Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Władza w epoce chaosu. Część II: rozkwit i schyłek globalnego kapitalizmu

Obecnie, po raz pierwszy, kapitalizm osiągnął sukces w kreowaniu zysków pieniężnych w oderwaniu od rzeczywistej wartości pieniądza

Obecnie, po raz pierwszy w historii ludzkości, kapitalizm osiągnął sukces w kreowaniu zysków pieniężnych w oderwaniu od rzeczywistej wartości pieniądza i bez oglądania się na sektor produkcyjny. Demon nieograniczonej finansowej spekulacji zamieszkał w samym centrum antyrynkowej zony historycznego kapitalizmu. Poszukujący za wszelką cenę maksymalizacji zysku, kapitalizm okazał się piramidą finansową, która nieustannie przesuwa dzień swego krachu. Ktoś powiedział, że „dzisiejsza sytuacja jest finansowym odpowiednikiem rządów terroru podczas rewolucji francuskiej”.

Historyczny system-świat

Rzeczywistość nazwana przez Immanuela Wallersteina – dla podkreślenia historycznego, reprodukującego każdorazowy „świat” jako społeczną (i moralną) jedność, nowoczesnego i eurocentrycznego systemu jednolitej kapitalistycznej gospodarki – systemem-światem[1] konstytuuje się i konsoliduje wokół motywu niekończącej się akumulacji kapitału. Nie idzie tu o (cały) świat w ściśle geograficznym sensie tego słowa, rozumiany jako jednolity system, lecz o mnogie podsystemy, gospodarki, struktury lokalne i regionalne, które stają się wskutek charakteru wzajemnych relacji, współzależnych powiązań, hierarchicznego ich uporządkowania, przemożnych dyfuzji – istotnym światem. We wcześniejszych okresach historycznych mieliśmy do czynienia z wieloma (przednowoczesnymi) światami, pozostającymi w separacji. Obszary te zostają obecnie włączone w nowoczesny system-świat, jako jego podsystemy. System ma ze swej istoty charakter zintegrowany, jest ustrukturyzowanym wedle uniwersalnego i nowoczesnego wzorca racjonalności „współzależnym światem”.

W ciągu kilku stuleci ów system ewoluuje od bycia (europejskim) światem pośród innych światów, do bycia historycznym systemem (niemal całego) świata. Na ów wzorzec składa się kombinacja wielu powiązanych wzajemnie instytucji, reguł ich istnienia oraz relacji między nimi. Instytucje, jak rynki, firmy rywalizujące o rynki i na rynkach, państwa powiązane regułami międzypaństwowej współpracy i rywalizacji, pieniądz światowy, przybierają postać adekwatną do warunków kapitalizmu jako gospodarki-świata, toteż znaczą zupełnie co innego niż – nierzadko tożsame z nazwy – przedkapitalistyczne instytucje i normy życia społecznego. Tak rozumiany – kapitalistyczny „świat” – ma charakter czasowo-przestrzennej całości, zaś jego – topograficznie i geograficzne definiowane – pole działania rozszerza się wraz z postępującym podziałem pracy. Jego rozmiar i zasięg warunkowany jest w pierwszej kolejności poziomem technologii, w tym transportu i najszerzej rozumianych środków społecznego komunikowania. W erze planetarnego, niwelującego ograniczenia przestrzeni i czasu, elektronicznego przekazu i „informacyjnego” przemieszczania się ludzi, rzeczy i pieniądza, system-świat staje się w istocie (niemal) tożsamy z całym, geograficznie i przestrzennie pojętym, światem.

Podwójna siła kapitalizmu

Podstawową siłą kapitalizmu – jak słusznie i zgodnie podkreślają twórcy i propagatorzy koncepcji świata kapitalistycznej gospodarki jako uniwersalnej struktury – jest jego dwojaki charakter. Z jednej strony, na przekór wszelkim ograniczeniom i przeszkodom, sprzyja on niekończącej się akumulacji kapitału, stwarzając warunki jego wzrostu. Zaś z drugiej strony, produkuje i reprodukuje struktury polityczne i efektywny model relacji pomiędzy kapitałem a światem politycznym, które stoją na straży tak pojętej akumulacji, pozwalając na optymalizację zysków kapitałowi, przy jednoczesnej – zgodnej z racjonalnością kapitalizmu – optymalizacji zysków politycznych w postaci renty władzy i stabilizacji struktury politycznej państw oraz instytucji ponadpaństwowych. Centralną rolę w powstaniu i rozwoju nowoczesnego kapitalistycznego systemu-świata odegrał model relacji pomiędzy instytucjami państwowego przymusu a kapitalizmem jako systemem społecznym: wszak za fasadą „wolnego rynku” skrywa się złożona i rzeczywista, hierarchiczna struktura społeczna kapitału i kapitalizmu.

Kapitalizm jako symbioza kapitału i państwa

Na wyraźne podkreślenie zasługuje także fakt, że nowoczesna, zamknięta w systemowe ramy, gospodarka-świat, w odróżnieniu od wcześniejszych sposobów gospodarowania, nie daje się okiełznać przez jakąkolwiek polityczną jedność. Organizując się w – poparte autorytetem i siłą państw – monopole, kapitalizm programowo przecina i przekracza granice poszczególnych państw. Według Wallersteina, państwo (podobnie jak u Marksa) pozostaje li tylko narzędziem, które służy interesom wielkiego kapitału.

Rzecz w tym, że kapitał zawsze preferuje monopol, bo to pozwala na osiąganie wysokich zysków, zaś stworzenie monopolu nie jest możliwe bez udziału państwa[2]. To dzięki przyjaznym związkom, szczególnego rodzaju symbiozie z aparatem państwowym – jako dysponentem środków publicznych i nominalnym pomysłodawcą różnorakich przedsięwzięć publicznych, mających na celu stymulowanie rozwoju – za sprawą lukratywnych kontraktów, dzięki ochronie rynku i wsparciu ekspansji na rynki zagraniczne, kapitalizm we właściwym tego słowa znaczeniu mógł rozwijać się i umacniać jako monopolistyczny i niekonkurencyjny sektor rozwiniętej gospodarki.

Istota sprawy polega na tym, że właśnie wzrost sektora państwowego (publicznego) jest niezbędny dla ekspansji prywatnego przemysłu, finansów, usług i handlu. Im więcej państwa, tym więcej kapitalizmu. Na przekór powierzchownym sądom, utożsamiającym kapitalizm z „wolnym rynkiem”, to monopol, a więc produkcja i reprodukcja asymetrii warunków funkcjonowania i rozwoju, a nie rynek, stanowi jego życiodajne środowisko.

Jako że niemożliwe jest stworzenie i utrzymanie w dłuższej perspektywie monopolu doskonałego, w praktyce to quasi-monopole, które można powołać na wiele sposobów, stanowią constans systemu-świata. Np. system patentów, który zamraża prawa do wynalazku na określoną liczbę lat i czyni nowe produkty najdroższymi dla klientów i najbardziej zyskownymi dla producentów, jest niczym innym niż typem rozciągniętego w czasie quasi-monopolu. Innymi sposobami ograniczania konkurencji są cła i polityka protekcjonistyczna, jeszcze innymi subsydia i przywileje podatkowe. Rządy chętnie przychodzą w sukurs kapitałowi, kupując na wielką skalę i przy tym uprzejmie przepłacając za świadczone usługi i sprzedawane towary.

Trzeba wszakże dodać, że istnieją antymonopolistyczne mechanizmy wbudowane w system gospodarki-świata. Po pierwsze, przewaga i przywileje jednego monopolisty wywołują dyskryminację i stratę po stronie jego konkurentów. Przegrani odwołują się więc do świata polityki, aby wpłynąć na usunięcie przewag monopolistów. Zarazem oferują wsparcie dla polityków, będących rzecznikami zmian rynkowych (antymonopolistycznych). Dodatkowo interweniują stojące na straży interesów osłanianych przez siebie firm zewnętrzne ośrodki władzy. Dlatego z czasem niemal każdy quasi-monopol dobiega końca, a na rynek „wchodzą” kolejni kandydaci na przyszłych monopolistów. Ci, którzy cieszą się poparciem konkurencji politycznej poprzedników, mogą mieć widoki na monopolistyczną rentę w bliskiej przyszłości. Istnieje swoisty wzór następstwa monopolu: gdy któryś staje się przedmiotem wzmożonej konkurencji, kapitał wędruje do innych branż, gałęzi, sektorów akumulacji, poszukując przestrzeni dla ufundowania następnego quasi-monopolu.

Gdy chodzi o przepływ kapitałów, towarów i pracy, nie jest możliwa neutralna postawa państwa: każda jego decyzja, także jej formalny brak, jest rodzajem ingerencji. Na danym rynku importerzy oponują przeciw ograniczeniom w postaci ceł, kwot czy akcyz, podczas gdy eksporterzy zabiegają o subsydia dla siebie oraz – co oczywiste – kwoty i cła dla zagranicznych konkurentów. Każdorazowe rozstrzygnięcie państwa faworyzuje jednych kosztem drugich. Tak samo mają się rzeczy z napływem (taniej) siły roboczej, który może być atrakcyjny dla krajowych producentów, lecz niekoniecznie ich pracowników. W krótkiej perspektywie na ogół poprawia konkurencyjność krajowej gospodarki, ale zarazem w dłuższej perspektywie może wywołać istotne koszty, związane z dezintegracją i rozchwianiem struktur społecznych.

Przerzucanie kosztów na społeczeństwo

Na szczególne podkreślenie zasługuje kluczowa z punktu widzenia interesów transkontynentalnych korporacji, warunkująca asymetryczny rozwój i monopolizację gospodarki, solidarnie przemilczana, kompetencja państwa. Mowa o jego wpływie na poziom i rodzaje zinternalizowanych kosztów. Jest to w istocie zagadnienie, w jakim stopniu państwa godzą się, względnie sprzyjają eksternalizacji kosztów działalności gospodarczej, a zatem przerzuceniu kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw na społeczeństwo. W praktyce przedsiębiorcy nie płacą przecież całości kosztów prowadzonej przez siebie działalności. Ich zysk jest nie tylko, i nawet nie przede wszystkim, nagrodą za wydajność, lecz w znakomitej części wynika z dostępu do domeny regulacyjnej państwa, wpływu na istotne parametry gospodarowania, a ściślej: na ludzi stojących za instytucjami, które te istotne regulacje i parametry tworzą.

Na społeczeństwo przerzucane są zwyczajowo trzy zasadnicze składowe kosztów: koszty zanieczyszczania środowiska, transportu oraz zużycia surowców i amortyzacji urządzeń. Koszty dla środowiska to nie wyłącznie sprawa odpadów toksycznych czy w ogóle odpadów, ale także długoterminowej degradacji środowiska. To państwa przesądzają o tym, gdzie i jak składuje się i utylizuje odpady, i od nich ostatecznie zależy, czy i jak diagnozuje się zagrożenia dla środowiska. W dłuższej perspektywie za wyrządzone środowisku szkody płacą wszyscy mieszkańcy. Także koszty zużycia materiałów są w praktyce niedostrzegane (przykładem wycinka lasów w Irlandii, problem lasów Amazonii, u nas tereny pokopalniane itd.), a w perspektywie dziesięcioleci przerzucane na społeczeństwa.

W świecie reguły maksymalizacji zysku ci, którzy z wyprzedzeniem uwzględniliby koszty środowiskowe i surowcowe, przerzucając ich główny ciężar na wytwórców, przegrywaliby rywalizację o rynki z tymi, którzy w sprawie degradacji środowiska głównie organizują konferencje.

W przypadku zaś kosztów transportu jest to przede wszystkim problem infrastruktury drogowej. Koszty inwestycji infrastrukturalnych i związane z nimi ryzyka wprost ponosi państwo (obficie zasilając w fundusze prywatny biznes jako wykonawcę zleconych inwestycji), zaś koszty eksploatacji ponoszą pośrednio (podatki) lub bezpośrednio (opłaty drogowe) mieszkańcy.

Nasuwa się następujący wniosek: na przekór mitowi o prywatnym sektorze jako źródle inicjatywy, której dynamizm ograniczają nieuprawnione działania i intruzja rządu, dojrzały, wyrafinowany, skalkulowany kapitalizm wynalazł pośród ogromu środków finansowych zastrzeżonych do dyspozycji rządów sposób na podtrzymanie i zasilenie całego systemu kapitalistycznego. Formalnie rozłączne władze: gospodarcza i polityczna co do zasady, w ciągu kilku stuleci rozwoju historycznego kapitalistycznego systemu-świata, warunkują i wzmacniają się wzajemnie.

Trajektorie globalnych zależności

Przez kapitalistyczny system-świat przebiega oś podziału na gospodarki, państwa i obszary dominujące, centralne, oraz gospodarki, państwa i obszary subordynowane, peryferyjne. Model światowej kapitalistycznej hierarchii władzy pomiędzy rdzeniem (centrum) systemu a jego peryferiami (i półperyferiami), zgodnie z którym potężne i bogate społeczeństwa „rdzeniowe” dominują i eksploatują relatywnie słabe i biedne społeczeństwa peryferyjne, podczas gdy półperyferia oscylują pomiędzy nimi – usiłuje opisać jedną z fundamentalnych struktur historycznego kapitalizmu jako światowej gospodarki.

A zatem system-świat – w myśl koncepcji zarówno Wallersteina i Giovanniego Arrighiego, jak i André Gundera Franka czy Raula Prebischa – wiodących rzeczników tzw. teorii zależności – jest strukturą trójbiegunową. Centrum organizacyjne, twardy rdzeń systemu, stanowią jego tzw. społeczeństwa i państwa rozwinięte, podczas gdy tzw. kraje rozwijające się tworzą jego peryferia (i półperyferia). Dodać należy, że w myśl przedstawianej tu propozycji pewna liczba państw (i niedających się opisać w kategoriach państwa obszarów) historycznie była, względnie wciąż znajduje się poza systemem-światem (obecnie np. Korea Północna czy część państw islamskich).

Centrum to nic innego jak wieloczłonowa, niejednolita w sensie politycznym (pomimo cyklicznie występujących wysiłków jej hegemonizacji), światowa Metropolia, podczas gdy kraje peryferyjne to jej terytoria zależne: swoiste neokolonie, protektoraty, prowincje czy kondominia. O przewadze centrów nie decyduje rynek czy mniemane prawa ekonomiczne, lecz zdolność mobilizacji bezprzykładnych zasobów wszelkiego typu kapitału: finansowego, politycznego, militarnego, kulturalnego, symbolicznego, medialnego, naukowego. Centrum gromadzi wszystko, co najbardziej zaawansowane technologicznie, organizacyjnie, finansowo.

Wynikająca z różnicy potencjałów asymetria zasobów zapewnia centrom kontrolę (a co najmniej przemożny wpływ) nie tylko nad gospodarką, ale również nad szeroko rozumianym życiem społecznym peryferii. Ta asymetria nie bierze się z deficytu relacji ze światowym historycznym kapitalizmem, lecz z ich charakteru. Światowy podział pracy opiera się na hierarchii oraz stopniowalnym kontrolowaniu rynków: procesy silnie zmonopolizowane przynoszą znacznie większe profity niźli te, które są urynkowione, gospodarki monopolistyczne sięgają po dodatkową premię związaną z rentą monopolistyczną, podczas gdy gospodarki stricte rynkowe tracą zdolność konkurencyjną.

Dlatego w interesie centrum (zwłaszcza w interesie dominujących jego państw i względnie długotrwałych światowych ośrodków hegemonicznych) leży promowanie wolnego rynku i otwartych granic. To za sprawą „wolnego rynku” globalny kapitał maksymalizuje własne zyski, penetrując zależne obszary i gospodarki oraz subordynując nominalnie organizujące je państwa. Pozycja i znaczenie państw zależą od proporcji oraz rozkładu na ich terytorium procesów właściwych dla centrum i dla peryferii, a zatem od poziomu monopolizacji sektorów i branż ich gospodarek. Produkowane w centrach dobra wysoko przetworzone oraz przebiegające w nich procesy innowacyjne dają kapitałowi i stojącym za nim państwom centrum przesądzającą o ich dominującej pozycji swobodę ruchów i elastyczność działania, gdy tymczasem, nominalnie eksportujące, a faktycznie „oddające do eksploatacji” wielkich korporacji światowych swoje surowce i swoją siłę roboczą kraje peryferyjne popadają w endemiczną zależność, stają się „terenami łowieckimi” globalnego kapitału.

Przedmieścia i prowincje systemu-świata

Słabe peryferyjne państwa nie mają wpływu na reguły i efekty gry o akumulację kapitału: pozostają strukturalnie zakleszczone w ciasnym kręgu dostępnych im wyborów instytucjonalnych i prawno-politycznych, w świecie pojęć, systemów wartości i ocen, które nieustannie reprodukują ich zależny względem państw ustanawiających reguły życia społecznego dla świata status podległości. Peryferia są parcelą twardego rdzenia systemu-świata, co wynika ze strategii korporacji, państw oraz ponadpaństwowych i międzynarodowych instytucji (w szczególności finansowych) i organizacji, będących częścią centrum, którą to strategię Frank wymownie nazwał „rozwojem niedorozwoju”. Peryferia popadają w pogłębiającą się zależność, bo kapitał tu działający nie może liczyć na wsparcie państwa. Toteż zwyczajowym losem państw peryferyjnych jest niemożność sprawowania efektywnej kontroli nad życiem społecznym i gospodarczym (faktyczne rozproszenie monopolu przemocy, jego prywatyzacja i eksport), w tym nad procesem akumulacji kapitału podlegającym regułom ustanawianym na zewnątrz tych państw i bez ich udziału.[3] Ich funkcje i kompetencje ograniczają się zazwyczaj do notarialnego sygnowania i ogłaszania prawa, delegowania uprawnień i przekazywania kompetencji.

Należy przy tym dodać, że strukturalna słabość państw na peryferiach powoduje, że udział we władzy staje się dla ich elit społecznych podstawowym sposobem akumulacji kapitału. Państwa centrum obłaskawiają na rozliczne sposoby polityków i kulturalny establishment oraz składają propozycje nie do odrzucenia lokalnemu kapitałowi, a w zamian oferują wsparcie i ochronę (mowa o politykach), promocję i popularyzację (mowa o twórcach), tudzież imponujące „okruchy z pańskiego stołu” (mowa o peryferyjnych przedsiębiorcach). Tym samym unikają one wysokich kosztów oraz odpowiedzialności i ryzyk, związanych z formalno-prawną, otwartą i jawną kolonialną protekcją nad peryferyjnymi państwami i ich elitami.

O ile półperyferia tworzą swoiste „przedmieścia Centrum”, to peryferia stanowią światowy interior, głęboką światową prowincję. Tym niemniej to właśnie przede wszystkim na peryferiach świata, a nie w suburbiach światowej metropolii, dominuje chęć i motyw ciągłego „dobiegania”, dochodzenia, „nadrabiania” dystansu: „doganiany czas” stanowi przewodni lejtmotyw dominującego tu dyskursu modernizacyjnego.

Rzecz jednak w tym, że kraje peryferyjne, wbrew głównym założeniom teorii modernizacyjnej, nie są w stanie podążyć drogą wytyczoną przez kraje centrum na wcześniejszych etapach rozwoju. Taka droga dla krajów peryferyjnych (rozwijających się) w ramach systemu-świata tak naprawdę nie istnieje. Popadły one bowiem w strukturalnie nową, nieznaną kilkadziesiąt lat wcześniej w państwach centrum, sytuację trwałej zależności od krajów centrum (rozwiniętych). System-świat reprodukuje się poprzez różnicowanie i polaryzację, wytwarzanie międzybiegunowych napięć i dyskontowanie różnicy potencjałów. Teza o globalizacji jako planetarnej platformie konwergencji i homogenizacji zróżnicowanego świata nie wytrzymuje próby krytycznego namysłu. Całkiem na przekór teoriom i nadziejom konwergencjonistów (modernizatorów) różnice między państwami, w wysoce zglobalizowanym świecie, zyskują (a nie tracą) na znaczeniu. To zaś oznacza pogłębienie, a nie zanik różnicy potencjałów pomiędzy państwami centrum i peryferii, rozgrywającymi i rezerwowymi systemu-świata.

Dobrym przykładem na potwierdzenie tych słów jest NAFTA, porozumienie zawarte w 1993 r. pomiędzy USA, Meksykiem a Kanadą, tworzące północnoamerykański obszar wolnego handlu, mający stanowić przedsionek olbrzymiego wspólnego rynku państw obu Ameryk w (deklarowanym) celu zbliżenia warunków życia społeczeństw krajów członkowskich. W praktyce NAFTA okazała się pułapką zastawioną na peryferyjny Meksyk. Nastąpiło otwarcie jego granic dla amerykańskich towarów i kapitału (rozwój bezcłowych stref handlu tzw. maquiladoras) bez zasady wzajemności (w szczególności hodujący kukurydzę ubodzy Meksykanie byli zmuszeni konkurować z wysoce subsydiowaną kukurydzą amerykańską, bez możliwości ochrony własnego rynku poprzez instrumenty celne). Doszło do utraty kontroli nad zasobami surowcowymi, ropą naftową i gazem ziemnym oraz nad pieniądzem (peso), którego „ratunkiem” zajęły się globalne i „zsolaryzowane” instytucje finansowe. Na koniec amerykańskie agendy rządowe i instytucje pozarządowe, przeprowadziły swoistą rewolucję kulturalną Meksyku, propagując i wdrażając w tym „zacofanym kraju” nowoczesne modele edukacyjne, „demokratyczny ład medialny” itd., itp.

Zmienność globalnej hierarchii

Należy przy tym podkreślić, że – przedstawiane tu w modelowym ujęciu (oraz skrócie) – strukturalne relacje centrum–peryferia mają charakter historyczny, a zatem podlegają zmianie pomimo względnie trwałego charakteru występujących między nimi zależności. Zarówno centrum, jak i peryferia są dziedziną hierarchii, zależność peryferii jest stopniowalna, a geostrategiczne warunki i każdorazowy geopolityczny kontekst rywalizacji państw w obrębie centrum podlegają zmianie, stwarzając szansę historycznego awansu i ryzyko degradacji. Status i warunki istnienia krajów oraz pozycja ich gospodarek mogą podlegać i w praktyce podlegają renegocjacji poprzez prowadzenie umiejętnej i realistycznej polityki np. na drodze zawiązywania regionalnych koalicji czy też poprzez stopniowe usamodzielnianie kolejnych branż czy sektorów gospodarki. W centrum toczy się nieustanna rywalizacja o pozycje i wpływy, na której mogą korzystać państwa oraz ośrodki peryferyjne i półperyferyjne, które rozumieją reguły tej rywalizacji i potrafią ją dyskontować. W czasie kilkusetletniej historii nowoczesnego systemu-świata zależne państwa peryferyjne „wybijają się” na półniepodległy status półperyferyjny. A półperyferia, dzięki przemyślanej, rozważnej oraz aktywnej polityce budowy i konsolidacji własnych zasobów (np. polityce przemysłowej i merkantylistycznej), z impetem „włamują się” do centrum, gdzie koniec końców zapraszane są z pełną kurtuazją do „towarzyskiego klubu” decydentów. Taką właśnie drogę od peryferii do centrum utorowały sobie, w różnych historycznych cyklach kapitalistycznego systemu-świata, kraje skandynawskie, Niemcy, Japonia, czy obecnie Chiny.

Drogi wyjścia z peryferyjności

Przynależność do peryferii nie stanowi alibi dla programowej pasywności elit (mam na myśli elity inne niż ściśle kompradorskie). Należy odmówić racji poglądom, które mechanicznie opisują społeczną dynamikę obszarów peryferyjnych jako nieodwracalny efekt historycznego fatalizmu. Zgodnie z takim poglądem „lokomotywa historii znajduje się jedynie w centrum systemu-świata”, co skazuje kraje peryferyjne na zawsze bierną, podrzędną i wtórną, rolę w historii.

Samir Amin w pracy „Delinking: towards a Polycentric World” (1990) przekonuje, że państwa peryferyjne powinny skoncentrować się na własnej „policentrycznej agendzie”, co wymaga zakwestionowania przez nie reguł gry, narzuconych przez globalny kapitalizm.

Tytułowe „rozdzielenie” nie jest, dla autora koncepcji, synonimem rozwoju autarkicznego (mówiąc językiem oficjalnej propagandy systemu-świata), ale stanowi warunek przyjęcia odrębnej i własnej, wypływającej z afirmacji peryferyjnego dziedzictwa (nie z chęci „modernizacyjnego doganiania”), autonomicznej drogi.

Możliwe są dwie strategie odparcia, a co najmniej osłabienia presji wywieranych przez zewnętrzne światowe środowisko gospodarcze. Każda z nich dotyczy zbudowania i umocnienia, a ściślej konsolidacji zasobów, siły i władzy. Bądź to na zasadzie międzypaństwowych, najczęściej regionalnych, koalicji, bądź poprzez budowanie strategicznego aliansu pomiędzy państwem a biznesem na rynku krajowym. Obie strategie mają dopełniający charakter. Amin odnotowuje fakt powstania swoistych „państw katalizatorów”, konsolidujących krajowe i regionalne sieci handlu, finansów i inwestycji – zalicza do nich państwa azjatyckie, do niedawna ściśle peryferyjne, udowadniające, że prowadzenie polityki przemysłowej i podjęcie stawki na konsolidację zasobów, także w obecnej finansowej fazie globalizacji, wciąż jest możliwe. Warunkiem jest dbałość o to, aby kapitał – mobilizowany przede wszystkim na rzecz inwestycji ulokowanych w zaawansowanych technologicznie nowoczesnych przedsięwzięciach – nie pochodził z zewnętrznych, koordynowanych z globalnego poziomu, instytucji finansowych, lecz z rodzimych i regionalnych banków oraz funduszy.

Systemowe cykle akumulacji

Nieżyjący już włoski ekonomista i filozof Giovanni Arrighi, analizując fenomen historycznego rozwoju kapitalizmu, sformułował koncept „systemowych cyklów akumulacji”. Pozwala on podążyć za genezą, konsolidacją i dezintegracją następujących po sobie porządków kapitalistycznego świata-gospodarki, każdorazowo konstytuowanych przez motyw „niekończącej się akumulacji kapitału”.[4] Wedle autora „Długiego XX stulecia” kapitalizm ma dwa oblicza: materialne i spekulacyjne. Każdy z systemowych historycznych cyklów akumulacji składa się z fazy ekspansji handlowej i przemysłowej („materialnej”), po której następuje ekspansja finansowa („spekulacyjna”). Arrighi wyjaśnia reguły tego cyklicznego następstwa faz ekspansji kapitalizmu, odwołując się do marksizmu, a ściślej: do ogólnej formuły kapitału PTP’, która – jego zdaniem – dobrze przedstawia logikę, nie jedynie indywidualnych inwestycji, lecz także powtarzający się wzorzec ekspansji historycznego kapitalizmu jako systemu światowego. Istotą formuły jest przemienność faz ekspansji materialnej (faza PT akumulacji kapitału) oraz finansowej (faza TP’). W fazach ekspansji materialnej płynny kapitał pieniężny „puszcza w ruch” ciągle rosnącą masę towarową (w tym zamienioną w towar pracę), aby w (następujących po nich) fazach ekspansji finansowej zerwać się en masse z „wędzidła czystej materii”, uwolnić swą niematerialną, płynną i spekulatywną formę z materii, a ściślej z ograniczeń materialnej natury i w rezultacie uprościć cykl akumulacji (formuła PP’). Razem obie fazy akumulacji składają się na pełny systemowy cykl akumulacji (PTP’).

W początkowych fazach ekspansji materialnej każdego cyklu – na co autor dostarcza setek empirycznych danych – dominują tendencje kooperacyjne. Zarazem każdy z cyklów kończy się nadmierną akumulacją, która – w fazie wyczerpania się rezerw monetaryzacji, będącej imponującą i ostateczną (w danym cyklu rozwojowym) odpowiedzią kapitału na wezwanie do poszukiwania ekspansji i zysku – wyzwala lawinowo narastające międzynarodowe konflikty i napięcia, prowadząc do bezwzględnej konkurencji. Stąd wielkie cykle akumulacji kończy okres dekompozycji struktur władzy i „systemowego chaosu”. Kapitalistyczny system światowy przeszedł dotąd, zdaniem autora, cztery systemowe cykle akumulacji, których centra organizacji stanowiły odpowiednio: Genua (od XV do początku XVII w.); Niderlandy (od końca XVI do II połowy XVIII w.); Wielka Brytania (od końca XVIII w. do I wojny światowej) i USA (ten cykl rozpoczął się na przełomie XIX i XX w., zaś jego schyłkowa faza w latach 70. XX w.).

Pisząc o czterech cyklach akumulacji, Arrighi podkreśla, że każdy z tych cyklów był krótszy od poprzedniego, każdy kolejny hegemon rozporządzał potężniejszymi narzędziami władzy, a każda następna dojrzała faza monetaryzacji stawała się coraz bardziej złożona i nieprzenikniona.

Finansowy rdzeń kapitalizmu

Jako się rzekło, zasadniczym przywilejem sektora wielkiego korporacyjnego kapitalizmu jest prawo wyboru, co wynika z jego dominującej pozycji społecznej. Toteż pośród oplatających świat na globalną skalę holdingów, trustów, syndykatów i karteli – by odświeżyć w tym miejscu nieco zapomniane już monopolistyczne formy organizacji wielkiego kapitału – to finanse stanowią domenę, w której kapitał czuje się najpewniej. Wynika to nie tylko i nie przede wszystkim – jak się z reguły sądzi – z faktu, że właśnie dziedzina finansowa pozwala kapitałowi na większą elastyczność, szybkość i płynność.

Kapitał finansowy w znacznie większym stopniu niźli pozostałe sektory kapitalistycznego systemu-świata wyrasta z tego samego fundamentu, na jakim posadowiona jest instytucja nowoczesnego państwa. Historycznie biorąc, to nowoczesne państwo w zasadniczy sposób przyczynia się do rozwoju rynków finansowych. Zawłaszczając coraz to nowe obszary cywilnej dotąd domeny społecznej[5], państwa przez dziesięciolecia rozbudowują swój aparat podatkowy, aby w warunkach demokratycznej gry pozorów dobitnie przekonać się o tym, że nakładanie podatków nie jest rzeczą popularną i spotyka się z „niewdzięcznością” wyborców. Toteż rządy finansują stale rosnące wydatki za pośrednictwem długu publicznego z gwarancją spłaty via system podatkowy. Tym sposobem instytucje finansowe „prywatyzują” państwa przez faktyczne wywłaszczenie ich z tytularnie wyłącznego atrybutu stanowienia pieniądza.

Fernand Braudel na z górą dwóch tysiącach stron „Cywilizacji i kapitalizmu” drobiazgowo i przekonująco wykazuje, że prawdziwym światowym terytorium historycznego kapitalizmu nie jest ani handel, ani przemysł, lecz finanse. Choć w niektórych okresach, patrząc na rzecz ze społecznej, względnie długiej, wieloletniej perspektywy, kapitalizm w sposób spektakularny specjalizował się w handlu czy w przemyśle, to rzeczywiście stałą oś i nieodłączny motyw historii kapitalizmu stanowi „finansjeryzacja kapitału”. Bez niej nie byłoby rozkwitu włoskich państw-miast XII-XIV stulecia. I nie byłoby świetności Genui, Antwerpii czy Amsterdamu jako centrów kapitalistycznego świata, w których na fali wzrostu handlu i w efekcie niebywałej akumulacji kapitału na skalę przekraczającą zdolność absorpcji przez zwyczajowe kanały inwestycyjne, kapitalizm finansowy był w stanie, choć na krótko, wejść w rolę dominującą i kontrolującą aktywność przemysłu i handlu.

Zarazem jednak każdorazowy okres finansowej ekspansji, jako symptom dojrzałości danego cyklu rozwoju kapitalizmu, związany ze stałym przemieszczaniem się centrów grawitacji świata, jest dla francuskiego historyka „oznaką jesieni” – jak powiada (najwidoczniej za Johanem Huizingą). A więc: kulminacją, a zarazem początkiem zmierzchu i zapowiedzią „zmiany warty” w cyklicznym rozwoju historycznego kapitalizmu. Okresy supremacji zasady finansowej, ujmując rzecz historycznie, każdorazowo prowadziły do ostatecznego załamania się struktur organizacyjnych i równoczesnego kryzysu porządku hegemonicznego, na którym bazowała wcześniejsza ekspansja kapitału. Każdy następny cykl wywołuje przesunięcie struktur władzy w kierunku nowych centrów organizacji o „większej złożoności”, poprzedzone falą potężnych antysystemowych ruchów społecznych, względnie – obejmujących coraz większy obszar świata – wojen, które pełnią role grabarzy starego porządku dominacji. I tak, koniec XVIII i początek XIX w. przyniósł rwący potok społecznych rebelii i międzypaństwowych konfliktów, które uosabiają rewolucja francuska oraz amerykańska wojna o niepodległość i wojny napoleońskie. Z kolei rewolucja bolszewicka i wojny światowe, zamknęły kilkudziesięcioletni okres, konsolidowanych przez ruch robotniczy, społecznych niepokojów oraz spotęgowanej światowej rywalizacji mocarstw.

Podbój świata przez pieniądz

Jednym z podstawowych instrumentów funkcjonowania kapitalizmu jest komodyfikacja (utowarowienie) wszystkiego: dóbr, kapitału, pracy. To cena rynkowa decyduje o wartości, a wprowadzenie innych niźli rynkowe kryteriów oceny zakłóca czystość (sprawiedliwy charakter) relacji gospodarczych i społecznych. Potrzebne jest więc uniwersalne narzędzie oceny, jakim jest miernik pieniądza – narzędzie obiektywne i merytoryczne, abstrahujące od innych, inne niż uniwersalna logika towarowej wymiany rynkowej, względów natury „pozamerytorycznej”. Zatem idealne relacje społeczne kapitalizmu cechuje „bezlitosna rzeczowość”, zaś „wyrachowany ekonomiczny egoizm nie musi obawiać się tu żadnych zakłóceń ze strony imponderabiliów stosunków osobistych”[6]. Rynek nie poddaje się ocenie zewnętrznych – względem jego samosprawczej oraz autotelicznej logiki – praw, kryteriów, wartości i standardów. Kapitalizm to coś więcej niż stosunki produkcji i rynek światowy, za jego sprawą dokonuje się podbój świata przez pieniądz, który sprawia, że wszystkie „miarodajne wymiary bycia” modyfikowane są przez jego pośrednictwo („krąg przedmiotów osiągalnych za pieniądze rozszerza się coraz bardziej” – zauważa Georg Simmel).

Jego zasada nie liczy się z „wewnętrzną indywidualnością zjawisk”. Sprowadzając wszelką jakość i swoistość do tego, co jest wspólne wszystkim przed­miotom, pieniądz pyta o „ile?” każdej rzeczy i każdego społecznego fenomenu. Tym samym zyskuje status i pozycję teleologiczną, staje się celem samym w sobie, podczas gdy stosunki społeczne złożone zostają na „ołtarzu czystej cyrkulacji”.

Dokonanie „podboju świata” i wszystkich „miarodajnych wymiarów bycia” poprzez towarową „bezlitosną rzeczowość” oraz przeniesienie całokształtu życia objętych nią ludzi – jak to ujął Peter Sloterdijk – „w immanencję siły nabywczej” sprzyja reprodukcji oligarchicznych struktur dominacji i subordynacji. Od kiedy kardynalnym faktem nowożytności „jest nie to, że Ziemia krąży wokół Słońca, lecz to, że pieniądz krąży wokół Ziemi”, kapitalizm stał się nie tylko możliwy, ale konieczny[7].

W kategoriach Pierre’a Bourdieu można powiedzieć, że wraz z poszerzeniem pola rynków finansowych, które zaczyna zagarniać coraz rozleglejszą domenę naszych codziennych sprawunków i naszej życiowej krzątaniny, kapitał finansowy staje się demokratycznym kapitałem symbolicznym. A więc „kapitałem prawomocnym z zapoznaną arbitralnością jego nierównej dystrybucji” i pochodzenia, rozporządzającym powszechnie akceptowaną zdolnością definiowania kategorii postrzegania i oceny, mającym uwodzicielską i rozstrzygającą wątpliwości siłę.

Pieniężne (dziś powiedzielibyśmy może bardziej precyzyjnie: kredytowe) globalne uniwersum wywiera presję i powoduje demontaż tego, co „naturalne”, wprowadza konstruktywistyczny klimat, uderza w ontologię rzeczy i osób. Pieniądz, który rozporządza – powszechnie rozumianą – siłą nabywczą, ma dodatkowy przymiot i rzeczywiście obezwładniającą człowieka siłę. „Rozporządza siłą kuszenia (…) sprawuje władzę nad tymi, których pragnienia, potrzeby i plany życiowe przybrały postać czegoś, co można kupić” [8]. Jako „absolutny środek, ekwiwalent wszelkich wartości, wartość wszelkich wartości”, a przez to „jednoczący punkt niezliczonych łańcuchów celów” – jest pieniądz immanentnym, ziemskim odpowiednikiem idei Boga, swoistym centrum wszechświata, spajającą jednością, punktem kumulacji, w którym spotykają się różnorodne i odlegle rzeczy, odnajdując to, co wspólne. W świecie powszechnej relatywności rzeczy jawi się absolutem – uosabia wymienialną naturę rzeczy, pozostając oderwanym od konkretnych ich cech, nie rozpuszczając się w ruchu, relacjach, procesach, wyrastając ponad nie, co sprawia, że „obiekty w kulturze konstytuowanej przez pieniądz stoją do jego dyspozycji, podatne na względem niego posłuszeństwo”[9].

Demoniczna potęga pieniądza

Monetarna metamorfoza świata, spotęgowana przez techniczny wymiar kapitalistycznego utowarowienia bytu, wywołała „przejście rzeczy ze świata przynależności do świata opcji”, ich ontologiczne rozchwianie i dekonstrukcję. Simmel zwraca uwagę na płynną naturę pieniądza, przygodność jego istnienia i niefundamentalność oraz konfrontuje obraz świata konstytuowany przez powszechne, zapośredniczone przez pieniądz, stosunki wymiany, z klasycznym poglądem Greków (antycznych filozofów) na substancjalny charakter istnienia. Grecy (oczywiście starożytni, nie współcześni) potrafili stawić opór autotelizacji pieniądza, co wynikało ze struktury ich społecznego świata (wszak antyczny Grek to człowiek agrarny, osiadły na ziemi). Grecka wiara w substancjalność rzeczy, wstręt do tego, co labilne, wpłynęły na ich rozumienie handlu i pieniądza jako koniecznego, tylko nominalnego środka wymiany rzeczy.

Rozumiana jako nieustalone, płynne, elastyczne i podlegające obróbce nastawienie do ludzi i rzeczy, opcjonalność wypełniła horyzont świata przeżywanego przez dzisiejszego człowieka. Nowoczesny umysł – na co wskazują liczni filozofowie – stał się umysłem liczącym, „przekształcającym świat w zadanie rachunkowe”, w mniej lub bardziej skomplikowane formuły matematyczne, równania i algorytmy, wskaźniki i mierniki. Do naszego życia „zakradła się” powszechna wymierność i funkcjonalizacja. Rozum praktyczny uporządkowany został na techniczno-instrumentalnej zasadzie pieniężnej. Cyrkulujący pieniądz – obraz, który niczego nie ukazuje, do niczego poza sobą samym nie odsyła – nie gwarantuje realności, a przy tym zawiera w sobie „moc wikłania w proces wymiany dóbr, które nie są towarami, tak jakby nimi były” – uruchamia „procesy aksjologicznego cynizmu, nieustannie rozszerzając sferę tego, co daje się kupić. Pieniądz potęguje wolność, rozumianą jako „prawo pozbawionej granic możliwości” do poziomu kaprysu, a tym samym odrywa człowieka od związków z rzeczywistością (rytmu pracy, świadomości braku, konieczności dokonywania trudnych wyborów), wystawia na próbę jego lojalności (wszak grze na zniżkę waluty własnego kraju towarzyszy ostateczna kalkulacja na jego gospodarczą stagnację).

Nigdzie cyniczna potencja pieniądza nie ujawnia się z równą mocą, co wówczas, gdy przekracza chronione i intymne rewiry przyjaźni, miłości, szacunku dla samego siebie, skłania ludzi do „zaprzeczenia samym sobie”. Ideałem w perspektywie pieniądza byłaby zatem – i na tym w istocie polega jego cyniczna funkcja – „powszechna sprzedawalność wszystkiego i wszystkich”. W świecie rządzonym przez pieniądz „człowiek jest postrzegany jako jednostka przede wszystkim finansowa i od tej strony jest nadzorowany”. Sloterdijk podkreśla demoniczną zdolność pieniądza do „sprowadzenia najwyższych i najniższych wartości do jednego poziomu”. Rozsadnikiem cynizmu są „miejsca wielkiego obrotu pieniądza: im bardziej staje się on epicentrum płynnego świata obrotu rzeczy, cnota, honor, piękno, niewinność, talent, wszystkie wyższe dobra duchowe zostają podbite przez rynkowe wartościowanie wymienne, kruszące granice porządków i hierarchie wartości rzeczy”. Pieniądz odmawia im odrębności, dewaluuje je poprzez przydanie im „rynkowej ceny”, jako naukowej, bo obiektywnej, a nie subiektywnej, „niemerytorycznej” miary.

W obliczu krachu systemu-świata

Obecnie, po raz pierwszy w historii ludzkości, kapitalizm osiągnął sukces w kreowaniu zysków pieniężnych w oderwaniu od rzeczywistej wartości pieniądza i bez oglądania się na sektor produkcyjny. Demon nieograniczonej finansowej spekulacji zamieszkał w samym centrum antyrynkowej zony historycznego kapitalizmu. Poszukujący za wszelką cenę maksymalizacji zysku kapitalizm okazał się piramidą finansową, która nieustannie przesuwa dzień swego krachu. Ktoś powiedział, że „dzisiejsza sytuacja jest finansowym odpowiednikiem rządów terroru podczas rewolucji francuskiej”.

System-świat nie może w dalszym ciągu funkcjonować wedle konstytuujących go reguł. Stajemy przed koniecznym, nieuchronnym wyborem alternatywnych dróg. W sensie teoretycznym, lecz nade wszystko: w sensie społecznym i egzystencjalnym.

 

Pierwsza część tekstu: Zrozumieć globalny kapitalizm ukazała się w Czytelni kilka tygodni temu


[1] Termin I.M. Wallersteina, amerykańskiego historyka, socjologa i ekonomisty, autora fundamentalnej pracy The Modern World-System (dotąd ukazały się, kolejno w latach: 1974, 1980, 1989 i 2011, cztery tomy Nowoczesnego systemu-świata, obejmujące okres od XVI w. do wybuchu I wojny światowej). W języku polskim ukazało się dotąd kilka prac I. Wallersteina, w tym: Koniec świata, jaki znamy, Warszawa 2004; Analiza systemów-światów. Wprowadzenie, Warszawa 2007; Europejski uniwersalizm. Retoryka władzy, Warszawa 2007.

[2] W. Sombart, Wojna i kapitalizm (1913). Autor argumentuje, że kapitalizm to produkt władzy państwowej (i wojny, która wymagała ludzi i środków). Istotnie, władza państwowa konsoliduje się w odrębny suwerenny ośrodek dopiero wraz z powstaniem i rozwojem kapitalizmu. Silny aparat państwowy to niezbędny element, spoiwo i warunek istnienia kapitalistycznej gospodarki-świata.

[3] Azjatyckie, skrupulatnie przesłonięte ekranem światowych mediów, wypełnione niewolniczą, także dziecięcą pracą, sweat-shopy to druga, ciemna strona ostentacyjnej konsumpcyjnej euro-amerykańskiej orgii, dostarczającej (m.in. światowym mediom) krociowych, a więc znakomicie ułatwiających „zsynchronizowane milczenie” i higienę sfatygowanego sumienia zysków. Warto uświadomić sobie, że niewolnicza praca i głodowe pensje to integralne dane wejściowe globalnych algorytmów wynikowej akumulacji kapitału, formułowanych i ustanawianych dla świata peryferii przez światowe kartele biznesowo-polityczne.

[4] Należy odnotować w tym miejscu, że autorzy Imperium kwestionują strategię analityczną i perspektywę badawczą Fernanda Braudela i jego „uczniów”, w szczególności aprioryczny – ich zdaniem – cykliczny schemat rozwoju kapitalizmu, który czyni z jego dziejów „historię wiecznego powrotu”. Dodatkowo, autorzy Imperium argumentują, iż„każda teoria cykliczności zdaje się szydzić z faktu, że historia jest efektem ludzkich działań”, a na dodatek cykliczna analiza „nie pozwala rozpoznać pęknięcia systemu, zmiany paradygmatu, wydarzenia”.  G. Arrighi odpowiedział na powyższą krytykę esejem Lineages of Empire (2004), argumentując, że cykliczne przedstawienie historii kapitalizmu pozwala na uchwycenie specyficznych cech historycznego (w opozycji do typologicznie idealnego) kapitalizmu, a jednocześnie daje możliwość uchwycenia rzeczywiście nowych tendencji i zjawisk współczesności, poprzez umieszczenie ich w kilkuwiekowej perspektywie rozwojowej.

[5] Warto sięgnąć po poglądową lekcję dotyczącą mechanizmów wzrostu władzy, jakiej udziela w klasycznym już traktacie On Power. The Natural History of Its Growth (1947) B. de Jouvenel.

[6] Cyt. za: G. Simmel, Filozofia pieniądza, Warszawa 2012 (wyd. org. Philosophie des Geldes, 1900). Pośród polskich tłumaczeń socjologicznych rozpraw i esejów autora poświęconych kapitalizmowi warto sięgnąć także po: G. Simmel; Most i drzwi. Wybór esejów, Warszawa 2005.

[7] P. Sloterdijk, Kryształowy pałac, Warszawa 2011

[8] Wszystkie przywołania za: P. Sloterdijk, op. cit.

[9] G. Simmel uważał dlatego skąpstwo za „karykaturalną formę wewnętrznego poddaństwa (…) bycie sługą swego sługi”.

Tagi:
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Politolog, publicysta, w latach 1990–2004 był członkiem redakcji „Stańczyka”. Publikował m.in. we „Wprost”, „Najwyższym Czasie!”, „Myśli Polskiej”, „Nowym Świecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Ładzie”, „Nowym Państwie”. Pracował na kierowniczych stanowiskach w administracji publicznej, m.in. był dyrektorem generalnym w MEN i dyrektorem Zespołu Prezydialnego w Biurze RPO. Obecnie pracuje dla jednej z placówek dyplomatycznych Rzeczypospolitej Polskiej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz