Newsletter

Trumponomics. Gospodarka w służbie polityki

W polityce gospodarczej Trumpa łączą się elementy pozornie sprzeczne: deregulacja, niskie podatki i dążenie do odchudzania budżetu, a z drugiej strony – protekcjonizm i traktowanie gospodarki jako części polityki

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Stany Zjednoczone to państwo tysiąca możliwości. I nie chodzi tylko o parafrazę hasła „American Dream”, mającego odnosić się do jednostek, które mogłyby odnieść indywidualny sukces na Nowym Kontynencie. To państwo, którego przywódcy mogą więcej, niż przywódcy innych państw – w schmittiańskim rozumieniu można USA zaliczyć do praktycznie kilku prawdziwie suwerennych krajów świata, a siła gospodarcza ułatwia podejmowanie się eksperymentów.

Prawicowy lokalizm w działaniu

I Donald Trump z tego korzysta. Jego prezydenturę można określić jako „prawicowy lokalizm w działaniu”. Lokalistyczny charakter widać w realizacji hasła „America first”, z kolei prawicowość – w elementach polityki gospodarczej, dotyczących regulacji gospodarki na amerykańskiej ziemi. To prawicowość w rozumieniu amerykańskim („fiscally conservative”), nie polskim, choć też nie można powiedzieć, by było to działanie konsekwentne.

Co do zasady można powiedzieć, że Trump spełnia swoje obietnice. Dzieje się tak dzięki podporządkowaniu przez prezydenta w Kongresie Partii Republikańskiej, która co najwyżej tonuje pierwotne propozycje

Trump szedł do wyborów z wybuchową mieszanką programową. Wyborców republikanów nie powinno dziwić, że chciał obniżenia podatków i deregulacji. To, co było w jego podejściu niekonsekwentne, to połączenie tych elementów z szeroko zakrojonymi inwestycjami infrastrukturalnymi – i chodzi nie tylko o pakiet deregulacyjno-interwencyjny, niepokrywający się z żadną szkołą ekonomicznego myślenia, ale także o to, że nie kleiło się to z jednoczesnymi zapowiedziami obniżenia długu publicznego. W międzynarodowych stosunkach gospodarczych Trump odgrażał się, że pozmienia wszystkie „niesprawiedliwe” dla USA umowy handlowe, zrzuci dyktat Międzynarodowej Organizacji Handlu (WTO), tam, gdzie będzie to dobre dla amerykańskich producentów uderzy cłami, i w tej sposób „uczyni Amerykę znów wielką”.

Jak zapowiedział, tak zrobił. Część jego zapowiedzi zweryfikowała (w dół) rzeczywistość (choćby w zakresie inwestycji infrastrukturalnych), ale co do zasady można powiedzieć, że Trump spełnia swoje obietnice. Dzieje się tak dzięki podporządkowaniu przez prezydenta w Kongresie Partii Republikańskiej, która co najwyżej tonuje pierwotne propozycje. I tak pod koniec 2017 roku Kongres przyjął obniżkę podatków, która co prawda zachowuje siedem progów PIT, jednak obniżono o kilka punktów procentowych większość z nich i zmieniono stawki, od których są liczone. Reforma obniżyła także podatek spadkowy dla części bogatszych Amerykanów (zmiany te wygasną w 2025 roku). Jednak w największym stopniu dotyczyła ona opodatkowania przedsiębiorstw, obniżając (bez ograniczeń czasowych) CIT z 35 proc. do 21 proc. (jednocześnie likwidując część ulg).

Jest jeszcze za wcześnie, by oceniać realne skutki tych zmian, a prognozy są dość rozbieżne, choć raczej zgodne co do tego, że nie będzie to wpływ znaczący. Trump zagrał też nieco na nosie tym, którzy wynieśli go do prezydentury. Z odpowiedzi, jakiej na zapytanie senatora Berniego Sandersa udzielił Congressional Budget Office, można wywnioskować, że w wyniku zmian podatkowych per saldo (po uwzględnieniu także zmian w ulgach i ObamaCare) do budżetu federalnego dopłacą już w przyszłym roku osoby najbiedniejsze, zarabiające poniżej 20 tys. dolarów rocznie, z kolei w 2021 roku – już osoby zarabiające poniżej 40 tys. dolarów rocznie. Ogólnie rzecz biorąc – jak wynika z badań CBO i Wspólnej Komisji Podatkowej Kongresu – do 2027 roku nie wpłynie do budżetu prawie 1,7 biliona dolarów, zaś deficyt powiększy się o prawie 1,5 biliona dolarów.

Donald Trump słusznie chwali się dobrymi wynikami makroekonomicznymi. Bezrobocie w USA wynosi obecnie 3,7 proc. i jest obecnie najniższe od 1969 roku

Polityka procykliczna

W zakresie deregulacji najważniejszym aspektem było złagodzenie w 2017 ustawy Dodda-Franka, uchwalonej w 2010 roku w celu mocniejszego uregulowania instytucji finansowych. Wielu bankom poluzowano śrubę co, zdaniem twórców ustawy, ma pozytywnie wpłynąć na akcję kredytową i dostęp biedniejszych Amerykanów do kapitału. Jest jednak jeszcze za wcześnie na ocenę jego skutków.

Mimo to Donald Trump słusznie chwali się dobrymi wynikami makroekonomicznymi. Bezrobocie w USA wynosi obecnie 3,7 proc. i jest obecnie najniższe od 1969 roku. Obniżki podatków co prawda nie przekładają się zbytnio na wzrost wynagrodzeń. Tyle tylko, że dużo w tym udziału dobrej koniunktury, która zaczęła się wcześniej (w tym kontekście widać pewne podobieństwa między Trumpem a Mateuszem Morawieckim). Spadek bezrobocia to kontynuacja trendu zapoczątkowanego w drugiej kadencji Baracka Obamy. Gdy spojrzymy na liczbę nowych miejsc pracy okaże się, że ich miesięczna średnia jest zbliżona do średniej z drugiej kadencji Obamy. Także wzrost PKB jest porównywalny do tego, jaki miał miejsce pod koniec urzędowania poprzedniego prezydenta (średnia wzrostu PKB w kwartale 2,7 proc. za Trumpa wobec 2,3 proc. za „drugiego Obamy”). Jeden ze wskaźników, którym do tej pory chwalił się Trump – indeks Dow Jones – zaczął na początku października 2018 roku spadać. Winny szybko się znalazł: bank centralny, czyli Rezerwa Federalna. „Fed oszalał”, pisał amerykański prezydent na Twitterze. Szaleństwo to polega na tym, że pod koniec września po raz ósmy od grudnia 2015 roku (i trzeci w tym roku) podniósł stopy procentowe. Tyle, że są one i tak najniższe od 2005 roku, a podwyższane są z rekordowo niskiego poziomu, do którego zostały sprowadzone w 2008 w czasie ostatniego kryzysu gospodarczego. Z którego USA już wyszły – a w takiej sytuacji ekspansywna polityka monetarna może prowadzić do inflacji i szykować kolejną recesję. Tym większą, im mocniej wcześniej została „napompowana” gospodarka. To, co robi Fed pod rządami mianowanego zresztą przez Trumpa Jerome’a Powella nie jest więc żadnym szaleństwem, a przeciwnie – wyrazem zdrowego rozsądku. Z kolei Trump, zamiast „naprawiać dach, gdy świeci słońce”, jakby powiedziała szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, proponuje politykę procykliczną, która może doprowadzić do ciężkiej recesji w przyszłości. Ale to może już nie być problem obecnego prezydenta USA – a nawet jeśli będzie, to zawsze znajdzie się jakiś winny.

Wojna z całym światem

Tymczasem zawirowania na amerykańskiej giełdzie biorą się m.in. z działań… Trumpa. Częściowo bowiem są efektem postępującej wojny handlowej z właściwie całym światem. Oczywiście Trump kolejnymi cłami czy zapowiedziami zrywania tej czy innej umowy handlowej uderza w inne państwa. Ale uderza także we własnych producentów (zarówno tych, którzy kupują produkty i półprodukty, jak i tych, w których uderzają kontrcła) czy konsumentów, na których przecież w ostatecznym rozrachunku są przerzucane.

Żeby zrozumieć, dlaczego Trump właściwie to robi, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że element gospodarczy (konflikty handlowe czy walutowe) to w tym kontekście jedno z narzędzi w rozgrywce między państwami. Owszem, chodzi o krajowych producentów, chronionych w ten sposób przed konkurencją, ale nie tylko. Uderzenie w Chiny ma znaczenie gospodarcze: jest to odpowiedź m.in. na chińską politykę względem zagranicznych inwestorów, a także na ekspansję gospodarczą tego państwa w Azji czy Afryce. To także próba spowolnienia rozwoju chińskich technologii – tamtejsze start-upy ścigają się z amerykańskimi choćby w zakresie rozwoju sztucznej inteligencji, co może mieć przecież przełożenie nie tylko na przewagi gospodarcze. Amerykański protekcjonizm to bowiem także element konkurencji politycznej i militarnej – osłabienie gospodarki przekłada się wszak na zmniejszenie potencjału militarnego. Dlaczego jednak Trump uderza jednocześnie w sojuszników, takich jak Unia Europejska czy Korea Południowa? Dlatego, że może. Dopóki ma nad nimi przewagę, a także łączy ich coś więcej, niż więzi gospodarcze (przecież bezpieczeństwo Europy jak i Korei zależy w dużej mierze od US Army), może stawiać im propozycje nie do odrzucenia.

Wojny handlowe są trudne

Problem w tym, że może to mieć swoje granice. Jak pisze Witold Sokała, to samo, co Trump, robiłby jakiś inny prezydent. Ale robiłby to prawdopodobnie inaczej. „Pivot na Pacyfik” rozpoczął się jeszcze za prezydentury Baracka Obamy. Tyle, że przeniesienie uwagi na ten region łączyło się z zamykaniem, lub przynajmniej przymykaniem, innych frontów. Łagodzenie sporów z Kubą czy Iranem nie brało się znikąd. Trump nie skupia się jednak na głównym obszarze sporów, a otwiera nowe fronty i rozgrzebuje stare konflikty. W ten sposób stara się osiągnąć polityczne cele za pomocą gospodarczego przymusu – choćby cła nałożone na UE mają na celu zmuszenie europejskich państw do podniesienia wydatków na obronność: nie bez powodu cłami na stal i aluminium dotknięte są głównie Niemcy. A dotychczasowi partnerzy, rozeźleni takim traktowaniem przez USA szukają sobie nowych możliwości. I tak Chiny w odpowiedzi na amerykańskie cła podniosły jednocześnie cła na samochody produkowane w USA do 40 proc. i obniżyły na pojazdy pochodzące z innych rejonów z 25 do 15 proc. W październiku BMW stało się pierwszym zagranicznym przedsiębiorstwem, któremu pozwolono mieć większość udziałów w samochodowym joint venture na terenie Chin. Jak donosi „Handelsblatt”, bawarska firma zastanawia się nad tym, czy nie przenieść swojej produkcji z USA do Chin. Rozważa to m.in. z powodu podwyżki ceł na „amerykańskie” samochody oraz z umacniającego się dolara. Prezydent Trump oskarża Chiny o to, że manipulują swoją walutą. Jednak w odniesieniu do zaniżania wartości juana była to prawda, ale dawno temu – do mniej więcej 2005 roku. Od tamtego czasu mieliśmy do czynienia z wzmocnieniem tej waluty, a największe osłabienie nastąpiło teraz, po… wprowadzeniu amerykańskich ceł na chińskie towary, w celu złagodzenia ich skutków dla eksporterów. Można więc powiedzieć, że Donald Trump wywołał skutek, z którym rzekomo walczył. A to może być tylko początek wzajemnego przeciągania liny.

Jeden ze wskaźników, którym do tej pory chwalił się Trump – indeks Dow Jones – zaczął na początku października 2018 roku spadać. Winny szybko się znalazł: bank centralny, czyli Rezerwa Federalna

Wojny handlowe nie są łatwe do wygrania. Zarzuty wobec Chińczyków są poważne, obawy przed ich gospodarczo-polityczną hegemonią – również. Nie tylko wymuszanie na firmach inwestujących w ChRL transferu technologii, ale także szpiegostwo gospodarcze są faktami. Jednocześnie trudno wskazać zwycięzcę takiej wojny. W swoim przemówieniu w Hudson Institute, wiceprezydent USA Mike Pence wskazywał na to, że Chińczycy starają się wpłynąć na wybory w Stanach poprzez nakładanie ceł – w odpowiedzi na amerykańskie – na te branże, które są ważne wyborczo z punktu widzenia republikanów. Powoływał się na badanie, z którego wynikało, że ponad 80 proc. hrabstw dotkniętych cłami głosowało na Trumpa w czasie ostatnich wyborów prezydenckich. Trudno, żeby tego nie robili. Gdyby Amerykanie wypowiedzieli Chinom wojnę konwencjonalną i zaatakowali ich bazy wojskowe, ci odpowiedzieliby pięknym za nadobne i zaatakowaliby bazy amerykańskie. Tym razem mamy do czynienia z wojną handlową, więc trudno się dziwić, że odpowiedź dotyczyła punktowych ataków na konkretne branże. I konkretne branże dostały łupnia – np. hodowcy soi, których zresztą Donald Trump obiecał wesprzeć finansowo. Wojna handlowa uderza także w importerów i konsumentów. Deficyt handlowy w relacjach USA-Chiny nie bierze się bowiem tylko z chińskiego protekcjonizmu. Także z tego, że Amerykanie po prostu chcą kupować chińskie towary, a amerykańscy producenci współpracować z Chińczykami. Efekt amerykańskiego protekcjonizmu dotykającego cały Świat są problemy także amerykańskich firm, które muszą kupować np. droższą stal i aluminium na rynku krajowym. Ciekawym przykładem jest choćby firma Whirlpool, która początkowo ciesząc się z nałożenia karnych ceł na zagraniczne pralki, później narzekała na cła podnoszące koszty produkcji.

Na ratunek – globalizacja?

Konflikt ­ amerykańsko-chiński będzie rzutował na światową politykę i wymianę gospodarczą jeszcze przez lata. Możemy mieć do czynienia prędzej czy później ze starciem zbrojnym między mocarstwami. Jednak inaczej niż w przypadku wcześniejszej „zimnej wojny” między ZSRR i USA, świat uratować może (choć nie musi)… globalizacja. O ile bowiem wcześniej mieliśmy do czynienia z państwami, utrzymującymi nikłe relacje gospodarcze, o tyle wymiana handlowa między USA a ChRL ma największą wartość na świecie. Firmy nie są dywizjami, które można użyć w wojnie prowadzonej za pomocą innych środków, tylko przede wszystkim przedsiębiorstwami kierowanymi przez ludzi, którzy chcą z innymi wymieniać towary i usługi. I choć właściciele kapitału mają narodowość, to jednak także własne interesy. Według think tanku Brookings Institution, dotychczasową wojną handlową dotknięte są przedsiębiorstwa zatrudniające łącznie 2,1 mln osób w USA. Wojna „gorąca” oznaczałaby nie tylko śmierć i zniszczenia, ale także potężne straty gospodarcze.

Uderzenie w Chiny ma znaczenie gospodarcze: jest to odpowiedź m.in. na chińską politykę względem zagranicznych inwestorów, a także na ekspansję gospodarczą tego państwa w Azji czy Afryce

Czy do takiej wojny dojdzie – nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ale trzeba też brać pod uwagę, że być może obecnie tyle się zmienia, by wiele zostało po staremu, a jednak trochę się zmieniło. Gdy mówimy o Chinach, tak naprawdę trudno powiedzieć, na czym Trumpowi konkretnie zależy. Czy chce doprowadzić do wojny, czy tylko osłabić Państwo Środka tak, by w przyszłości nie mogło zaatakować pierwsze (zakładając, że rządzący nim by tego chcieli). Politycznie – na tym, by ChRL nie rozpychały się tak, jak dotychczas – ale trudno powiedzieć, co Chińczycy mieliby zrobić, by USA wycofały się z dotychczasowych rozwiązań. Nie jest jednak wykluczone, że już niebawem usiądą do stołu i ustalą nowe zasady współpracy gospodarczej. Może bardziej przejrzystej, jeśli chodzi o podejście do zagranicznych inwestorów, może mniej protekcjonistycznej (bo trzeba pamiętać, że cła – nawet po obniżkach dla producentów z części państw – Chiny mają i tak wysokie). Nie byłby to pierwszy raz – tak było choćby w przypadku umowy handlowej między USA, Meksykiem i Kanadą (USMCA), która zastąpiła umowę NAFTA. Trump przystawił swoim partnerom pistolet do głowy grożąc, że wypowie NAFTA, jeśli nie renegocjują tego traktatu, by ostatecznie uzyskać umowę otwierającą wzajemne rynki jeszcze bardziej niż do tej pory, a także wprowadzająca obowiązek informowania z wyprzedzeniem pozostałych partnerów o chęci zawarcia umów handlowych z państwami o nierynkowych gospodarkach, co uznawane jest powszechnie za uderzenie w Chiny. Prezydent Trump zdążył już wyrazić zainteresowanie powrotem do rozmów nt. podpisania Transatlantyckiego Paktu na rzecz Handlu i Inwestycji (TTIP – umowy handlowej między USA a UE) a także drugiej odsłony Partnerstwa Transpacyficznego (TPP-11), z którego USA wcześniej zrezygnowały. Być może jest też tak, że Trump najpierw wywrócił stolik, na którym leżały umowy, budzące zresztą spore kontrowersje po obu stronach obu oceanów, by pod koniec swojej kadencji ogłosić się twórcą umów o lepszym kształcie.

Według think tanku Brookings Institution, dotychczasową wojną handlową dotknięte są przedsiębiorstwa zatrudniające łącznie 2,1 mln osób w USA. Wojna „gorąca” oznaczałaby nie tylko śmierć i zniszczenia, ale także potężne straty gospodarcze

Małe, drogie interesy

Jakkolwiek będzie, Trump wnosi do polityki, także gospodarczej, nową jakość – jakkolwiek by ją oceniać. Podejście, z którym w wymuskanym świecie demokracji liberalnej dawnośmy się nie spotkali. Widok samca alfa, wywracającego światowy stolik, na którym rozgrywane są geopolityczne szachy, potrafi niejednego zafascynować. Łatwo przy tym zapomnieć, że za wielkim hasłem „America first”, za hasłami patriotyzmu, narodowego bezpieczeństwa i za straszeniem wrogiem (który potrafi wystraszyć – jak autorytarne Chiny, trzymające mniejszości etniczne w obozach, handlujące organami więźniów skazanych na karę śmierci, dopuszczający się przymusowych aborcji czy realizujący właśnie w postaci „kredytu społecznego” orwellowską wizję permanentnej inwigilacji) kryją się często małe, choć warte miliardy dolarów, interesy. Nie bez powodu poprzednik Trumpa, również republikański prezydent, Dwight Eisenhower, ostrzegał przed wpływem „kompleksu wojskowo-przemysłowego” na amerykańską politykę. W podobny sposób można mówić też o „kompleksie przemysłowo-handlowym”. Za każdym dolarem zaoszczędzonym na podatku kryje się albo nowe miejsce pracy, albo suta dywidenda. Za każdym cłem, za każdą nie sprowadzoną z powodów bezpieczeństwa narodowego pralką kryje się konkretna firma, która dzięki zmniejszeniu podaży na rynku wewnętrznym wyciska z klientów pieniądze, które mogliby wydać na coś innego, lub zaoszczędzić.

Cła nałożone na UE mają na celu zmuszenie europejskich państw do podniesienia wydatków na obronność: nie bez powodu cłami na stal i aluminium dotknięte są głównie Niemcy

W polityce gospodarczej Trumpa łączą się więc deregulacja, niskie podatki i dążenie do odchudzania budżetu, protekcjonizm, zerojedynkowy „januszyzm biznesu” w kontekście relacji handlowych. Ale istotną jej cechą jest także traktowanie gospodarki nie jako czegoś autonomicznego, ale jako części polityki, o czym bardzo wielu polityków zapomina. Te sprzeczne ze sobą często elementy składają się na mieszankę, która odciska się na losie świata – i do której trzeba się jakoś odnieść. Bez obrażania się i wyzwisk, ale także bez wymuszonego utożsamienia się.