Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Veto przedsiębiorców, czyli desperacja z nieufności

Protesty przedsiębiorców nie są zaskoczeniem, gdy rząd nie trzyma się własnych ustaleń i nie daje poczucia bezpieczeństwa

Z dużej chmury mały deszcz – tak przynajmniej na razie można opisać efekty „góralskiego veta” i innych form protestów przedsiębiorców, czyli akcji otwierania działalności gospodarczej po upływie pierwotnej daty zakończenia lockdownu. Niewielu restauratorów czy hotelarzy zdecydowało się wystąpić przeciwko obostrzeniom – zapewne z obawy o utratę środków z rządowej pomocy i przed mandatami. To, że teraz tego typu akcja nie wypaliła, nie znaczy, że w przyszłości przedsiębiorcy nie zaczną łamać obostrzeń bardziej masowo. Zachęcać ich do tego będzie przedłużający się okres bezczynności i strat, niepewność co do sytuacji prawnej, a także brak zaufania do rządzących, którzy w kwestii pandemii zachowują się jak dzieci we mgle.

Gdy minister zdrowia Nowej Zelandii David Clark zabrał w trakcie lockdownu rodzinę na plażę, po prostu został zwolniony ze swojego stanowiska

Oczywiście zawsze można powiedzieć, że jest to nieodpowiedzialne. Ale łatwo jest moralizować, gdy jest się politykiem, dziennikarzem lub pracownikiem branży niedotkniętej przez lockdown. Ryzyko utraty źródła utrzymania i wpędzenia w wieloletnie długi – to poświęcenie, na które „sygnaliści cnoty” są gotowi, samemu niewiele ryzykując. Tym bardziej, że nie idzie za tym odpowiednia pomoc.

Pomoc potrzebna na wczoraj

Kryzys pandemiczny, inny od wszystkich, wymaga nadzwyczajnej pomocy dla tych, którzy mogą stracić dorobek życia i jego materialne fundamenty – nie z własnej winy, a bezpośrednio z powodu wprowadzania restrykcji antycovidowych. Ignoranci wyśmiewają przedsiębiorców, że ci wyciągają rękę po pomoc, gdy powinęła im się noga. Jednak brak systemowego wsparcia dla firm uderza w całą gospodarkę, która po upadku licznych przedsiębiorstw będzie miała trudniejszą drogę do odbudowy. Kolejna tarcza antykryzysowa jest dziurawa. Nnie obejmuje wszystkich dotkniętych lockdownem branż, a także nie zawsze wszystkie firmy z danego sektora (problemy mają np. te założone w ubiegłym roku), i rekompensuje tylko część strat. Nie ochrania choćby przedstawicieli tych gałęzi gospodarki, w których firmy nie zostały zamknięte, ale w które lockdown uderza pośrednio – gdy na przykład ich działalność uzależniona jest od zamrożonych branż (np. od sklepów funkcjonujących w galeriach handlowych). Kolejna tarcza realizowana tym razem via PFR właśnie rusza – o trzy miesiące za późno.

>>> Zobacz debatę z udziałem autora: VETO przedsiębiorców – co dalej? <<<

Czy obecne obostrzenia są odpowiednie z punktu widzenia celowości (zwalczania epidemii) i czy dałoby radę zastąpić je innymi środkami, bardziej „liberalnymi” z punktu widzenia przedsiębiorców? Odpowiedzi na to pytanie może udzielić ekspert z dziedziny ochrony zdrowia. Dlatego nie będę dyskutował o tym, czy dałoby radę np. otworzyć restauracje, które mogłyby działać przy zachowaniu środków ostrożności bez uszczerbku na zdrowiu dla klientów i pracowników. Nie wykluczam, że obecne ograniczenia są konieczne, byśmy mogli możliwie szybko uporać się z koronawirusem. Ważne jednak, by pomagać tym, którym zakazano działać, a także byśmy mieli poczucie, że leci z nami pilot, który przy ustalaniu restrykcji kieruje się obiektywnymi kryteriami. A niestety takiego poczucia nie mam – i myślę że czynny opór części przedsiębiorców może brać się także z tego, że i oni go nie mają.

Zaufanie jest kluczowe

Autorzy artykułu „Ranking the effectiveness of worldwide COVID-19 government interventions” opublikowanego w „Nature” wymieniają wśród najbardziej skutecznych interwencji ograniczanie spotkań w niewielkich pomieszczeniach, zamykanie szkół i granic, zwiększoną dostępność środków ochrony osobistej oraz restrykcje dotyczące przemieszczania się ludzi. Lockdown też jest wysoko, na szóstym miejscu. Gdy spojrzy się na ranking państw, które wg Bloomberga najlepiej radzą sobie z pandemią, w pierwszej piątce znajdziemy Nową Zelandię, Tajwan, Australię, Norwegię i Singapur. Nie wszystkie wprowadziły ostre lockdowny, w części z nich wróciła już względna normalność.

Zbytnie zaufanie może okazać się tragiczne w skutkach – jak w przypadku właścicieli stoków narciarskich, którzy licząc na możliwość prowadzenia działalności zainwestowali w naśnieżenie, po czym obudzili się z ręką w nocniku

Można powiedzieć, że kraje te mają specyficzne położenie geograficzne, ułatwiające izolację od przybyszów zza granicy, którzy mogliby przywieźć do kraju chorobę. Można powiedzieć, że znaczenie mają także inne czynniki, np. klimatyczne. Pewne jest natomiast, że w tych państwach władza cieszy się sporym zaufaniem, a obywatele wiedzą, że są przez nią traktowani poważnie. Gdy minister zdrowia Nowej Zelandii David Clark zabrał w trakcie lockdownu rodzinę na plażę, po prostu zwolniono go ze stanowiska. Jakże różni się takie podejście od sytuacji w Polsce, gdzie wobec Jarosława Kaczyńskiego, odwiedzającego cmentarz w czasie, gdy innym nie było wolno, nie wyciągnięto żadnych konsekwencji.

Wyżej wymienione kraje miały też plan walki i wychodzenia z restrykcji, podczas gdy u nas wszystko robione jest na chybił-trafił. Śmieszą filmiki przedstawiające wprowadzenia kolejnych ograniczeń jako losowanie totolotka, jednak sprawa jest poważna. Poczucie niepewności drastycznie obniża poziom zaufania do rządzących. Tym bardziej, że zbytnie zaufanie może okazać się tragiczne w skutkach – jak w przypadku właścicieli stoków narciarskich, którzy licząc na możliwość działania zainwestowali w naśnieżenie, po czym obudzili się z ręką w nocniku, gdy nagle im działalności zakazano.

Państwo – sprzymierzeniec czy wróg?

Już raz – zdaniem rządzących – mieliśmy zwalczyć chorobę, by później zalała nas kolejna fala COVID-19 o rzadko spotykanej w innych krajach intensywności. Stosunek do pandemii zależny jest w dużej mierze od interesu politycznego obozu rządzącego – inaczej podchodzi się do niej, gdy trzeba wygrać wybory dla Andrzeja Dudy, czy wtedy, gdy nie wprowadza się stanu nadzwyczajnego, by nie wypłacać poszkodowanym restrykcjami należnych pieniędzy.

Jak twierdzą rządzący, „wiadomo”, że na SARS-CoV-2 zapada więcej osób niż wskazują na to statystyki, tylko te osoby się nie badają

Rządzący nie trzymają się własnych ustaleń. Nie przejmują się nawet tym, że może warto by je zmienić, jeśli się zdezaktualizowały, co przecież może się zdarzyć. Gdyby „Progi Etapów Zasad Bezpieczeństwa” traktować poważnie, cała Polska powinna być obecnie strefą żółtą (z wyłączeniem tych powiatów, które podpadałyby pod strefę czerwoną). Dlaczego więc nie jesteśmy? Ponieważ, jak twierdzą rządzący, „wiadomo”, że na SARS-CoV-2 zapada więcej osób niż wskazują na to statystyki, tylko te osoby się nie badają. Ile, tego nie wiemy, ale rządzący „wiedzą” na pewno, że wystarczająco dużo, by nadal obejmować cały kraj strefą czerwoną.

Zamknięcie miało się skończyć wraz z zimowymi feriami, ale się nie skończyło. Rozwścieczeni przedsiębiorcy twierdzą, że to oni działają zgodnie z prawem, a rządzący je łamią. Powołują się w tym zakresie na już wydane wyroki sądów, wskazujące na to, że różne restrykcje wprowadzane na przestrzeni ostatniego roku były niezgodne z polskim prawem – czy to z ustawami, czy z Konstytucją. Gdy coraz bardziej powszechne staje się poczucie, że rządzący sami łamią prawo, a słuchać ich wypada wyłącznie dlatego, że mają za sobą argument siły, trudno się dziwić, że ludzie próbują cwaniakować lub otwarcie sprzeciwiać się wątpliwym prawnie restrykcjom. Gdy to połączyć w całość, mamy sytuację, w której prawo obowiązuje tylko teoretycznie, a obywatele traktują państwo i jego instytucje nie jako zabezpieczenie swojej wolności i narzędzie do realizacji dóbr wspólnych, ale jako swojego wroga. Nie pierwszy raz zresztą w naszej historii.

Jest to tym bardziej dramatyczne, że śmiertelny wirus nadal szaleje na świecie. Bez zaufania i poczucia, że wszyscy (rządzący, producenci, usługodawcy, konsumenci etc.) gramy do jednej bramki, bardzo trudno nam będzie go zwalczyć i znaleźć optymalne odpowiedzi na związane z tym niedogodności. Biorąc pod uwagę to, że ludzkiemu życiu nie zagraża jedynie COVID-19, część z nas może wybrać walkę z innym zagrożeniem, które uzna za większe – np. z własną pogarszającą się sytuacją materialną, która ma przecież dla zdrowia niebagatelne znaczenie. To do rządzących należy odbudowa wzajemnego zaufania i stosowanie przekonujących środków chroniących nas przed koronawirusem i związanym z nim ryzykiem.

Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, współpracownik Polskiego Radia Lublin. Pisze doktorat z ekonomii i finansów w Szkole Doktorskiej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Do Rzeczy", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym" i "Dzienniku Gazecie Prawnej". Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem", "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku", "Mała degeneracja", współautor z Tomaszem Pułrólem książki "Upadła praworządność. Jak ją podnieść". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz