Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Joe Biden – posłany przez Opatrzność?

Joe Biden i demokraci powracają do języka religijnego. To może pomóc Bidenowi, ale może mu również zaszkodzić, bowiem wchodzi on na grunt dotąd zarezerwowany dla „Partii Boga”, jak od lat określa się Partię Republikańską

Religia zawsze miała znaczenie w amerykańskich wyborach. W tej sprawie nic się nie zmienia. Nie jest przecież przypadkiem, że prezydentem Stanów Zjednoczonych nie został, jak dotąd (i pewnie długo jeszcze nie zostanie) ateista, przez ponad wiek nie mógł nim zostać katolik, a nadal nie został nim mormon czy Żyd. Wyznanie kandydata, jest osobiste poglądy religijne, choć liczba agnostyków czy osób deklarujących się jako niewyznających żadnej religii, także w Stanach Zjednoczonych rośnie, mają ogromne znaczenie. O swojej wierze opowiadał zarówno Bill Clinton, jak i jego żona Hillary, a także – co akurat nie powinno zaskakiwać – George W. Bush, i co zaskakuje nieco bardziej – jeśli wziąć pod uwagę wybory życiowe – Donald Trump. Jednak ta kampania może być jeszcze bardziej interesująca pod względem religijnym, bowiem z jednej strony widać w niej jak na dłoni przemiany amerykańskiej religijności, a z drugiej – liberalna amerykańska lewica zdecydowała się na powrót do języka religijnego, który od jakiegoś czasu był z narracji politycznej Partii Demokratycznej przez część jej intelektualistów wypychany i pozostawiany Partii Republikańskiej.

Wielki powrót nowej religijności

– Wiara mojego męża jest niezachwiana, bo nie opiera się ona na politykach, ani partiach politycznych, ani na nim samym – ale na Bożej Opatrzności – mówiła Jill Biden

To się jednak za sprawą Joe Bidena zmieniło. Ten demokratyczny polityk, który sam o sobie mówi, że jest głęboko wierzący i prywatnie przeciwny aborcji – choć część duchownych amerykańskich chciałoby pozbawić go prawa do Komunii Świętej (bowiem publicznie opowiada się i wielokrotnie głosował w takim duchu za dostępem kobiet do aborcji), a raz nawet Eucharystii w jednej z amerykańskich świątyń mu odmówiono – zdecydował się na radykalny powrót do języka religii w trakcie swojej kampanii prezydenckiej. Doskonale widać to było podczas jego konwencji wyborczej. – Ludzie wiary doprowadzili w przeszłości do wielu zmian, do wyzwolenia niewolników i przyznania praw wyborczych kobietom, i wreszcie walczyli o prawa obywatelskie. Joe Biden gdzie kontynuował ten postępowy marsz w kierunku sprawiedliwości, który inspirowany jest szacunkiem dla godności wszystkich ludzi. Ludzi, którzy według Joeego zostali stworzeni na obraz Boga – mówił podczas przemówienia podczas konwentu demokratów senator  Chris Coons. A chwilę później, w tym samym przemówieniu, odwoływał się do wiary zwykłych Amerykanów. – Joe wie, że to właśnie wiara podtrzymuje tak wielu zwykłych Amerykanów, którzy robią niezwykłe rzeczy: pielęgniarki, które odważają się pracować z ludźmi ciężko chorymi, strażaków, którzy wbiegają do płonących budynków, nauczycieli pracujący w nadgodzinach, zwłaszcza teraz – podkreślał Coons i dodawał, że wiara Bidena też motywuje go do służby ludziom. – Wiara Joe’go odnosi się do naszej przyszłości, on chce świata mniej cierpiącego i bardziej sprawiedliwego, gdzie bylibyśmy lepszymi zarządcami stworzenia, gdzie działałaby bardziej sprawiedliwa polityka imigracyjna i gdzie zachodziłaby konfrontacja z grzechami tego narodu, grzechami niewolnictwa i rasizmu. Joe wie, że są to centralne kwestie w tych wyborach i dla niego są one zakorzenione w wierze – mówił senator.

A nie był to jedyny jasno religijny wątek tej kampanii. Wiarę Bidena podkreślała także Michelle Obama, a także żona demokratycznego kandydata na prezydenta Jill Biden. – Wiara mojego męża jest niezachwiana, bo nie opiera się ona na politykach, ani partiach politycznych, ani na nim samym – ale na Bożej Opatrzności – mówiła Jill Biden.

Podkreślanie osobistej religijności Bidena była jednak tylko jednym z elementów wyznaniowych na tej konwencji. Nie mniej istotna była obecność sporej liczby duchownych i liderów religijnych, którzy otwarcie wspierali kandydata demokratów na prezydenta. Byli wśród nich prawosławny arcybiskup Elpidophoros, o. James Martin SJ (on sam deklarował, że gdyby go zaproszono, to udałby się i na konwencję republikanów), wielu rabinów i imamów, a także znana ze swojej niechęci wobec Trumpa episkopalna biskupka Waszyngtonu Marianna Budde. To ona prowadząc międzywyznaniowe modlitwy w trakcie konwencji prosiła Boga o to, aby „zainspirował on wszystkich do zrealizowania snu doktora Kinga o kochającej się wspólnocie, marzenia kongresmena Lewisa o sprawiedliwym społeczeństwie, marzenie prezydenta Lincolna o bardziej doskonałej unii”.  W trakcie konwencji odprawiona została także msza.

Progresywna religia

Ten powrót religii do dyskursu demokratycznego (nigdy, co warto przypominać, z niej niewykluczonego) nie oznacza zmiany opcji politycznej Partii Demokratycznej. Ta ostatnia ma być nadal postępowa i liberalna (w znaczeniu amerykańskim), a religijność ma być uzasadnieniem dla takiej właśnie polityki. I nie ma w tym nic zaskakującego. Amerykańska teologia protestancka od wielu dziesięcioleci jest mocna tzw. „Ewangelią społeczną”, a jej najważniejsi liderzy często uczestniczyli w walce o równouprawnienie Afroamerykanów, o prawa kobiet, w protestach przeciwko wojnie w Wietnamie czy nawet w walce o „prawo kobiet do aborcji”. Silnie społeczny nurt znaleźć można także w amerykańskim judaizmie, i to nie tylko postępowym, ale także konserwatywnym, czego znakomitym przykładem pozostaje znakomity filozof i teolog Abraham Joshua Heschel. Amerykańscy katolicy zaś także, od kilkudziesięciu lat, podzieleni są na tych niezwykle mocno prospołecznych, progresywnych, protestujących przeciw karze śmierci, a także opowiadających się po stronie środowisk LGBTQ+, i tych, którzy opowiadają się raczej po stronie konserwatywnej i walczą z aborcją, destrukcją rodziny, laicyzacją itd. Obie te grupy uważają się za tak samo katolickie, tak samo ortodoksyjne i obie mają „swoich” duchownych przywódców, biskupów i teologicznych liderów. Wielu z polityków Partii Demokratycznej pozostaje zresztą katolikami, a sama ta partia uchodziła niegdyś za partię katolików. Odwołanie się więc do religii przez demokratów, których trzy czwarte wyborców określa się mianem wierzących, nie powinno zaskakiwać.

Powrót religii do dyskursu demokratycznego (nigdy, co warto przypominać, z niej niewykluczonego) nie oznacza zmiany opcji politycznej Partii Demokratycznej. Ta ostatnia ma być nadal postępowa i liberalna (w znaczeniu amerykańskim), a religijność ma być uzasadnieniem dla takiej właśnie polityki

Inaczej niż w Europie (a może lepiej powiedzieć: inaczej niż w Polsce) religijność nie jest w Stanach Zjednoczonych skorelowana z konserwatyzmem czy nawet tradycyjną obyczajowością. Rozwody są w Stanach Zjednoczonych przykrą normą (rozpada się prawie połowa małżeństw), i to zarówno pośród konserwatystów (by nie wspominać tu Trumpa wystarczy wskazać Newta Gingricha z jego trzema żonami) jak i liberałów. Akceptacja dla związków osób tej samej płci, także jest coraz bardziej powszechna, a liczne wspólnoty wyznaniowe, choć nie bez protestów bardziej tradycyjnie nastawionych wiernych, już wprowadziły rozmaite formy ich błogosławienia czy nawet „małżeństw jednopłciowych”, a także ordynuje na pastorów osoby homo i transseksualne. Oczywiście, z drugiej strony, jest silna purytańska, ewangelikalna, a także tradycyjnie katolicka (ale to tylko jeden z nurtów amerykańskiego Kościoła) opozycja wobec tych zmian, która stawia odważny i zdecydowany opór tym zmianom. Różnorodność religijna oznacza więc w USA nie tylko wielość wyznań, ale także wielość antropologii, etyk i rozumienia Pisma Świętego. A na to wszystko nakładają się jeszcze wędrówki wyznaniowe i mieszane związki, które jeszcze komplikują cały ten obraz.

I tu możemy posłużyć się przykładem kandydatki na wiceprezydenta USA, Kamali Harris. Jej matka była migrantką z Indii i wyznawczynią hinduizmu, ojciec imigrantem z Jamajki i chrześcijaninem. Ona sama wychowywana była w obu tradycjach religijnych, a w wieku nastoletnim – po rozwodzie rodziców – zaczęła się identyfikować jako „czarna baptystka”. I tak też identyfikuje się obecnie. Baptyzm w jej wydaniu jest jednak nie tyle konserwatywne chrześcijaństwo (taki wyznają wierni skupieni w Południowej Konwencji Baptystów), ile nurt bliski Martinowi Lutherowi Kingowi, który w kwestiach obyczajowych daleki był od ortopraksji, za to głosił ewangelię społeczną, równość i konieczność reform społecznych. I podobne poglądy ma Harris. Jej mąż (dla niej pierwszy, ale ona jest jego drugą żoną) jest Żydem, jego dzieci wychowują wspólnie w religii żydowskiej. Poglądy polityczne i cywilizacyjna ma typowe dla swojej partii. Jest zwolenniczką aborcji, ale przeciwniczką kary śmierci, zwolenniczką akcji afirmacyjnej. Ciekawe przy tym, że choć w młodości zajmowała się sprawami o molestowanie seksualne, to niechętnie wypowiada się w sprawie skandali w Kościele katolickim…

Ewangelikalny katolik

Skomplikowana jest także droga religijna obecnego wiceprezydenta Mike’a Pence’a. Wywodzi się on z katolickiej i demokratycznej, irlandzkiej rodziny, ale już w czasie studiów spotkał się z ewangelikalnym chrześcijaństwem i stał się „powtórnie narodzonym chrześcijaninem”. Tyle, że w tamtym czasie nie oznaczało to jeszcze – w jego przypadku – zerwania z Kościołem katolickim, a jedynie uczestnictwo w charyzmatycznej wspólnocie. W latach 90. jednak Pence wraz z żoną przystąpił już oficjalnie do ewangelikalnej wspólnot w Indianapolis, co oznaczało odejście z Kościoła katolickiego. I choć obecnie wiceprezydent mówi sam o sobie, że jest „ewangelikalnym katolikiem”, to niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością, bowiem z perspektywy katolickiej od dawna jest poza Kościołem.

Jego poglądy polityczne, choć obecnie mocno wpisują się w agendę konserwatywnej części Kościoła katolickiego w USA, także są ukształtowane przez ewangelikalny protestantyzm, dla którego starcie cywilizacji życia i śmierci, a także walka o rodzinę pozostają w centrum zainteresowań. I nie ma co ukrywać, że w tych sprawach jest on absolutnie jednoznaczny, jasno deklaruje swoje poglądy, które na tle zmiennych poglądów Donalda Trumpa, pozostają twarde jak skała. W ten sposób wpisuje się Pence w ewangelikalną tradycję polityczną, w ruch  „moralnej większości” i staje się reprezentantem dużej części katolickich wyborców, którzy zrezygnowali (tak jak on sam) z głosowania na demokratów i zostali republikanami.

Ta forma religijności kładzie większy nacisk na wolność religijną, na prawa rodzin, na sprzeciw wobec rewolucji kulturowej i wreszcie, co absolutnie fundamentalna na walkę z aborcją. Dla ewangelikalnych (ale także dla części katolickich) wyborców są to sprawy kluczowe, i to one determinują oddawany przez nich głos. Trzeba mieć jednak świadomość, że dla innych to wcale nie te kwestie pozostają kluczowe, co doskonale pokazują dane opublikowane przez Pew Research Center. Wynika z nich, że 59 procent białych katolików planuje głosować na Donalda Trumpa, a 40 procent na Joe Bidena. Jednak już latynoscy katolicy będą w większości (65 procent) głosować na Bidena, a tylko 33 procent z nich wesprze Trumpa. Wśród białych ewangelikalnych protestantów odsetek wspierających obecnego prezydenta jest o wiele wyższy, bowiem 83 procent z nich zamierza głosować na niego, a wśród białych protestantów nieewangelikalnych odsetek ten wynosi 59 procent. Czarni protestanci natomiast w aż 92 procentach głosować zamierzają na Joe Bidena, a tylko 5 procent z nich wspiera Trumpa.

Inaczej niż w Polsce, religijność nie jest w Stanach Zjednoczonych skorelowana z konserwatyzmem czy nawet tradycyjną obyczajowością

Mistrzowski populista

Donald Trump, choć ani jego życie osobiste, ani zmienna droga światopoglądowa i dziwaczne wyznawana teologie sukcesu nie predestynują go do tego, jest więc, co nietrudno zobaczyć obecnie liderem wśród polityków reprezentujących opcję ewangelikalną i skoncentrowaną na obronie rodziny i życia. Powód jest zaś niezmiernie prosty. Otóż tak się składa, że to właśnie on podjął przynajmniej kilka decyzji, które zdecydowanie idą pod prąd liberalnego mainstreamu i są znakiem wierności konserwatywnym ideom. Politycznie najważniejszą z nich pozostają nominację sędziów Sądu Najwyższego i konserwatywnych i pro life poglądach. Jeśli Trump zachowa swój urząd to w ciągu kilkunastu miesięcy może on przechylić układ sił w Sądzie na korzyść obrońców życia, to zaś może doprowadzić do obalenia wyroku Roe kontra Wade, co sprawić może, że aborcja stanie się ponownie sprawą stanów, i część z nich będzie mogła jej zakazać. Ekonomicznie istotną jego decyzją było – z perspektywy ewangelikalnej i tradycyjnie katolickiej – pozbawienie finansowania na działalność zagraniczną proaborcyjnej organizacji Planned Parenthood, a symbolicznie uczestnictwo w Marszu dla Życia. Wszystkie te gesty i działania budują realne poparcie dla Trumpa wśród konserwatywnie nastawionych chrześcijan. I wbrew nadziejom liberałów nie są w stanie zagrozić mu ani doniesienia o skandalach seksualnych, ani populistyczna polityka, ani nawet realne błędy polityczne, bowiem w sprawach kluczowych dla tej części wyborców pozostaje on wierny złożonym obietnicom.

59 procent białych katolików planuje głosować na Donalda Trumpa, a 40 procent na Joe Bidena. Jednak już latynoscy katolicy będą w większości (65 procent) głosować na Bidena, a tylko 33 procent z nich wesprze Trumpa

Dla bardziej społecznie nastawionych, a nadal religijnych Amerykanów, jest on jednak nie do przyjęcia, i to nie tylko ze względu na swoje wybory osobiste, ale także z powodu niechęci do migracji, silnego sprzeciwu wobec ruchu Black Life Matter, który dla części ludzi wiary – co może się z perspektywy polskiej wydawać paradoksem – pozostaje sprawą religijną, a także nieustannej walki z mediami (ostatnio ofiarą jego ataku stała się nawet zwykle mu przychylna Fox News). Oni na Trumpa nie zagłosują, i to nawet jeśli, a wśród demokratów jest i taka – choć obecnie o marginalnym znaczeniu – grupa, pozostają przeciwnikami aborcji. Biden raczej nie uzyska zaś głosów ludzi religijnych, dla których możliwość głosowania na niego zamyka jego stosunek (a konkretniej jego głosowania) w sprawie aborcji.

W niczym nie zmienia to jednak faktu, że mocniejsze zaakcentowanie kwestii religijnych może mieć znaczenie dla demokratów. Wybory wygrywa się bowiem, to podstawowa prawda, głosami niezdecydowanych. A ci są w większości ludźmi religijnymi, co w USA nie oznacza koniecznie konserwatywnymi światopoglądowo. Zwrot w kierunku religii może więc pomóc Bidenowi, ale o czym też trzeba pamiętać, może mu również zaszkodzić, bowiem wchodzi on na grunt dotąd zarezerwowany dla „Partii Boga”, jak od lat określa się Partię Republikańską. Republikanie, choć i im można wiele zarzucić w kwestii realnej polityki, są w tej sferze bardziej wiarygodni.

Filozof, publicysta i działacz katolicki, pisze m.in dla "Do Rzeczy", "Gazety Polskiej" i "Rzeczpospolitej".

Komentarze

2 odpowiedzi na “Joe Biden – posłany przez Opatrzność?”

  1. amba pisze:

    Kłamcy, oszuści, manipulanci. Działają już tylko w imię swoich własnych personalnych interesów, nawet ich elektorat na dłuższą metę przeznaczony jest na mięso armatnie. Jak mawiał Herbert: jak jest potwór to powinien mieć twarz potwora.

  2. Alina777 pisze:

    Może i mieć powinien, ale jeszcze trzeba tę twarz potwora zobaczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz