Newsletter

Węgry, Polska, dwa bratanki…

Razem z głosowaniem nad uruchomieniem procedury z art. 7 przeciwko Węgrom, rośnie prawdopodobieństwo porzucenia założenia jedności Unii na rzecz założenia, że są w Unii państwa bardziej i mniej europejskie

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Parlament Europejski uruchomił w środę procedurę z art. 7 Traktatu przeciwko Węgrom, uznając, że pod rządami Viktora Orbána doszło tam do szeregu naruszeń praworządności i wartości europejskich. Wynik głosowania (448 za uruchomieniem procedury, 197 przeciw, 48 wstrzymujących się) nie pozostawia wątpliwości. Posłowie do Parlamentu Europejskiego dużą większością uznali, że węgierski model „demokracji nieliberalnej” nie mieści się w europejskim kanonie.

Nasuwa się jednak proste pytanie: skoro ta konstatacja jest tak oczywista, to dlaczego aż osiem lat zajęło instytucjom unijnym przekucie tego przekonania w praktyczne działanie? Czy nie było jasne od dawna, że kroki wstecz, jakie w dialogu z Brukselą wykonywał szef budapeszteńskiego rządu, są tylko zasłoną dymną? Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie wiedzie nas do Europejskiej Partii Ludowej (EPL/EPP). To w jej ławach w Strasburgu leżał klucz do wyniku głosowania w sprawie art. 7. I w środę kierownictwo EPP zdobyło się na krok, przed którym wcześniej wzdragało się wiele lat. Wprawdzie nie było dyscypliny głosowania, ale liderzy tej formacji (w szczególności przewodniczący partii, Joseph Daul, oraz szef jej frakcji parlamentarnej w Strasburgu, Manfred Weber) wyraźnie zapowiedzieli, że będą głosować za wnioskiem o uruchomienie art. 7. W efekcie większość (116 na 218 eurodeputowanych tej partii) głosowała tak samo, co pozwoliło z łatwością przekroczyć kwalifikowaną większość 2/3 wymaganą przy tego typu głosowaniach. Dlaczego Daul, Weber i inni liderzy w środę dali polityczny sygnał, którego nie odważyli się dać przez wiele lat?

Można zaryzykować tezę, że w EPP dojrzała świadomość, że Orbán nie reprezentuje już jakiegoś europejskiego marginesu, że jest już za późno na próbę zagadania problemu, na „prowadzenie z Fideszem konstruktywnego dialogu”. Wygląda na to, że zdecydowano się nazwać rzeczy po imieniu: Orbán (ale także Kaczyński, po trosze Matteo Salvini i paru innych z poziomu rządów krajów członkowskich, nie mówiąc o licznych pretendentach do władzy w wielu krajach) prowadzi tak wyraziście odmienną politykę od europejskiego mainstreamu, że tego dłużej nie da się ukryć i trzeba z tego wyciągnąć konsekwencje.

Czy nazwiemy to Unią dwóch, czy wielu prędkości, czy Unią twardego jądra i reszty, czy powiemy tylko, że w ramach istniejących traktatów dozwolona jest ściślejsza współpraca niektórych państw członkowskich – wychodzi na jedno

Viktor Orbán ogłasza, że on z EPP nie odejdzie, ale wydaje się mało prawdopodobne, by uruchomiony w środę (razem z art. 7) proces wewnętrznej klaryfikacji EPP zatrzymał się w tym miejscu. Raczej należy się spodziewać, że po takim opuszczeniu go przez sojuszników i protektorów z EPP, Orbán jeszcze bardziej zbliży się do europejskiej skrajnej prawicy, zaś większość EPP (włącznie z polskimi PO i PSL) utworzy szeroki front chadecko-liberalno-socjalistyczno-zielony. Wtedy wyjście Fideszu z EPP będzie już tylko formalnością. Taki podział europejskiej sceny politycznej będzie zapewne strukturyzował przyszłoroczną kampanię do PE i potem nowe rozdanie.

Środowe głosowanie jest jednak czymś więcej. Nie chodzi tylko o to, wedle jakich kryteriów ułoży się europejska scena polityczna, a głównie o to, jak dalej potoczy się rozwój Unii. Otóż zgoda na to, by nie chronić dłużej Orbána oznacza zgodę, by głośno powiedzieć, że niektóre kraje członkowskie nie wypełniają europejskiego minimum – i z tego także wyciągnąć konsekwencje.

Czy nazwiemy to Unią dwóch, czy wielu prędkości, czy Unią twardego jądra i reszty, czy powiemy tylko, że w ramach istniejących traktatów dozwolona jest ściślejsza współpraca niektórych państw członkowskich – wychodzi na jedno. Razem ze środowym głosowaniem silnie rośnie prawdopodobieństwo porzucenia założenia jedności Unii (nawet jeśli jego realizacja nie była dosłowna), na rzecz założenia, że są w Unii państwa bardziej i mniej europejskie. Niezależnie bowiem od ostatecznego rezultatu procedury z art. 7 wobec Węgier, politycznie pójdą one do europejskiej oślej ławki. Komentatorzy i politycy, którzy wskazują, że przecież na końcu tej procedury wymagana jest w Radzie Europejskiej jednogłośność, a jej się nie osiągnie, bo Polska będzie głosować przeciw, mają rację matematycznie, ale nie mają jej politycznie (jeśli nawet zgodzimy się, żeby wszelkie rozważania aksjologiczne wyłączyć poza nawias).

To prawda, że nie zapadnie decyzja o odebraniu Węgrom prawa głosu w RE, ani analogiczna decyzja w stosunku do Polski. Tyle tylko, że Polska głosując za Węgrami dołączy do nich do oślej ławki. A zasiadanie w oślej ławce będzie oznaczać koniec partnerskiego traktowania przez poważnych europejskich partnerów. Zbliżymy się do szarej strefy położonej między „Unią właściwą” a Rosją – ze wszystkimi tego konsekwencjami.