciw siebie Marine Le Pen. Ale bardzo duży odsetek głosów, które na niego padły, stanowiły w istocie głosy przeciw Le Pen, a nie za Macronem.

Rację mieli ci, którzy zwracali uwagę, że Macron, walcząc z populistami, sam uprawia pewnego rodzaju soft-populizm

Można powiedzieć, że Emmanuel Macron dobił niedomagający już dawniej system reprezentacji politycznej. A co stworzył na jego miejsce? W odpowiedzi na to pytanie może się kryć częściowe rozwiązanie zagadki dzisiejszego kryzysu. Otóż nowy prezydent jeszcze bardziej zaakcentował hiperprezydencki rys francuskiego systemu politycznego. Stał się najbardziej hiperprezydenckim prezydentem w całej historii V Republiki: bardziej niż jej założyciel, generał de Gaulle, i bardziej niż poprzedni (w latach 2007-2012) nadaktywny prezydent, Nicolas Sarkozy. Co najważniejsze: Macron, mając komfortową większość w Zgromadzeniu Narodowym dzięki deputowanym swojej partii La République en Marche, w istocie nie traktuje jej jak ciała pośredniczącego, lecz tylko jak maszynkę do głosowania – znowu bardziej niż wszyscy jego poprzednicy na urzędzie czynili w stosunku do swoich partii.

W rezultacie kryzys, który objawił się w postaci ruchu „żółtych kamizelek” (gilets jaunes) uderzył wprost w młodego prezydenta, który – przypomnijmy – zaczynał w aurze odnowiciela Francji i Europy.

Napięcia społeczne, zawsze we Francji żywe, zostały pobudzone tej jesieni zapowiedzią nowego podatku proekologicznego, który miał być sfinansowany z podwyżki paliwa do samochodów. Wściekłość ludzi mniej zamożnych okazała się powszechna i szybko przybrała formę akcji „żółtych kamizelek” – blokowania magazynów paliw, zatrzymywania i ograniczania ruchu samochodowego na skrzyżowaniach dróg (ronds points) oraz cotygodniowych ulicznych manifestacji. Tych ostatnich odbyło się już pięć, przy czym czwarty dzień narodowej mobilizacji, 8 grudnia, zaznaczył się dużą ilością przemocy ze strony manifestantów – obrazki telewizyjne z Paryża, gdzie tego dnia zdewastowano wiele sklepów i samochodów, tudzież symbolicznie zniszczono Łuk Triumfalny na Placu Zgody, wywarły na wszystkich duże wrażenie, szczególnie na politykach.

Już wcześniej, bo 4 grudnia, premier Édouard Philippe zapowiedział zawieszenie podwyżek, co jednak nie wystarczyło. 10 grudnia zabrał głos sam Emmanuel Macron. Potępił przemoc, ale powiedział, że ruch protestu jest w dużej mierze uzasadniony, a nawet przeprosił Francuzów za niedostrzeżenie na czas tych problemów i za okazanie pogardy zwykłym ludziom (rzeczywiście Macron miał wcześniej klika wpadek tego rodzaju). Prezydent zapowiedział także szereg decyzji socjalnych, mających poprawić los uboższych warstw społeczeństwa: od wycofania podwyżki cen paliwa, przez podwyżkę pensji minimalnej, do przywrócenia godzin nadliczbowych wolnych od podatku.

Niezależnie od tych zapowiedzi, których koszt ocenia się na 10 do 13 miliardów euro, ważne jest to, że Macron zabrał głos w takim duchu. Głowa państwa jest bowiem postrzegana jako „prezydent bogatych” – co ma swoje uzasadnienie w jego drodze życiowej, ale i w polityce gospodarczej, zmierzającej do zwiększenia konkurencyjności Francji. Jest to więc po prostu polityka liberalnej deregulacji. Polityka ta jest skądinąd potrzebna, jeśli Francja ma się wydobyć ze stanu chronicznego deficytu budżetowego i niskiego wzrostu, ale zarazem jej koszty socjalne są znaczne.

Emmanuel Macron raczej nie zreformuje Francji tak, jak to zapowiadał. A jeśli jej nie zreformuje, to straci posturę męża opatrznościowego, ratującego Unię z jej kłopotów

W konsekwencji tych zapowiedzi prezydenta 20 grudnia w Zgromadzeniu Narodowym przeprowadzono w błyskawicznym tempie (pracowano nawet w nocy) ustawę, która wprowadza w czyn słowa głowy państwa. Teraz można to łatwiej policzyć i wiadomo, że koszt dla budżetu wyniesie 10 miliardów euro. Wszystko wskazuje, że senat szybko przyjmie nową ustawę tak, żeby zmiany mogły wejść w życie od 1 stycznia.

Ruch „żółtych kamizelek” tymczasem nieco traci wigor – co zrozumiałe, skoro rząd się cofa. Zarazem ruch przekształca się. Z całkowicie spontanicznego i niezorganizowanego pospolitego ruszenia wyłania się jakaś forma organizacyjna. Mrzonką okazała się też całkowita apolityczność. Część „żółtych kamizelek” rozważa start w wyborach europejskich, już to na listach partyjnych, już to tworząc własne listy.

Ten kryzys, nawet jeśli zmierza do końca – co nie jest całkiem pewne – już przyniósł doniosłe konsekwencje. Te 10 miliardów, które rząd daje uboższym Francuzom, trzeba skądś wziąć. Musi to oznaczać cięcia w innych działach budżetu, ale i nowe podatki. To jeden skutek. Drugi i poważniejszy jest taki, że Emmanuel Macron raczej nie zreformuje Francji tak, jak to zapowiadał. A jeśli jej nie zreformuje, to straci posturę męża opatrznościowego, ratującego Unię z jej kłopotów. Już wcześniej, w obliczu politycznych problemów Angeli Merkel w Niemczech, wizja europejskiego motoru zmian w osobach Merkel i Macrona była podważana. Teraz, w obliczu kłopotów Macrona, które zniweczą jego plany reform we Francji, a w każdym razie osłabią jej skalę i dynamikę, ta nadzieja także gaśnie.

 

Fot. GPE/Heather Shuker, CC BY-NC-ND 2.0

współpracownik NK, absolwent dziennikarstwa i nauk politycznych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dziennikarz. Debiutował w bezdebitowymn studenckim piśmie “Aplauz” w r. 1981, po stanie wojennym pisywał dla emigracyjnego „Kontaktu” i podziemnego „Bez Dekretu”. W latach 1984 - 1991 pracował w „Tygodniku Powszechnym”, od 1991 do 1993 w „Radiu Kraków”, od 1993 do 2005 w „Gazecie Wyborczej”. Od 2007 r. pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Krakowie. Wydał: Konstytucja dla Polski, Znak-Fundacja Batorego, 1997; Polski Kościół - polska demokracja, Universitas , 1999; Bo jestem z Wilna (wywiad-rzeka z Józefą Hennelową), Znak, 2001; Tropem SB. Jak czytać teczki, Znak 2007; Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego, Czerwone i Czarne, 2011: Chrzanowski, Świat Książki, Warszawa 2013, Od uwikłania do autentyczności. Biografia polityczna Tadeusza Mazowieckiego, Zysk i S-ka, Poznań 2015.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Żółte votum nieufności”

  1. Dominik pisze:

    Ja odpoczątku czekałem na takie załamanie sie nastrojów we Francji. Nie mogło być jnaczej skoro na problemy migracyjne, zubożenie średniej klasy,czy zagarnianie coraz większych kompetencji przez Komisje Europejską , jedyną odpowiedzią Macrona jest “coraz więcej tego samego”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz