W strefie zgniotu

Fragment książki Jacka Bartosiaka „Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju”

Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie

Ignacy Krasicki

 

A potem tak jak zawsze – łuny i wybuchy

Malowani chłopcy bezsenni dowódcy

Plecaki pełne klęski rude pola chwały

krzepiące wiedza że jesteśmy – sami

Zbigniew Herbert, 17 IX

 

Między Bałtykiem a Morzem Czarnym

Dziewiętnastego października, ostatniego dnia czterodniowej, najkrwawszej, jaka może kiedy była i będzie, walki pod Lipskiem, między dziesiątą godziną a południem staliśmy, oficerowie sztabu księcia Neufchatel, pod drzewami, które ulicą otaczają miasto. Czekaliśmy rozkazów, słuchaliśmy nie wystrzałów, bo tych trudno było już rozróżniać, ale raczej grzmotu mniej więcej ryczącego, który nas wokoło opływał. Już wtenczas i szary koniec wiedział, jak rzeczy stoją. Z upadkiem potęgi Francji upadały i nadzieje Polaków. Ale mniemaliśmy, że dopiero pod Lipskiem tracimy powtórnie Ojczyznę, nie wiedzieliśmy, że Napoleon najłatwiej zawsze przyjmował warunek wrócenia jej w potrójne jarzmo niewoli. Piekielna obłudo! Szatańska polityko! Tyle poświęcenia, tyle krwi przyjmować za nadzieje, których w głębi serca nie myśli się spełnić. Skrępował nas tym Księstwem Warszawskim, tym królem saskim, i kiedy pozbawił wszelkiej samodzielności, jak martwą swoją własnością był zawsze gotów rozrządzić. Biada człowiekowi, którego los zawisł od drugiego, ale dwakroć biada narodowi, co zawisł od interesu innego narodu! Narody sumienia nie mają. Smutne rozmowy biednych nas Polaków w lipskich alejach przerwała kula armatnia, która zaszumiała, jak gdyby kto wentyl samego piekła uchylił, i potem ucięła kozła między nami. […] Wtem Rejtan zawołał: – Cesarz wsiada na koń. Ruszyliśmy i my […].

W takich okolicznościach obserwował upadek sprawy polskiej młodziutki, acz – jak widać – trzeźwy politycznie kapitan Aleksander Fredro w dniach 16–19 października 1813 roku podczas walnej bitwy pod Lipskiem i tak te chwile zapamiętał w swoich pamiętnikach zatytułowanych nader skromnie Trzy po trzy, które spisywał w równie beznadziejnych dla sprawy polskiej latach 1844–1846 (choć wracał jeszcze wielokrotnie do dopisywania tegoż pamiętnika, poprawiając go w kolejnych latach). Fredro doświadczył „na własnej skórze” zgniecenia nadziei na odbudowę Rzeczypospolitej. Jakże trudno musiało mu być w kolejnych latach i dekadach wykrzesać kolejną nadzieję na odmianę losu.

Aleksander Fredro urodził się 20 czerwca 1793 roku (jeśli wierzyć jego słowom i tradycji rodzinnej, akta jarosławskiej parafii bowiem spłonęły i dokładnej daty sam Fredro nie zdołał nigdy ustalić) w samym sercu pomostu bałtycko-czarnomorskiego – na ziemi lwowskiej, w geometrycznym środku Europy wyznaczanym rozciągnięciem konstruktu geopolitycznego dawnej Rzeczypospolitej. W pobliżu Lwowa bowiem znajduje się punkt, który jest tak samo oddalony o jakieś 600 kilometrów od Bałtyku, jak i od Morza Czarnego. Lwów był zawsze ważnym ośrodkiem integracji całego Międzymorza, będąc położony dogodnie w jego centralnej części i dzięki temu pełniąc funkcję „węzłowiska”, gdzie krzyżowały się wszystkie najważniejsze szlaki handlowe i komunikacyjne regionu.

Aleksander Fredro urodził się 20 czerwca 1793 roku (jeśli wierzyć jego słowom i tradycji rodzinnej, akta jarosławskiej parafii bowiem spłonęły i dokładnej daty sam Fredro nie zdołał nigdy ustalić) w samym sercu pomostu bałtycko-czarnomorskiego – na ziemi lwowskiej, w geometrycznym środku Europy wyznaczanym rozciągnięciem konstruktu geopolitycznego dawnej Rzeczypospolitej

Jak wielu przed nim i jeszcze więcej po nim oddanych idei Rzeczypospolitej i jej lądowemu imperium – co wówczas było jednym i tym samym – do wojska wstąpił jako szesnastoletni wyrostek na początku maja 1808 roku, kiedy pierwsze polskie oddziały zjawiły się w Galicji. Dwaj jego starsi bracia, Maksymilian i Seweryn, już od dwóch lat służyli pod orłami napoleońskimi, teraz stary pan Jacek Fredro wyprawił do wojska trzeciego syna. Młodzian niemal od razu, zaraz w czerwcu, został podporucznikiem (przede wszystkim – jak uczciwie wspomina – za pochodzenie i kindersztubę), rok później już porucznikiem, a w wieku lat dziewiętnastu kapitanem. W czerwcu pamiętnego 1812 roku wraz ze swoim 5. Pułkiem Strzelców Konnych stanął nad Niemnem i wraz z całą armią ruszył na wschód odbudować Rzeczpospolitą. W zachowanym „stanie służby” kapitana Fredry wymieniono ważniejsze bitwy, w których brał udział – często stojąc chwalebnie w przedniej straży wojsk: Romanow, Smoleńsk, Możajsk. Oglądał pożar Moskwy, przeżył gehennę powrotu armii napoleońskiej, co opisał genialnie we wspomnianym Trzy po trzy, sam omal nie utonął zepchnięty przez tłoczącą się, przerażoną ciżbę w nurty Berezyny. Aż wreszcie w pierwszych dniach grudnia dotarł do Wilna, gdzie ciężko chory na tyfus musiał pozostać w szpitalu i dostał się wówczas do rosyjskiej niewoli.

Za kampanię rosyjską 20 grudnia 1812 roku odznaczony został krzyżem Virtuti Militari. Uciekł z niewoli w chłopskiej sukmanie i 8 lipca 1813 roku przekroczył granicę na Niemnie. Po krótkim pobycie w domu we Lwowie wyjechał i przez Pragę dotarł do Drezna, by 24 sierpnia zostać wcielony do Sztabu Głównego Armii, z którą jako oficer sztabu brał udział w kolejnych przegranych kampaniach lat 1813 i 1814. Przez całą kampanię roku 1814 był tam, gdzie był sam cesarz Francji, a 5 kwietnia tegoż roku odznaczony został krzyżem francuskiej Legii Honorowej. Wtedy dobiegła końca pięcioletnia służba wojskowa Fredry – jak i wielu innych z „pokolenia szwoleżerów” – w ówczesnej wielkiej wojnie kontynentalnej, dającej nadzieję na rewizję ładu europejskiego i odtworzenie upadłego w XVIII wieku państwa.

Po abdykacji Napoleona Fredro wrócił do domu i gospodarował w rodzinnym majątku Beńkowa Wisznia, której dziedzicem był Jacek Fredro, hrabia herbu Bończa, ojciec kapitana Fredry. Opuszczając Paryż po klęsce Napoleona, Aleksander Fredro napisał zgrabnie: Wyjechaliśmy razem, z odmiennych pobudek: Napoleon na Elbę, ja zasię do Rudek – 49 kilometrów od Lwowa. Ze Lwowem był potem cały czas związany i po długim życiu w mieście tym zmarł.

W tym samym Lwowie, w którym przeszło 131 lat po Fredrze urodził się Zbigniew Herbert. Znajdującym się obecnie na Ukrainie i położonym niezmiennie na wielkim europejskim dziale wodnym. Deszcz spadający z jednej strony lwowskich dachów spływa do Bałtyku, a spadający z drugiej strony – do Morza Czarnego. Miasto równie niezmiennie pozostaje „przedsionkiem” Bramy Przemyskiej, która z kolei strzeże dogodnego wejścia do serca Rzeczypospolitej, znajdującego się w dolinie Wisły i Warty. „W moim mieście, do którego nie wrócę/ jest ciężka i pożywna woda” – pisał Herbert w jednym ze swoich późnych wierszy.

Lwów oddziela 340 kilometrów w linii prostej od Warszawy i w równie prostej linii 468 kilometrów od Kijowa. Dalej i znacznie dłużej jest natomiast do Kijowa szosą, pozostawiającą wiele do życzenia dla amatorów sprawnej podroży (540 km i co najmniej 6 godz. jazdy samochodem). Od Odessy w linii prostej dzielą centrum Lwowa 622 kilometry. Źle utrzymaną szosą jedzie się do Odessy aż przez 811 kilometrów, co zabiera mordercze 12 godzin jazdy autem. Bliżej znacznie jest do Krakowa – w linii prostej tylko 294 kilometry.

Skoro mamy zająć się przestrzenią państwa polskiego, to warto odnaleźć się w odległościach przestrzennych na wszystkich kierunkach prowadzących od środka obszaru rdzeniowego i jednocześnie ośrodka dyspozycyjnego państwa polskiego, znajdującego się od XVI wieku nad środkową Wisłą.

Młodzian niemal od razu, zaraz w czerwcu, został podporucznikiem (przede wszystkim – jak uczciwie wspomina – za pochodzenie i kindersztubę), rok później już porucznikiem, a w wieku lat dziewiętnastu kapitanem

Z Warszawy do dawnej południowej stolicy Rzeczypospolitej – Krakowa – jest w linii prostej 252 kilometry. Z Warszawy na północ do Gdańska strzegącego ujścia Wisły do morza – 284 kilometry, na zachód do Poznania, będącego centrum pierwszej historycznej dzielnicy i kolebki państwa – 279 kilometrów. Z Warszawy do Wrocławia, położonego na tradycyjnie bogatszym i lepiej rozwiniętym od reszty kraju Śląsku, skomunikowanym z zachodem i południem Europy przez Bramę Morawską – 301 kilometrów. Z Warszawy do Grodna, strzegącego „drzwi” do serca kraju od strony wschodnich obszarów buforowych, odległość w prostej linii to 248 kilometrów. Nieco bliżej, bo jedynie 182 kilometry, jest do drugiej dawnej wschodniej strażnicy – Brześcia, obu miast znajdujących się na terytorium obecnej Białorusi. Trudno oprzeć się wrażeniu „centralności” położenia Warszawy względem ważnych ośrodków dawnego państwa.

Idąc w kierunku wschodnim, nieco dalej jest z Warszawy do Wilna – 394 kilometry, do Rygi jest natomiast już 562 kilometry, a do Tallina aż 836 kilometrów (samochodem nawet 971 km). Z Warszawy do Dyneburga, miasta trzymającego linię strategicznej granicy na Dźwinie, jest 542 kilometry. Z Warszawy do Mińska położonego „po drodze” na Bramę Smoleńską odległość wynosi 476 kilometrów. Do samego Smoleńska zaś 783 kilometry (871 km samochodem), a do Moskwy 1152 kilometry. Z Warszawy do Kijowa odległość wynosi 690 kilometrów (samochodem 781 km), a do Odessy na wybrzeżu Morza Czarnego 951 kilometrów, choć samochodem aż 1243 kilometry.

Patrząc na północ, z Warszawy do Sztokholmu odległość wynosi 812 kilometrów, oczywiście wliczając konieczność pokonania Morza Bałtyckiego. Bliżej oczywiście jest z Gdańska/Gdyni do stolicy Szwecji – 555 kilometrów, a już zupełnie blisko – tylko 280 kilometrów – do Karlskrony w południowej Szwecji, gdzie znajduje się główna baza szwedzkiej floty wojennej. Z Gdańska morzem do strategicznie arcyważnych Cieśnin Duńskich, oddzielających państwo polskie od Morza Północnego, Atlantyku i wielkiej magistrali handlu globalnego – Oceanu Światowego, jest 415 kilometrów. Na wschód do rosyjskiego portu wojennego Bałtijsk z redy gdańskiej jest zaledwie 87 kilometrów. Dużo dalej jest z Gdańska morzem do stolicy carów nad Zatoką Fińską – Petersburga, bo aż 1301 kilometrów.

Z Warszawy do Stambułu (Konstantynopola) w linii prostej jest wydawałoby się nie aż tak daleko – 1388 kilometrów. Jednak jazda samochodem, prawie „naokoło”, przez słabo obecnie skomunikowane połączenia północy z południem wiodące przez Karpaty, dolinę Dunaju, Trację, do obecnej stolicy Turcji, a dawnego centrum handlowego świata, wynosi łącznie aż 2217 kilometrów. W mapach mentalnych naszych przodków musiało to być jednak znacznie bliżej, skoro sam Adam Mickiewicz udał się do Konstantynopola (gdzie zresztą zmarł w 1855 r.) wierząc w formowanie w Turcji Legionu Polskiego do walki z Rosją. Znad Bosforu jest jeszcze drugie tyle do Kairu (1237 km, choć samochodem dwa razy dalej), Suezu (1271 km, samochodem również dwa razy dalej) oraz nieco mniej przez pogrążoną w wojnie Syrię do Bagdadu (1612 km). Podobnie źle skomunikowana jest lądowa trasa Warszawa–Teheran – do metropolii położonej w sworzniowym punkcie geopolitycznego „Lądu” – wynosząca w linii prostej 3018 kilometrów, ale chcąc podróżować najszybszą trasą samochodem systemy nawigacyjne podają aż 4659 kilometrów. Znów wydawałoby się „naokoło” przez Bramę Morawską, dolinę Dunaju, Żelazną Bramę, Bosfor i Stambuł, w poprzek przez całą Anatolię, by wreszcie po ponad dwóch dobach jazdy bez przerwy (50 godz.) dotrzeć na Wyżynę Irańską. Tam znajduje się największe miasto Wielkiego Bliskiego Wschodu – Teheran (choć toczą się spory na temat pierwszeństwa w tym zakresie pomiędzy Kairem a Teheranem), w pobliżu Morza Kaspijskiego, oddzielone od tego morza górskim masywem Elbrusu. Teheran, Kair, Bagdad i Stambuł to cztery największe miasta Wielkiego Bliskiego Wschodu i jak widać są nieustannie fatalnie skomunikowane z Niziną Środkowoeuropejską. Znacznie byłoby szybciej zarówno do Stambułu, jak i do Teheranu, gdyby dobrze skomunikowane były połączenia z Polski przez Lwow, Podole, Mołdawię, Besarabię, Rumunię czy Ukrainę i sprawniejszą komunikacją morską przez Morze Czarne.

Z Warszawy do Budapesztu w linii prostej jest 545 kilometrów (ale samochodem już 895 km). Z Warszawy do Pragi 518 kilometrów (choć samochodem 687 km). Z Warszawy natomiast do Berlina szlakiem równoleżnikowym przez Nizinę Środkowoeuropejską jest 518 kilometrów. Co znamienne i do tego jeszcze wrócimy – samochodem jest niewiele więcej – 572 kilometry. Gorzej skomunikowana jest Warszawa ze Szczecinem: w linii prostej do tego miasta ze stolicy państwa polskiego jest 454 kilometry, ale samochodem aż 572 kilometry, więc dokładnie tyle, ile do niemieckiej stolicy.

Poszerzając dalej perspektywę patrzenia: z Warszawy do Paryża w linii prostej jest tak daleko, jak do Stambułu – 1368 kilometrów, ale już samochodem niewiele więcej – bo 1586 kilometrów (jakże inaczej niż nad Bosfor!). Z Warszawy do oddzielonego kanałem La Manche Londynu odległość wynosi 1451 kilometrów.

Przekraczając granice kontynentów: z Warszawy przez północny Atlantyk do Waszyngtonu jest 7189 kilometrów, podczas gdy z Warszawy do Pekinu przez masy lądowe Eurazji jest o 238 kilometrów bliżej – 6951 kilometrów. Najkrótsza droga wiedzie do stolicy Chin lądowym szlakiem przez Lublin, Lwow szlakiem na Kijów, Donbas, rosyjskie Powołże, przez step pontyjski, na południe Uralu do Kazachstanu, przez południowy skrawek Mongolii i dalej wprost do północnych Chin, gdzie leży Pekin.

W okresie swojego największego rozwoju terytorialnego pod koniec XV wieku i pod koniec XVI wieku dawna Rzeczpospolita zajmowała 900 tys. kilometrów kwadratowych, pod koniec swojego istnienia zaś – 750 tys. kilometrów kwadratowych. Więc jeszcze w dobie upadku, dosłownie chwilę przed rozbiorami, była wciąż półtora razy większa niż potężna wówczas Francja. Południową granicę kraju stanowiły Sudety i Karpaty, gęsto zalesione i tylko na przełęczach dostępne dla komunikacji. Oddzielając Śląsk i Polaków od Czechow, bardziej niedostępne i zalesione Sudety okazały się do tego granicą wybitniejszą niż Karpaty, które pozwoliły na rozszerzanie się ludzkich migracji w swoim wnętrzu również na południowych stokach.

Śląsk był przez wieki niezwykle dogodną drogą z południowej Polski na zachód i południowy zachód Europy. To znaczenie komunikacyjne Śląsk zachował do dzisiaj, niezależnie od zasobów węgla, potęgi przemysłowej na nim zbudowanej, a wszystko to łącznie dające podstawy do znaczącego zaludnienia tej starej dzielnicy piastowskiej. Tym samym Śląsk odgrywał i odgrywa nadal rolę obrotową, sworzniową, czy mówiąc inaczej – piwotalną dla Polski, Niemiec, Czech (Austrii i Austro-Węgier), co tłumaczy skomplikowane dzieje tej dzielnicy i jej wagę dla każdego z tych organizmów państwowych. Obecnie Śląsk daje państwu polskiemu głębię strategiczną na wypadek wojny z Rosją na wschodniej flance NATO.

Między Karpatami a Sudetami istnieje bardzo szerokie przejście zwane Bramą Morawską. Jest to dolina o długości 40 kilometrów i szerokości ponad 32 kilometrów, zawieszona około 200–250 metrów nad poziomem morza, przez którą sięgały wpływy Piastów i Jagiellonów na Czechy i Węgry, ale i z drugiej strony szły pretensje czeskie do krain położonych wzdłuż biegu Odry i Wisły. Na wąskim przejściu z rozległej Niziny Nadwiślańskiej do Bramy Morawskiej i na Nizinę Śląską leży dawna stolica Polski – Kraków, broniący kraju przed zakusami opanowania górnego i średniego dorzecza Wisły od południowego zachodu. W czasach panowania austro-węgierskiego nad Galicją stanowiący forpocztę broniącą Bramy Morawskiej i wejścia nad Dunaj w kierunku na stolicę Habsburgów – Wiedeń – od napaści ze strony Rosji.

Skoro mamy zająć się przestrzenią państwa polskiego, to warto odnaleźć się w odległościach przestrzennych na wszystkich kierunkach prowadzących od środka obszaru rdzeniowego i jednocześnie ośrodka dyspozycyjnego państwa polskiego, znajdującego się od XVI wieku nad środkową Wisłą

Bramą Morawską prowadził odwieczny, pełen dróg i ludzi szlak kulturalny i historyczny. Tamtędy przyszło do Polski ponad 1000 lat temu chrześcijaństwo, potem protestantyzm, prądy husyckie, oświecenie, tamtędy przemycano na przełomie XVIII i XIX wieku na ziemie polskie nowinki rewolucji przemysłowej. Przez Bramę Morawską Jan III Sobieski ciągnął na czele wojsk polskich późnym latem 1683 roku na odsiecz Wiednia, a w czasie wojen śląskich w XVIII wieku obszar ten miał wielkie znaczenie dla obu stron działań wojennych, podobnie jak w kampanii 1805 roku dla armii Napoleona. Tam położony był (i nadal zresztą jest) Bogumin, dawniej ważny węzeł komunikacyjny i kolejowy, który łączył Berlin z Wiedniem, Nizinę Środkowoeuropejską z doliną Dunaju, a nawet Berlin z Bagdadem w XX wieku. Zdawali sobie z tego sprawę najwyraźniej również decydenci w Warszawie w czasie aneksji Zaolzia wczesną jesienią 1938 roku, skoro w formie reportażu to znaczenie węzłowe opisywał w wydanej jeszcze przed wojną światową Sztafecie Melchior Wańkowicz. Dziś również południkowa autostrada A1 z nadbałtyckich Gdańska i Gdyni, przez środkową Polskę, dociera przez Bramę Morawską do Bogumina, skąd komunikuje dalej z wnętrzem Czech przez Ostrawę, Ołomuniec i Brno z Pragą, oraz Wiedniem i Bratysławą nad Dunajem.

Karpaty są przedzielone zatoką Niziny Węgierskiej nad Cisą oraz przez obniżenie dukielskie, gdzie są najniższe i najwęższe. Tędy szła kolej z Przemyśla do Budapesztu, a sam Przemyśl jako forteca bronił nie tylko drogi na Kraków, ale i na południe – na Węgry. Ponadto w tym miejscu Karpaty „skręcają” z ułożenia zachodnio-wschodniego na północno- zachodnie i południowo-wschodnie. Krzyżującymi się tam od wieków drogami, łącząc przez niskie przełęcze Spisz i Węgry z Polską, szły komunikacja i handel. Tam też europejski dział wodny przybliża się do Dniestru i jest w niektórych miejscach tak płaski i niski, że już w XVII wieku myślano w Rzeczypospolitej o połączeniu Wisły z Dniestrem spławnym kanałem. Mniej więcej na wysokości Przemyśla Karpaty wyginają się łukiem w kierunku Morza Czarnego, ale do niego nie dochodzą, zaginając się znów łukiem na zachód przed Bramą Mołdawską, z jej środkiem w węźle komunikacyjnym – mieście Gałacz w dzisiejszej Rumunii. Brama Mołdawska to około 200-kilometrowy przesmyk lądowy między łukiem Karpat a brzegiem Morza Czarnego, splątany bagnistymi dolinami Seretu, a przede wszystkim deltą Dunaju, gdzie przenikały wpływy cywilizacyjne i handlowe Bizancjum, potem imperium osmańskiego i Bałkanów oraz całego Wschodu, komunikując się w kierunku północnym i północno-zachodnim z ziemiami Rzeczypospolitej13. Brama Mołdawska, a przede wszystkim związane z nią – dostęp do Morza Czarnego w portach Kilia i Białogród (Akerman) oraz przejście bezpośrednio z Nadczarnomorza w dolinę Dunaju, były przedmiotem zainteresowania kolejnych władców Rzeczypospolitej. Począwszy od Kazimierza Jagiellończyka przez Jana Olbrachta, Zygmunta III Wazę, po Jana III Sobieskiego oraz wielkich hetmanów Jana Zamoyskiego, Jana Karola Chodkiewicza oraz Stanisława Żołkiewskiego, który pod Cecorą przypłacił za to całkiem dosłownie swoją głową. Szlaki wojenne wiodące na Bramę Mołdawską wyznaczają miejsca wielkich bitew oręża Rzeczypospolitej o kontrolę tego strategicznego przejścia za linią Dniestru: Chocim, Kamieniec Podolski, Cecora, Suczawa, Koźmin i lasy Bukowiny.

Z Warszawy do Stambułu (Konstantynopola) w linii prostej jest wydawałoby się nie aż tak daleko – 1388 kilometrów

Wprawdzie od Gałacza Dunaj przyjmuje kierunek równoleżnikowy, ale nie stanowił on zapory nieprzebytej, a szlaki prowadzące z tamtego obszaru w kierunku Rzeczypospolitej odpowiednio się do tego dostosowywały. Idąc znad Dunaju na północ działem wodnym między Prutem a Dniestrem wiódł starożytny szlak multański na Halicz, a potem na Lwów. Drugi, szlak kuczmański, szedł działem wodnym między Prutem a Bohem i na północnym Podolu łączył się z tzw. czarnym szlakiem, który wiódł od ujścia Dniepru działem wodnym pomiędzy Bohem a Dnieprem i wychodził bezpośrednio na Lwów. We Lwowie splatały się wszystkie drogi z południowego wschodu i ze wschodu. Ze Lwowa na zachód ciągnął szlak podkarpacki przez Przemyśl na Kraków i na zachód od starej stolicy łączył się ze szlakiem bursztynowym. Szlaki powyższe były jednocześnie drogami, którymi nadciągali napastnicy tureccy i tatarscy, toteż po drodze został zbudowany cały szereg miast i warowni obronnych.

Na wschód i południowy wschód od szczytów Karpat płynie Czeremosz, dopływ Prutu, granica Rzeczypospolitej aż po Dniestr. Potem wzdłuż Dniestru przez Dzikie Pola do Dniepru biegła granica „otwarta”, wymagająca nieustannie czujności i obrony przeciw skorym do napadów Wołochom, a przede wszystkim Turkom i Tatarom. Wschodnia granica lądowego imperium Rzeczypospolitej przesuwała się w rożnych czasach nawet na dział wodny Dniepru, Wołgi i Donu. Ostatecznie oparła się na półkolistej linii Dniepru i Dźwiny. Była to linia najdłuższa, do obrony bardzo trudna, a narażona na ataki Turcji, Kozaków, Moskwy i Szwedów.

Bałtyk od Zatoki Ryskiej po Pomorze dosyć dobrze, chociaż nie zawsze (jeśli obca flota panowała niepodzielnie na akwenie, vide najazdy szwedzkie w XVII w.) osłaniał obszar rdzeniowy państwa od północy. Odra i Nysa Łużycka, stanowiąca granicę w średniowieczu, dopiero po 1945 roku jest znakomitą linią strategiczną, o której marzyli przywódcy państwa przez stulecia, do czego jeszcze wrocę. Rozciągłość kraju jest najmniejsza między Beskidem Zachodnim a Bałtykiem wynosząc około 500 kilometrów, a największa, 1200 kilometrów, między Bałtykiem a Morzem Czarnym. Rozciągłość w kierunku równoleżnikowym wahała się między 1200 a 1600 kilometrów, uwzględniając najdalsze zasięgi terytorialne dawnego państwa.

Zdolności obronne Rzeczypospolitej rzadko były potęgowane przez uwarunkowania naturalne. Słusznie też zdawano sobie z tego sprawę już w XVI wieku, gdy niejaki Grabowski pisał: „Gdy inne państwa obronne wodą mają porty warowne, góry niedostępne, my nic… Owo zewsząd do Polaków pola i drogi nieprzyjacielowi wyborne, przestronne, postąpi ustąpi, wejdzie, wynijdzie, żywności, jeńców nabierze, gdzie chce i jako chce. W samych rękach naszych, w piersiach i gardłach naszych munitia nasza – to nasze góry, to nasze wody, to zamki, mury i wały polskie”. Do tego państwo polskie, jak na tak otwarte i rozległe granice, bardzo mało miało twierdz czy warowni, które powstrzymywałyby inwazję nieprzyjaciela. Pomijając bowiem liczne zamki i zameczki we wnętrzu kraju, których wartość strategiczna po średniowieczu zmalała (gdy uległy zmianie środki wojenne i oblężnicze), wymienić należy Kraków, który osłaniał drogę z Bramy Morawskiej w dolinę Wisły, oraz liczne zameczki wzdłuż Karpat broniące przejść przez góry – jak Czorsztyn, Rytro, Odrzykoń, Sobień i inne.

W okresie swojego największego rozwoju terytorialnego pod koniec XV wieku i pod koniec XVI wieku dawna Rzeczpospolita zajmowała 900 tys. kilometrów kwadratowych, pod koniec swojego istnienia zaś – 750 tys. kilometrów kwadratowych

Na froncie południowo-wschodnim warowni było najwięcej. Linii Dniestru bronił przede wszystkim Kamieniec Podolski, jedna z najsilniejszych i dzięki naturze dobrze usytuowanych twierdz w Rzeczypospolitej. Oprócz Kamieńca wiele było zamków i zameczków czy stanic nad brzegami Dniestru osłaniających przeprawy i brody na rzece: Rakowiec, Okopy Świętej Trójcy, Żwaniec, Mohylow i Raszkow – dobrze znane z „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza. Szlaki i drogi wiodące przez Podole w głąb Polski strzeżone były przez liczne warownie i zameczki podolskie, jak Ścianka, Humań, Bracław, Kalnik, Niemirow, Bar, a dalej na zachodzie Zbaraż, Trembowla, Czortkow, Buczacz, Brzeżany, Podhajce i Pomorzany. Wreszcie wstępu do serca Rzeczypospolitej bronił wspominany wcześniej Lwow i zaraz po nim silna twierdza Zamość. O Lwów złamała się niejednokrotnie nawała Turków, Tatarów i Kozaków.

Południkowy przekrój przestrzeni państwa od Bałtyku po Karpaty unaocznia, jak bardzo krainy geograficzne w Polsce ciągną się rozległymi równoleżnikowymi pasami w ten sposób, że po pasie pojezierzy następuje pas wielkich dolin, po nim pas wyżyn, a po nim pas podkarpackich nizin po same Karpaty

Od wschodu broniły Ukrainy Przeddnieprzańskiej obwarowane Kudak, Czehryń, Czerkasy, Kaniow i Kijów. Średni bieg Dniepru już z właściwości lokalnej przyrody dzięki błotom poleskim był łatwiejszy do obrony. Górny zaś bieg Dniepru wyznaczał swoim kresem dział wodny, którym prowadziła najkrótsza droga z Moskwy do Polski (Brama Smoleńska) osłaniana przez dłuższy czas przez najpotężniejszą twierdzę Europy Wschodniej – Smoleńsk, a oprócz niej mniejsze warownie w Mohylewie i Borysowie. Idąc dalej poza Bramę Smoleńską łączącą Dniepr i Dźwinę, na północnym zawiasie Bramy nad samą Dźwiną leżały Połock i Dyneburg, oba miasta silnie obwarowane. Bliżej w kierunku obszaru rdzeniowego Rzeczypospolitej, we wnętrzu historycznej Litwy, były liczne zameczki, jak w Mińsku, Nieświeżu i w innych miejscowościach. Wreszcie w dorzeczu Niemna leżała stolica Litwy Wilno – ukochane miasto Józefa Piłsudskiego, a także Lachowicze, Grodno i Kowno.

Na wybrzeżu bałtyckim tylko Gdańsk był silnie obwarowaną twierdzą. Ściany zachodnia i północno-zachodnia Polski za czasów piastowskich niespokojne i często atakowane, osłaniane były przez błota Odry, Warty i Noteci. Głębiej obronę ryglował obwarowany murami Poznań.

Przez Bramę Morawską Jan III Sobieski ciągnął na czele wojsk polskich późnym latem 1683 roku na odsiecz Wiednia, a w czasie wojen śląskich w XVIII wieku obszar ten miał wielkie znaczenie dla obu stron działań wojennych, podobnie jak w kampanii 1805 roku dla armii Napoleona

Południkowy przekrój przestrzeni państwa od Bałtyku po Karpaty unaocznia, jak bardzo krainy geograficzne w Polsce ciągną się rozległymi równoleżnikowymi pasami w ten sposób, że po pasie pojezierzy następuje pas wielkich dolin, po nim pas wyżyn, a po nim pas podkarpackich nizin po same Karpaty. Ów pasowy układ jest wyjątkowo charakterystycznym rysem naszej przestrzeni. Obszar rdzeniowy państwa polskiego skupiał sześć podstawowych dzielnic: Małopolskę, Mazowsze, Pomorze Wschodnie, Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze Zachodnie. Małopolska historyczna rozpostarta od Pilicy i Wieprza na północy do pogórza karpackiego; Mazowsze od Pilicy na południu po Bug i Narew na północy; Śląsk między Wartą a Odrą i między doliną Baryczy na północy a górami na południu (z ziemią lubuską jako zachodnimi kresami Śląska chroniącymi kolebkę państwa w Wielkopolsce od strony niemieckiej); centralnie położona Wielkopolska, niestykająca się dawniej bezpośrednio z żadnym wrogiem, rozciągnięta wraz z biegiem Warty w kierunku Odry i nad Notecią z pasem jezior i Puszczą Notecką oraz odgraniczona od drugiej „królewskiej” dzielnicy, Małopolski, jedynie Pilicą.

Istotę obszaru rdzeniowego i jego sens oddaje formuła dzielnicy senioralnej utworzona przez króla Bolesława Krzywoustego, obejmująca Kraków, Sieradz, Łęczycę, Kalisz i Gniezno, mająca utrzymać jedność kraju: wszystkie dzielnice z nią graniczyły, a ona komunikowała je wszystkie między sobą tworząc pomost, którym można było sięgnąć ze stołecznej Małopolski właściwie wszędzie. Na przykład Śląsk mógł się komunikować przez nią z Mazowszem i Pomorzem.

Od wschodu broniły Ukrainy Przeddnieprzańskiej obwarowane Kudak, Czehryń, Czerkasy, Kaniow i Kijów

Kręgosłupem państwa oraz jego geopolitycznym „stosem pacierzowym” była, jest i zawsze będzie rzeka Wisła i jej dorzecze. W ciągu ostatnich 1000 lat główny rdzeń ludności polskiej przypadał na górną Odrę, na średnią i górną Wartę i prawie całkowicie na całe dorzecze Wisły. Tylko bowiem przy swoim ujściu do morza Wisła nie zawsze słyszała polską mowę. Polski obszar etniczny rozszerzał się w tym czasie w wyniku ekspansji na wschód poza obszar rdzeniowy rosnącego imperium lądowego. Półwyspy polskie osadnicze sięgały na Podole i Wołyń po Żytomierz i Berdyczow, a na północnym wschodzie od Przesmyku Suwalskiego po Dyneburg nad Dźwiną, obecnie znajdujący się na Łotwie. Na tych „półwyspach”, w zależności od konkretnego miejsca i czasu, od 5 do 50 proc. ludności obszaru stanowili Polacy. W okolicach Lwowa, Tarnopola i Wilna stanowiąc do 50 proc., a na przykład na tzw. wyspie mińsko-witebskiej – 25 proc. Zwarty polski obszar etnograficzny zajmował około 200 tys. kilometrów kwadratowych.

Rocznie spławiano ponoć Wisłą do Gdańska w połowie XVII wieku ćwierć miliona ton zboża i była to liczba olbrzymia na tamte czasy, stawiając Wisłę pod względem przewozów na miejscu czołowym wśród wszystkich rzek świata

Dorzecze Wisły miało największe znaczenie dla rozwoju dziejowego państwa polskiego i stanowiło jego serce jako węzłowisko hydrograficzne, gdyż zbliża się ono do dorzeczy wszystkich większych rzek Rzeczypospolitej. W przeciwieństwie do Dunaju czy Renu ta wielka europejska rzeka płynie w środku dużego kraju, a nie przez cały szereg rożnych państw, jak Dunaj, czy po ich granicach, jak Ren. Jako arteria komunikacyjna przebija się nie tylko środkiem Polski, ale środkiem swojego dorzecza od wieków służy jako droga wodna zarówno w kierunku południkowym, łącząc Małopolskę i Mazowsze z Bałtykiem, jak i równoleżnikowym, łącząc Dniepr z Odrą. Żywy ruch spławny i handlowy sprawiał, że żadna z rzek Rzeczypospolitej nie miała na swoich brzegach tylu miast i osad, co Wisła, niosąc swoimi wodami zboże i drewno do Gdańska – by wymienić: Kraków, Sandomierz, Kazimierz, Warszawa, Płock, Włocławek, Toruń, Grudziądz czy dawniej Elbląg. Tymczasem brzegi Dniestru czy Bohu były pozbawione osad handlowych, a z pozostałych rzek dawnego państwa polskiego posiadały je, choć w znacznie mniejszym stopniu niż Wisła, jeszcze tylko Odra, Dniepr, Niemen i Dźwina.

Wzdłuż Dniestru przez Dzikie Pola do Dniepru biegła granica „otwarta”, wymagająca nieustannie czujności i obrony przeciw skorym do napadów Wołochom, a przede wszystkim Turkom i Tatarom

Rocznie spławiano ponoć Wisłą do Gdańska w połowie XVII wieku ćwierć miliona ton zboża i była to liczba olbrzymia na tamte czasy, stawiając Wisłę pod względem przewozów na miejscu czołowym wśród wszystkich rzek świata. Ren – największa rzeka Rimlandu Europy – dopiero pod koniec XVIII wieku osiągnął 100 tys. ton przewozów, dopiero w XIX wieku osiągając taki poziom, jak Wisła w XVII wieku. Obrót gospodarczy osi Wisły miał wpływ na rozwój ziemi lubelskiej, który się zaczął na dobre po zawarciu unii lubelskiej, komunikując względnie bogaty rolniczo Wołyń z sercem Rzeczypospolitej w dolinie Wisły przez Mazowsze, położone notabene w połowie drogi między stolicą Korony – Krakowem a Wilnem – stolicą Wielkiego Księstwa Litewskiego. Unia Polski z Litwą uruchomiła wschodnie dorzecze Wisły włączając je w proces rozwoju gospodarczego państwa. Mazowsze z Warszawą w centrum jako dogodną równoleżnikową przeprawą przez Wisłę stało się wówczas dzielnicą centralną, komunikującą wszystkie dzielnice państwa: z Małopolską, Wielkopolską, z Litwą, a przez ziemię lubelską z województwami ruskimi, „zbliżając” Wilno, Poznań i Lwów do siebie i do Krakowa jednocześnie.

ekspert ds. geopolityki i strategii, doktor nauk społecznych, obronił doktorat w Polskiej Akademii Nauk na temat sytuacji geostrategicznej Stanów Zjednoczonych i Chin na Zachodnim Pacyfiku i w Eurazji w kontekście amerykańskiej koncepcji wojny powietrzno-morskiej. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, adwokat i partner zarządzający w kancelarii adwokackiej zajmującej sie obsługą biznesu. Jest członkiem Rady Budowy Okrętów, współpracownikiem amerykańskich ośrodków analitycznych zajmujących się geopolityką, bezpieczeństwem oraz konfliktami zbrojnymi, w tym planowaniem przyszłości i przyszłych zamówień wojskowych. Zajmuje się analityką związaną z bezpieczeństwem narodowym oraz sprawami międzynarodowymi; na powyższe tematy publikuje i wypowiada się w mediach. W szczególności interesuje się polityką bezpieczeństwa USA oraz rywalizacji największych mocarstw, w tym kwestiami bezpieczeństwa na Zachodnim Pacyfiku i w Azji.

Komentarze

3 odpowiedzi na “W strefie zgniotu”

  1. ŁK pisze:

    Halo, halo, już 20 listopada 😉

  2. wintergreen pisze:

    No tak, ale Krzywousty nie był królem

  3. kuba pisze:

    z Warszawy do Budapesztu samochodem jest niecałe 700 km a nie prawie 900 jak podaje autor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz