Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Ukraiński gambit z Białorusią w tle

W cieniu dramatycznych wydarzeń na Białorusi – w Kijowie rozgrywa się, niemal zupełnie niezauważany w Polsce, szpiegowsko-polityczny thriller. Jego strategiczne konsekwencje mogą zaś być nawet dalej idące, niż skutki tego, co dzieje się obecnie w Mińsku

Szachy to gra niezwykle popularna w krajach byłego Związku Radzieckiego. Stąd nasuwające się skojarzenie aktualnych wydarzeń z otwarciem partii, polegającym na poświęceniu piona (a może i figury, kto wie…) w celu uzyskania przewagi w dalszej części rozgrywki. Tym razem poważni gracze ewidentnie grają symultanę, na paru szachownicach naraz.

Turyści z Rosji

Pierwszy akt tego dramatu miał zresztą miejsce właśnie na terytorium białoruskim. W nocy z 28 na 29 lipca w pobliżu stolicy połączone siły Grupy „A” mińskiego KGB i jednostek specjalnych OMON-u dokonały zatrzymania 32 obywateli rosyjskich i mieszkających w Rosji Ukraińców, „żołnierzy” prywatnej firmy wojskowej. Potem zatrzymana została jeszcze jedna związana z nimi osoba na południu kraju. Wedle oficjalnej wersji agencji prasowej BiełTa, turyści z Rosji zwracali na siebie uwagę nietypowym zachowaniem, między innymi tym, że… nie pili alkoholu (co w anegdotycznym klimacie powtórzyły też liczne polskie media). Wkrótce podano dane paszportowe zatrzymanych, potwierdzając, że są to członkowie osławionej „Grupy Wagnera”, mającej na koncie działania na zlecenie GRU m.in. na Ukrainie i w Syrii (dla porządku: co do faktycznej przynależności wszystkich zatrzymanych do tej struktury są wciąż pewne wątpliwości). Białoruskie czynniki oficjalne stwierdziły ponadto, że wagnerowcy przybyli w celu „destabilizowania sytuacji przed wyborami prezydenckimi”. Dla reżimu Aleksandra Łukaszenki było to propagandowo niezwykle wygodne – wzmacniało jego autoprezentację jako gwaranta białoruskiej suwerenności i jej obrońcę przed zakusami nie tylko Zachodu, ale i Wschodu.

Przechwycenie celów miało nastąpić niezwłocznie; operację zablokował jednak Jermak. Powodem (lub pretekstem) były negocjacje prowadzone akurat z doradcą Władimira Putina Dmitrijem Kozakiem, dotyczące wdrożenia kolejnego rozejmu w Donbasie 27 lipca – zatrzymanie wagnerowców przed tą datą zapewne skomplikowałoby je lub wręcz skazało na fiasko, i do tej argumentacji miał ostatecznie przychylić się prezydent, nakazując przesunięcie daty zatrzymania najemników na 30 lipca

Na ekstradycję zatrzymanych liczyła Ukraina (apelował o to m.in. były szef MSZ Pawło Klimkin), oficjalnie wystąpiła w tej sprawie kijowska Prokuratura Generalna, przedstawiając na wniosek Mińska dowody na udział 28 spośród 33 osób w przestępstwach wojennych w Donbasie – ale ostatecznie, 14 sierpnia (czyli już po wyborach prezydenckich) Białoruś odesłała wszystkich kontraktorów (także tych narodowości ukraińskiej) do Rosji. I mogło się wydawać, że sprawa na tym zostaje zamknięta. Wielu ekspertów uznało ją za mało istotny epizod, najprawdopodobniej rosyjsko-białoruską ustawkę przedwyborczą, i w natłoku innych ekscytujących wydarzeń zaczęto o niej z wolna zapominać. A informację z 5 sierpnia – o zmianie na stanowisku szefa Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy – mało kto odnotował, poza wąskim gronem specjalistów od służb specjalnych, a już chyba nikt z postronnych w pierwszej chwili nie wiązał jej z aferą z wagnerowcami zatrzymanymi na Białorusi.

Cień zdrady

Bombę odpalił po kilku dniach kijowski dziennikarz Jurij Butusow, redaktor naczelny niezależnego portalu Cenzor.net. Wedle opublikowanego tam materiału Wasilij Burba, szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, został zdymisjonowany przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego po tym, jak 3 sierpnia zażądał śledztwa połączonego m.in. z badaniem wariografem grona najbliższych współpracowników głowy państwa (i siebie samego także). A miało to być następstwem domniemanej zdrady, czyli „spalenia” operacji specjalnej służb ukraińskich, przygotowywanej od około roku. Miała ona, zdaniem Butusowa, polegać właśnie na zidentyfikowaniu, a następnie zwabieniu do Mińska owych byłych członków „Grupy Wagnera” pod pretekstem zaoferowania im intratnego zatrudnienia przy ochronie wenezuelskich instalacji naftowych. Pośredniczyć miała petersburska firma MAR, zajmująca się komercyjnymi usługami w sferze bezpieczeństwa, choć (teoretycznie) jej działalność została zawieszona w roku 2018. Podróż do Ameryki Łacińskiej najemnicy mieli odbyć via Turcja – wszystko po to, by podczas przelotu nad terytorium Ukrainy podstawiony pasażer samolotu źle się poczuł, wymuszając lądowanie. Na ziemi wagnerowców mieli wyciągnąć z maszyny ukraińscy komandosi i dostarczyć przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Prawdopodobnie nie tylko ukraińskiego, ale również międzynarodowego – bo owi kontraktorzy, wedle operacyjnych informacji służb ukraińskich, mieli być w posiadaniu wiedzy, mogącej skompromitować Kreml na znacznie szerszą skalę. Wiadomo, że na pewno w grę wchodziła sprawa zestrzelenia nad Ukrainą pasażerskiego Boeinga (lot MH17), a prawdopodobnie także innych samolotów cywilnych oraz pewnych działań dywersyjnych na Bliskim Wschodzie.

Jeśli to prawda – czyli jeśli operacja faktycznie miała miejsce, faktycznie była prowadzona wraz z sojusznikami, i faktycznie została popsuta przez niedyskrecję lub zdradę w Kancelarii Prezydenta – może to mieć daleko idące konsekwencje dla skali i charakteru dalszego amerykańskiego zaangażowania na Ukrainie

Jak już wiemy, ta misterna kombinacja nie doszła do skutku – i zamiast do ukraińskiego więzienia, wagnerowcy trafili do domu, z krótkim antraktem w więzieniu białoruskim. Zdaniem Butusowa, stało się tak wskutek celowego ujawnienia tajnych informacji przez osobę z bezpośredniego otoczenia Zełenskiego, być może nawet za jego wiedzą i akceptacją.

Czynnik czasu

Według Cenzor.net prezydent został poinformowany o operacji 24 lipca (a więc w dzień przybycia wagnerowców na Białoruś), wspólnie przez Burbę, nadzorującego od początku działania wywiadu wojskowego w tej sprawie, oraz przez wtajemniczonego chwilę wcześniej (w celu zapewnienia niezbędnej koordynacji) wiceszefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Rusłana Baraneckiego. W spotkaniu, poza prezydentem i obydwoma oficerami, wzięli tez udział: szef Kancelarii Prezydenta Andrij Jermak, pierwszy zastępca sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony, szef komitetu wywiadu Rusłan Demczenko, wiceszef Kancelarii (odpowiedzialny za sprawy obronne) Roman Maszowiec i osobista sekretarka prezydenta Maria Lewczenko.

Przechwycenie celów miało nastąpić niezwłocznie; operację zablokował jednak Jermak. Powodem (lub pretekstem) były negocjacje prowadzone akurat z doradcą Władimira Putina Dmitrijem Kozakiem, dotyczące wdrożenia kolejnego rozejmu w Donbasie 27 lipca – zatrzymanie wagnerowców przed tą datą zapewne skomplikowałoby je lub wręcz skazało na fiasko, i do tej argumentacji miał ostatecznie przychylić się prezydent, nakazując przesunięcie daty zatrzymania najemników na 30 lipca. Ten wątek brzmi prawdopodobnie: faktycznie, wagnerowcy akurat w tym momencie w trybie awaryjnym zmienili lokum, jakby zmuszeni do tego przez nieprzewidziane okoliczności. A potem czas płynął – i wedle wersji Agencji BiełTa spokojna białoruska ludność wykorzystała go na nabranie podejrzeń względem dziwnie (bo trzeźwo i bez burd) zachowujących się turystów z Rosji, i na zgłoszenie tego organom ścigania, zaś wedle wersji Butusowa został spożytkowany na zaalarmowanie służb rosyjskich i „zabezpieczenie” kontraktorów w białoruskim areszcie.

Kto kłamie?

Oficjalną reakcją władz ukraińskich na rewelacje Butusowa było jednak zaprzeczenie. Zarówno przedstawiciele SBU, jak i nowy szef wywiadu wojskowego (mianowany niezwłocznie na miejsce zdymisjonowanego Burby) Kirył Budanow stanowczo zdementowali informacje o jakiejkolwiek operacji specjalnej z ich strony, związanej z pobytem wagnerowców na Białorusi. Wedle oświadczenia Budanowa, ich „wizyta” była elementem operacji służb rosyjskich, obliczonej na destabilizację sytuacji na Białorusi (sic! – zaskakująco współbrzmi to z oficjalną narracją Mińska prezentowaną kilkanaście dni wcześniej); natomiast przekaz o inicjatywie ukraińskiej to typowe odwrócenie uwagi ze strony Moskwy i zawczasu przygotowana strategia manipulacji. Przy okazji oskarżono samego Butusowa i wspierających go komentatorów o prorosyjskość, a co najmniej o nieświadome wspieranie rosyjskiej akcji dezinformacyjnej. Skądinąd, zrozumiałe – żadna służba świata nie lubi przyznawać się do porażki.

Błędy, popełnione w sprawie wagnerowców przez Zełenskiego – bez względu na to, czy wynikają ze złej woli (co zdaje się coraz wyraźniej sugerować Butusow), czy z braku politycznego wyrobienia i kompetencji, czy ze zwykłego kunktatorstwa – mogą rychło zaowocować nie tylko pogorszeniem relacji Ukrainy z USA, ale także osłabieniem prezydenta w polityce wewnętrznej

Jurij Butusow jednak wciąż kontratakuje, a jego wpisy w mediach społecznościowych mają coraz większe zasięgi i coraz poważniejszy oddźwięk w świecie politycznym. Wskazuje, na przykład, nielogiczność wersji oficjalnej, głoszonej solidarnie przez ludzi Zełenskiego i Łukaszenki. Otóż, gdyby była ona prawdziwa, tzn. gdyby rosyjscy najemnicy mieli za zadanie zakłócanie wyborów, nie zaszyliby się przecież biernie w podmiejskim ośrodku wypoczynkowym. Nie byliby także gotowi do wylotu na 10 dni przed wyborami. Zwraca też uwagę, że wśród uczestników feralnego spotkania w Kancelarii Prezydenta znalazły się osoby o bardzo ograniczonej wiarygodności. Sekretarka, Maria Lemczenko, prawdopodobnie nie miała wystarczających certyfikatów bezpieczeństwa i w ogóle nie powinna być obecna podczas rozmowy na tego typu tematy. Z kolei Rusłan Demczenko, mimo licznych sprzeciwów wyniesiony przez Zełenskiego do wysokich funkcji, to były bliski współpracownik prezydentów Janukowycza i Poroszenki, nieodmiennie „cieszący się” opinia rusofila lub wręcz eksponenta interesów rosyjskich w kijowskim establishmencie.

Amerykańska pomoc

Co więcej, Butusow przewiduje (albo grozi), że grono osób mających wiedzę o przygotowywanej przez rok operacji jest jednak spore (poza Burbą i innymi oficerami służb cywilnych i wojskowych, także powiadomieni na końcowym etapie ludzie z prokuratury oraz z jednostek lotniczych i specjalnych armii) – i że prędzej czy później ktoś z nich potwierdzi publicznie jego wersję. I wreszcie – w ostatni weekend podał informację, że operacja była realizowana w porozumieniu z wywiadem amerykańskim, koordynatorem tej współpracy był zaś realnie istniejący i znany w Kijowie „w branży” kadrowy pracownik CIA o nazwisku zaczynającym się na literę T.

I znów, brzmi to prawdopodobnie. Bo o ile pierwszą część operacji, czyli identyfikację i lokalizację eks-wagnerowców zamieszanych w przestępstwa w Donbasie ukraiński wywiad wojskowy mógł przeprowadzić samodzielnie – to trudno sobie jednak wyobrazić, by bez wsparcia znacznie bardziej potężnej i profesjonalnej struktury poradził sobie z częścią drugą. Nawet jeśli przyjmiemy, że najemnicy będący celem nie należeli do ścisłej elity swej macierzystej organizacji, a byli tylko dorywczo rekrutowanymi ochotnikami (niektórzy i owszem, ale nie wszyscy), to i tak – znając nieco sposób działania „Grupy Wagnera” – trudno zakładać, że pojechaliby pracować w Wenezueli bez wiedzy i zgody nadzorującej komórki GRU. A to oznacza, że zalegendowanie tego wyjazdu musiało być na wysokim poziomie i raczej nie byłoby możliwe bez wsparcia „swoich” ludzi w Ameryce Łacińskiej. Z całym szacunkiem dla wywiadu ukraińskiego: w tym raczej musieli pomagać Amerykanie.

Jeśli to prawda – czyli jeśli operacja faktycznie miała miejsce, faktycznie była prowadzona wraz z sojusznikami, i faktycznie została popsuta przez niedyskrecję lub zdradę w Kancelarii Prezydenta – może to mieć daleko idące konsekwencje dla skali i charakteru dalszego amerykańskiego zaangażowania na Ukrainie. Oczywiście, nie zostanie wstrzymana pomoc czysto wojskowa. Ale już na przykład ograniczenie współpracy wywiadowczej i kontrwywiadowczej, w obliczu stwierdzonej „nieszczelności” partnera, jest rzeczą normalną, przynajmniej czasowo. Ukraina zaś potrzebuje tej kooperacji jak przysłowiowa kania dżdżu, bo sama, mając większość służb wciąż w opłakanym stanie kadrowym, finansowym, organizacyjnym, szkoleniowym, sprzętowym – nie poradzi sobie z wyzwaniami. Co więcej, jeśli na poziomie politycznym zostanie podkopane zaufanie Amerykanów do Zełenskiego i jego najbliższego otoczenia (i tak, eufemistycznie ujmując, nie będące nadmiernym) – to pozycja Ukrainy jako potencjalnego uczestnika zachodnich struktur bezpieczeństwa znacznie osłabnie. Brak zdecydowanej reakcji prezydenta na coraz głośniejsze i bardziej wiarygodne oskarżenia może zaś do takiego scenariusza prowadzić.

Na marginesie: nie jest wcale pewnym, że domniemaną porażkę wywiad ukraiński poniósł w starciu ze służbami rosyjskimi. Gdyby tak było, ewakuacja wagnerowców z Białorusi mogła przecież nastąpić, od razu po alarmie, bez przystanku w mińskim areszcie. Szybko i po cichu, bez strat wizerunkowych. Bardziej prawdopodobnym wydaje się więc, że przeciek nastąpił bezpośrednio do służb białoruskich. Wtedy logicznym okazuje się areszt i przetrzymanie najemników, korzystne dla reżimu Łukaszenki propagandowo, a być może również „handlowo”. Jeśli tak, to potwierdza sygnały, że ofensywne działanie służb białoruskich uległo w ostatnich latach intensyfikacji i profesjonalizacji – raczej nie tylko na Ukrainie, ale także względem innych krajów ościennych.

* * *

Błędy, popełnione w sprawie wagnerowców przez Zełenskiego – bez względu na to, czy wynikają ze złej woli (co zdaje się coraz wyraźniej sugerować Butusow), czy z braku politycznego wyrobienia i kompetencji, czy ze zwykłego kunktatorstwa – mogą rychło zaowocować nie tylko pogorszeniem relacji Ukrainy z USA, ale także osłabieniem prezydenta w polityce wewnętrznej. Na to zaś czeka Rosja, zapewne i nad Dnieprem gotowa forsować „coraz bardziej swoich” kandydatów.
Jeśli – co prawdopodobne – uda jej się to w odniesieniu do Białorusi, problem będzie mieć „jedynie” Polska i Litwa. Jeśli natomiast Kreml zdoła po raz kolejny zdestabilizować, ewentualnie w pełni zwasalizować Ukrainę, z jej znacznie większym od Białorusi potencjałem geostrategicznym i gospodarczym, problem będzie miał cały Zachód. Dlatego, nie lekceważąc bynajmniej bieżących wydarzeń w Mińsku czy Grodnie, warto czujnie obserwować także rozwój opisanej afery nad Dnieprem, a w dalszej perspektywie jej konsekwencje dla polityki i bezpieczeństwa Ukrainy oraz całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, zastępca dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, przewodniczący Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu i wywiadu konkurencyjnego. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej; stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz