Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Trzeba budować kulturę wspaniałomyślności

Zawsze powtarzam, że Polacy są bardzo waleczni i nieugięci. Są jednak bardzo niepewni siebie. Rzadko słyszą dobre słowa. Nikt nie jest z Polaków zadowolony. A odnieśliśmy mnóstwo sukcesów

Chciałbym, żebyśmy wspólnie poszukali odpowiedzi na pytanie, jakie jest polskie społeczeństwo AD 2020. Próbując ją znaleźć, trafiam na różne stereotypy. Jeden z najpopularniejszych głosi, że Polacy są społeczeństwem emocjonalnym, któremu brak samodyscypliny i umiejętności ciężkiej pracy, społeczeństwem, które umie się mobilizować tylko przy wielkich zrywach. Ile jest prawdy w tym stereotypie?

Zacznę od odwrócenia tego pytania. A czy ktoś dołożył starań, żeby było inaczej? Przykład ruchu skautowskiego i nie tylko dowodzi, że samodyscyplina wymaga trenowania, i wymaga okoliczności, w których możemy ten mięsień ćwiczyć – bo to jest rodzaj mięśnia. Czy ktoś uczy i uczył Polaków systematycznej pracy i samodyscypliny?

Jednak mimo braków w tym zakresie nie powiedziałabym, że Polacy mają mniej samodyscypliny niż inne narody. Jesteśmy całkowicie normalni, powiem nawet więcej – potrafimy dokonywać cudów. Jesteśmy narodem najciężej pracującym w Europie. Pokazały to lata 90. i ówczesny boom edukacyjny: masy młodych ludzi ciężko pracowały, by opłacić sobie studia zaoczne lub wieczorowe, mieszkając w podrzędnych, wynajętych lokalach (dzieje się tak zresztą do dziś). Niestety historia lat 90. do dzisiaj nie została dobrze opowiedziana.

Zawsze powtarzam, że Polacy są bardzo waleczni i nieugięci. Są jednak bardzo niepewni siebie.

Dlaczego?

Bo rzadko słyszą dobre słowa. Nikt nie jest z Polaków zadowolony. A odnieśliśmy mnóstwo sukcesów. W II RP trzeba było z trzech różnych porozbiorowych skrawków, bardzo różniących się pod względem systemów prawnych i praktyk, skleić jeden naród. I to się udało, czego świadectwem była mobilizacja w czasie II wojny światowej. Potem jednak przyszedł PRL – i społeczeństwo przestało się podobać, wytykano jego burżuazyjną i obszarniczą przeszłość i wyniesione z niej wartości, przez lata próbując ulepić je na wzór modelu socjalistycznego. Nawet od zachodnich intelektualistów słyszeliśmy, że socjalizm jest bardzo dobrym projektem, tylko myśmy ten projekt sknocili. Jednak kiedy upadł komunizm, znów okazało się, że społeczeństwo nie jest takie, jak powinno być – bo nie ma klasy średniej. I znów trzeba podjąć wielkie wysiłki, by ludzie się ogarnęli, by 50-letni górnik wziął swoją odprawę i założył biznes międzynarodowy, a zwolniona z pracy szwaczka wzięła sprawy w swoje ręce i otworzyła własny zakład. Później pochylano się z troskę nad Polakami, bo wierzą w Boga i chodzą do kościoła – przecież społeczeństwo ma być coraz bardziej nowoczesne, a u nas sekularyzacja nawet nie pojawiła się na horyzoncie. Pewna posłanka wsławiła się diagnozą, że Polacy są „przypadkowym społeczeństwem”, niezdolnym do osiągnięcia pożądanej postaci. Wreszcie pojawiła się idea IV RP i Polaków krytykuje się za to, że są zbyt zapatrzeni w Zachód i słuchają „pomruków z Brukseli”. Polacy po prostu nie mogli być sobą – nie wzmacniało się w naszym społeczeństwie tego, co jest w nim dobre, tego, co potrafimy. Mówiąc kolokwialnie, jesteśmy bez przerwy ochrzaniani.

Za moich czasów nauczyciele mieli takie powiedzenie: „Nie może być tak, że wszyscy mają piątki”. Wynosimy z tego taką lekcję, że żebym ja miała szóstkę, ktoś musi mieć jedynkę; aby niektórzy byli mądrzy, ktoś musi być głupi. Chodzimy później po świecie i szukamy mitycznego klasowego idioty, żeby na jego tle dobrze wyglądać

Właśnie – tu kryje się druga popularna opinia: elity narzekają na lud, że się daje omamić populistom. A może to ich błąd?

W dużej mierze jest to błąd inteligencji, zwanej kiedyś „klasą umysłową”. Inteligencja to zjawisko specyficzne dla Polski i Rosji. W krajach Zachodniej Europy pojawiło się mieszczaństwo jako trzeci stan, siła zmieniająca rzeczywistość społeczną, natomiast w Polsce i w Rosji – nie. Inteligencja została więc wywindowana do roli trzeciego stanu. Sama ta nazwa jest nota bene swego rodzaju obelgą, bo w niej kryje się supozycja, że inne klasy są mniej inteligentne, i mają zostać oświecone, ucywilizowane, wytrzemy im nosy i może do czegoś się będą nadawać.

Odwróciłbym to: dlaczego to inne klasy, nie inteligencja, miałyby nadawać ton życiu publicznemu?

Mieszczaństwo wniosło jednak na arenę życia społecznego cechy takie jak przedsiębiorczość, odwaga, skłonność podejmowania ryzyka, roztropność, umiejętność oszczędzania – cnoty, o których pisał Max Weber. Należy się zastanowić, jakie cnoty wnosi klasa umysłowa, w istocie składająca się z pracowników najemnych. Nawyki i kompetencje mieszczaństwa łatwo transponować na zarządzanie politykami publicznymi, bo one wymagają bardzo podobnego podejścia, a co z cnotami inteligencji? To wymaga namysłu. Natomiast z pewnością inteligencja polska ma pewien rys paternalistyczny. Pamiętam z lat 90. darcie szat nad prognozowanym zmierzchem inteligencji, obawy, że rozszalałe mieszczaństwo ze swoimi szczękami i łóżkami polowymi zaleje kraj, i będzie słuchało disco polo.

Dlaczego elity nie zdobyły się na to, by mówić Polakom dobre słowa?

Mówiły, ale tylko niektórym. To wynika z ich przekonania, że mamy prawo do rządu dusz, do formowania. Brakowało uznania różnorodności. Tak jak dziś z jednej strony brak uznania grup LGBT, z drugiej – ruchów pro-life.

O Polakach z jednej strony mówi się, że kochają wolność, z drugiej – że są w tradycyjny sposób wspólnotowi. Pierwsze lata po transformacji to czas wzmożenia nastrojów indywidualistycznych i kapitalistycznych. Czy uwierzyliśmy w ten indywidualizm i staliśmy się z czasem mniej wspólnotowi?

W Polakach wciąż pozostaje coś, co bywa pogardliwie nazywane kolektywizmem, a co jest w istocie pozytywną cechą. Dbamy bardzo o więzi rodzinne i przyjacielskie. Pojawia się myśl: „nie ja jestem najważniejsza, ważne, by inni też byli szczęśliwi”. Natomiast indywidualizm niestety uderza w dobro wspólne na wyższym poziomie, czyli ponad poziomem rodziny czy grupy przyjaciół. Stefan Nowak powiedział swego czasu, że Polska jest „federacją grup pierwotnych”. Za czasów socjalizmu to było zrozumiałe, bo sfera publiczna nie istniała, nie było wolnych związków i stowarzyszeń.

Dziś aktywność Polaków w organizacjach pozarządowych jest nadal bardzo słaba.

To prawda, sektor pozarządowy jest rachityczny. Jednak powstają bardzo prężne struktury poziome, choćby ruchy miejskie, które odgrywają ogromną rolę w hamowaniu prywatyzacyjnych zapędów w miastach i przestrzeniach publicznych. Powstają różnego rodzaju grupy, które są jakoś tam zrzeszone i wymieniają się używanymi rzeczami. Niemniej wyraźny jest też rys indywidualistyczny w negatywnym znaczeniu tego słowa, wyrażający się w braku dbałości o dobro wspólne.

Skąd on się dziś bierze?

Indywidualistyczne nawyki wyrabiamy w szkole. Nie chcę oczywiście generalizować: jest mnóstwo znakomitych szkół i dobrych nauczycieli. Jednak uczniów ciągle oceniamy indywidualnie i rangujemy. Utrzymuje się przekonanie – którego wyrazem jest system testów – że wszyscy nie mogą mieć piątek. Mamy silne przeświadczenie, że oceny muszą mieć rozkład normalny: większość powinna się znajdować w środku. Za moich czasów nauczyciele mieli takie powiedzenie: „Nie może być tak, że wszyscy mają piątki”. Wynosimy z tego taką lekcję, że żebym ja miała szóstkę, ktoś musi mieć jedynkę; aby niektórzy byli mądrzy, ktoś musi być głupi. Chodzimy później po świecie i szukamy mitycznego klasowego idioty, żeby na jego tle dobrze wyglądać.

Jeśli we Francji pojawia się kwestia sporna, to strony sporu siadają i zaczynają ze sobą rozmawiać, a głosują na końcu. W Polsce, gdy pojawia się kwestia sporna, od razu ktoś mówi: głosujmy, ja jestem za! Brakuje przestrzeni, by wyjaśnić, czemu ktoś jest za lub przeciw

Stąd bierze się nieumiejętność przekazywania pozytywnej informacji zwrotnej. Wskazują na to badania satysfakcji pracowniczej. Przeciętny polski kierownik uważa, że jeśli kogoś nie obsobaczył, to znaczy, że go pochwalił. Natomiast trudno przechodzi mu przez gardło powiedzenie, że ktoś coś zrobił dobrze, bo od razu pojawia się paniczna myśl, że jest od tej osoby gorszy. Polscy kierownicy mają ogromny problem, kiedy podwładni wykonują daną pracę lepiej od nich. A to jest przecież podstawowa zasada dobrego przywództwa: delegowanie zadań, pozwalanie, by ludzie się rozwijali, by móc im powiedzieć: „sama bym tego tak dobrze nie zrobiła”.

Jeśli jednak narzekamy na szkołę, to musimy zadać sobie pytanie: kto tak naprawdę wykształcił nauczycieli? Trzeba zacząć od rewizji procesu nauczania nauczycieli, i od odpuszczenia szkołom. Sztywne podstawy programowe, centralizacja zarządzania oświatą – to zjawiska zabójcze dla edukacji.

Mówiliśmy o aktywności obywatelskiej Polaków. Za jej wskaźnik uważa się frekwencję wyborczą. Przez wiele lat pojawiały się narzekania na niską frekwencję. W ostatnich wyborach prezydenckich, mimo koronawirusa, była ona bardzo wysoka. Jednocześnie kultura polityczna osiągnęła żenująco niski poziom. Może frekwencja to wcale nie jest dobry wskaźnik aktywności obywatelskiej? Może – jak wskazuje Bartłomiej Radziejewski – nie jest wcale tak pozytywnym zjawiskiem?

To, że głosujemy, nie ma wiele wspólnego z aktywnością obywatelską. W latach 90. Susan Rose-Ackerman prowadziła badania w Polsce i na Węgrzech, na których oparła znakomitą książkę „Od wyborów do demokracji”. Jest ogromną przestrogą. Ackerman przypomina nam, że nie należy utożsamiać demokracji z wyborami. Wybory to igrzyska olimpijskie, ale między jednymi a drugimi igrzyskami jest czas na ćwiczenie mięśni. Demokrację praktykuje się między wyborami, a elekcja to tylko swego rodzaju domknięcie. Natomiast między wyborami nie praktykujemy demokracji – w rodzinie, w szkole, w spółdzielniach mieszkaniowych. Ludzie nie mają gdzie tego mięśnia trenować.

Polskie społeczeństwo jest pani zdaniem demokratyczne, czy jednak autorytarne?

Mój przyjaciel z Francji powiedział kiedyś, że Polacy mają dziwne i przemocowe rozumienie demokracji. Traktują głosowanie jak pojedynek, w którym zwycięzca bierze wszystko. W efekcie głosowanie staje się środkiem zapobiegającym prawdziwej debacie. Jak mówił – jeśli we Francji pojawia się kwestia sporna, to strony sporu siadają i zaczynają ze sobą rozmawiać, a głosują na końcu. W Polsce, gdy pojawia się kwestia sporna, od razu ktoś mówi: głosujmy, ja jestem za! Brakuje przestrzeni, by wyjaśnić, czemu ktoś jest za lub przeciw. W związku z tym słyszymy od polityków uzasadnienie, że skoro wygrali wybory, to mogą robić wszystko, co chcą, bo przecież dostali na to mandat.

Kończąc rozmowę o polskim społeczeństwie, chciałbym jeszcze zapytać o różnice między kobietami a mężczyznami. Od pewnego czasu zdają się one przybierać na sile. Kobiety są lepiej wykształcone od mężczyzn, często radzą sobie lepiej od nich, mówi się o kryzysie męskości. W młodym pokoleniu różnią się też wartości kobiet i mężczyzn – pojawił się na przykład sondaż, wskazujący, że młodzi mężczyźni zdecydowanie bardziej od kobiet boją się ideologii LGBT i gender, a kobiety bardziej niż mężczyźni – wyjścia Polski z Unii. Skąd bierze się ten narastający podział?

Zjawisko lepszego wykształcenia kobiet było typowe dla krajów socjalistycznych. Jesteśmy więc trochę zahartowani w bojach. W krajach byłego bloku wschodniego było dużo zachęt dla mężczyzn, by szli do zawodówek. Dziewczęta częściej szły do liceów i zdawały maturę. W Polsce było więc sporo heterogenicznych małżeństw, w których kobieta była lepiej wykształcona i wykonywała zawód o lepszym statusie społecznym – np. małżeństwo nauczycielki i spawacza. To powodowało bardzo dużo problemów, również natury psychologicznej. Bardzo często – co pokazały także badania S. Nowaka – matka była większym autorytetem dla dziecka niż ojciec. Często mężczyźni radzili sobie z tym przemocą, a kobiety stosowały strategię pozornego patriarchatu – w sferze retorycznej „rządził” mężczyzna, a realnie – kobieta.

Swego czasu prowadziłam ze swoimi studentkami – nieraz zażartymi feministkami – badania jakościowe z ojcami na temat „nowego ojcostwa”. Zdarzało się, że moje studentki miały łzy w oczach, gdy słuchały respondentów wywiadów, bo było jasne, że kobiety reglamentują rolę ojcowską. Większość kobiet panicznie się bała, że ojcowie mogą okazać się lepszymi matkami niż one

Potem przyszedł rok 1989. Kobiety faktycznie lepiej poradziły sobie w nowym systemie, i powiedziały mężczyznom: to teraz wykażcie się. Idźcie do prywatnych firm, zacznijcie zarabiać, pokażcie swoje talenty. Mój przyjaciel, który był współtwórcą pierwszej agencji headhuntingowej w Polsce, powiedział mi, że wówczas większość CV mężczyzn przysyłały żony. To oczywiście dla mężczyzn było ogromnie frustrujące, bo albo trzeba było stanąć i wygrać, albo znaleźć sobie mnóstwo wymówek (np. „wolę być uczciwym człowiekiem niż dużo zarabiać”).

Czy dziś w Polsce utrzymują się faktycznie tradycyjne role mężczyzn i kobiet?

Pamiętam badania dla marki Dove, podczas których badanym rozdano karteczki z różnymi ludzkimi cechami. Mieli określić te cechy jako męskie, neutralne płciowo lub kobiece.

I co się okazało?

Na środku ułożono ogromną stertę karteczek z cechami neutralnymi płciowo, obok pojawiła się pokaźna kupka cech kobiecych, a mężczyźnie zostały trzy cechy. Porywczość, skłonność do dominowania/rządzenia i agresywność. Kobiety zachowały swoje pozytywne cechy: empatię, wrażliwość itp., a mężczyźni wszystkie swoje dobre cechy stracili.

Swego czasu prowadziłam ze swoimi studentkami – nieraz zażartymi feministkami – badania jakościowe z ojcami na temat „nowego ojcostwa”. Zdarzało się, że moje studentki miały łzy w oczach, gdy słuchały respondentów, bo było jasne, że kobiety reglamentują rolę ojcowską. Większość kobiet panicznie się bała, że ojcowie mogą okazać się lepszymi matkami niż one. Mężczyźni słyszeli ciągle: „nie potrafisz tego robić”, „zostaw, zrobię to sama”, „jak ty ją przewijasz”. Mężczyźni mieli narastające poczucie, że nic im nie zostało.

Faktycznie współczesny polski mężczyzna ma coraz większe problemy ze swoją tożsamością i czasem wydaje się, że pozostało mu tylko poczucie winy za wiele lat opresji. Owszem, ta opresja była realna, ale i kobiety potrafią stosować opresję, co pokazuje historia więzienia Abu Ghraib, gdzie to kobiety torturowały więźniów dużo bardziej bezwzględnie.

Czy da się coś zrobić, żeby ten podział się nie pogłębiał?

Trzeba budować kulturę wspaniałomyślności. Albo zrozumiemy, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, albo będzie dochodziło do konfliktów. Razi mnie kompletnie niepotrzebna agresja, pojawiająca się na spotkaniach, na których omawiane są sprawy relacji mężczyzn i kobiet. Deborah Tannen pisała w swojej książce „Cywilizacja kłótni” o tym, jak – skądinąd bardzo pozytywny – rozwój praw indywidualnych spowodował, że ukształtowała się cywilizacja kłótni. Jesteśmy często nastawieni, by przede wszystkim walczyć o swoje, by pytać: Czy ktoś mi czegoś nie zabiera? Czy ktoś mnie nie wykorzystuje? W mediach głównego nurtu nie ma programu, jeśli nie ma kłótni. Tymczasem jeśli chcemy, by podziały (nie tylko płciowe) nie niszczyły społeczeństwa, niezbędna jest wspaniałomyślność i to, o czym mówiłam wcześniej – wzajemne dawanie sobie poczucia wartości.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).
profesor socjologii, dziekan Wydziału Socjologii UW. W latach 2012-2019 Prorektor UW ds. rozwoju. Kierownik Pracowni Badań nad Kapitałem Społecznym w Instytucie Socjologii UW. Była dyrektorem działu badań rynku i doradcą w zakresie komunikacji marek w grupie Unilever Polska oraz pracownikiem instytutu Millward Brown SMG/KRC. Autorka m.in. publikacji takich jak: "Rodzina a system społeczny. Reprodukcja a kooperacja w perspektywie interdyscyplinarnej" oraz "Przemiany więzi społecznych. Zarys teorii zmiany społecznej".

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz