Newsletter

Trump i Macron – polityczni bracia

Nawet jeśli uda się zbudować kordon sanitarny wokół partii lub wciągnąć ją w tryby systemu, to system musi się zmienić. I takiej zmiany dokonują obecnie i Donald Trump, i Emmanuel Macron

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Wydawałoby się, że nie ma dwóch polityków bardziej różniących się od siebie niż Donald Trump i Emmanuel Macron. Pozornie, stawiając ich obok siebie, mamy z jednej strony zaściankowego nacjonalistę, ksenofoba, przeciwnika społeczeństwa otwartego, a z drugiej – nowoczesnego, demokratycznego i liberalnego męża stanu. Nic bardziej mylnego. Zrozumieć Trumpa – to zrozumieć Macrona, a zrozumieć Macrona – to zrozumieć Trumpa.

Aby nakreślić kontekst, cofnijmy się w czasie do starożytności. W Grecji, w czasach polis, funkcjonowało pojęcie demu, które zazwyczaj tłumaczone jest jako jednostka terytorialna, odpowiednik gminy. W potocznej mowie jednak dem oznaczał przede wszystkim wiejskie okolice polis, peryferie, interior. Kiedy w Atenach arystokracja chciała uczynić ustrój bardziej oligarchicznym, przejąć całość władzy politycznej, sprawić, by to oni, aristoi, mieli największy wpływ na grecką rzeczywistość, to właśnie z demów płynął największy opór. Oporu tego jednak nie złamano, a nowo tworzący się ustrój arystokracja z pogardą określiła jako „demos-kratos”, rządy wieśniaków. Przez kolejne lata pojęcie demokracji nabrało patyny, stało się pojęciem szlachetnym i szanowanym. Jednak dziś, w XXI wieku, sytuacja stała się podobna do okresu intensyfikacji działań aristoi – samo wygranie demokratycznych wyborów nie wystarcza, by być uznanym za polityka demokratycznego. Istnieje niepisany kodeks, który określa, co jest, a co nie jest demokratyczne; istnieją „wartości demokratyczne”, które trzeba wyznawać, by zostać namaszczonym na prawdziwego demokratę. Wartości te ustala raczej elita – nowi aristoi – aniżeli lud.

Zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych zaczęły pojawiać się ruchy, dążące do tego, by władza spoczywała jednak w rękach ludu – ruchy, jak powiedziałby Bartłomiej Radziejewski, hiperdemokratyczne, z tym, że jak u początków „demos-kratos” było pogardliwym określeniem, tak dziś używa się słowa „populizm”

Elity rozmijają się z ludem

Niezależnie od tego, jak oceniamy te wartości demokratycznych elit, od dłuższego czasu daje się zaobserwować w zachodnim świecie, że rozmijają się one z tym, czego chce lud. Dlatego zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych zaczęły pojawiać się ruchy, dążące do tego, by władza spoczywała jednak w rękach ludu – ruchy, jak powiedziałby Bartłomiej Radziejewski, hiperdemokratyczne, z tym, że jak u początków „demos-kratos” było pogardliwym określeniem, tak dziś używa się słowa „populizm”. Bunt przeciwko elitarnej formie demokracji wyzwala ogromną energię w różnych krajach Zachodu.

Wraz z pojawieniem się takiej energii, elity podejmują różne działania, by ją zneutralizować. Pierwszy sposób to ten zastosowany choćby we Francji wobec Frontu Narodowego – wokół niechcianego, populistycznego ruchu ustawia się pewien „kordon sanitarny”, tworzony przez media i polityków. Z takimi ruchami nie wchodzi się w alianse polityczne, a kiedy dochodzi do rywalizacji kandydata z populistycznego nurtu z innym kandydatem, wszyscy pozostali stają murem za tym drugim. Kolejny sposób na neutralizację to wciągnięcie populistycznej partii w obieg systemu. Za przykład może tu służyć grecka Syriza. Doszła ona do władzy z bardzo radykalnymi postulatami, które jednak szybko się stępiły. Pierwotnie zapowiadała, że będzie prowadzić ostrą rywalizację z Unią Europejską, z państwami zachodnimi czy globalnymi instytucjami takimi jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Następnie jednak postawy te w imię racjonalizmu stawały się coraz mniej radykalne, i to Syriza zaczęła spełniać żądania zewnętrznych graczy, z którymi miała walczyć.

Na populizm – aikido

Mogłoby wydawać się, że Trump, któremu (oczywiście nie bez zasług) przyprawiono gębę prostaka i rednecka, jest przeciwieństwem eleganckiego i otwartego Macrona

Istnieje jednak jeszcze trzeci sposób radzenia sobie z populistyczną radykalizacją – nazwijmy go techniką aikido: wykorzystanie energii przeciwnika, czyli ruchów populistycznych, wejście w buty populistycznego lidera, by odpowiedzieć – przynajmniej pozornie – na potrzeby rozczarowanych oficjalną polityką obywateli. I tu dochodzimy znów do Donalda Trumpa i Emmanuela Macrona.

Trump – choć lubił pozować na człowieka z ludu – od początku był członkiem amerykańskiego establishmentu, amerykańskiej elity. Gdy więc doszło do wyborów, do których szli Amerykanie zniechęceni i rozczarowani zarówno polityką demokratów, jak i republikanów, pojawił się Trump w nowej odsłonie, jako człowiek znikąd, a przynajmniej będący w kontrze wobec elity, której częścią sam jest.

W łonie amerykańskiej elity mamy najprawdopodobniej do czynienia ze swojego rodzaju wojną domową, związaną z konfliktem interesów. Część establishmentu uważała, że należy kontynuować politykę Obamy (która nota bene była kontynuacją polityki Bushów), co oznaczało przede wszystkim postawienie całej stawki na kartę globalizacji. Druga część elity uznała natomiast, że należy przede wszystkim zająć się sprawami metropolii, czyli uzdrowić same Stany Zjednoczone. Sytuacja w USA była bowiem nie do pozazdroszczenia. Obok tzw. Bible Belt, pasa terytorium zamieszkałego przez rednecków, powstał tzw. Pas Rdzy (Rust Belt), terytoria industrialne, które przez pewien czas prosperowały doskonale, ale w ostatnich latach doszło do ich spektakularnego upadku. Ameryka coraz częściej własną produkcję zamieniała na tani import, czego smutną konsekwencją jest upadek Pasa Rdzy, a przykładem – Detroit, które straciło niemal trzecią część swojej populacji. Także zaangażowanie USA w sprawy międzynarodowe sprawiło, że gospodarka amerykańska dostała zadyszki. W tej sytuacji część elit nie miała wątpliwości – aby utrzymać amerykańską dominację na świecie, trzeba zacząć od ochrony własnego kraju. I ta część wykreowała Donalda Trumpa.

Trumpowska droga Macrona

Jak mówiłem na początku, mogłoby wydawać się, że Trump, któremu (oczywiście nie bez zasług) przyprawiono gębę prostaka i rednecka, jest przeciwieństwem eleganckiego i otwartego Macrona. Także w Polsce pojawiały się głosy, że zwycięstwo Macrona to przełamanie populistycznego trendu, że to nadzieja dla prawdziwej demokracji – tej „demokracji z wartościami”. Jak jednak wyglądał proces kreowania Macrona jako niezależnego polityka? Pierwotnie dzisiejszy prezydent Francji był silnie związany z François Hollande’em, i pełnił w ówczesnym rządzie francuskim bardzo ważne funkcje: w latach 2012-2014 był zastępcą sekretarza generalnego Pałacu Elizejskiego, a w 2014 r. objął stanowisko ministra gospodarki, przemysłu i cyfryzacji w rządzie Manuela Vallsa. Pełniąc te funkcje, popadł w ostry spór z działaczami związkowymi, i wtedy jego nazwisko pojawiło się w mediach i na politycznej giełdzie. Zaczął być brany pod uwagę w sondażach prezydenckich, i okazało się, że ma realne szanse zawalczyć o fotel w Pałacu Elizejskim. Jeszcze będąc ministrem, założył własny ruch polityczny En Marche!, co zostało zresztą mocno skrytykowane przez prezydenta Hollanda. W związku z tym Macron zrezygnował z urzędu ministra. Wtedy media podchwyciły jego wizerunek jako polityka „niepochodzącego z mainstreamu”, „outsidera”, „człowieka znikąd”, który stanowi „nową jakość” i potrafi mówić rzeczy niepopularne wśród elit (mimo że En Marche! klasyfikowana była jako partia centrowa).

Kiedy spojrzymy na program Macrona w pigułce, to pozornie mamy do czynienia z politykiem liberalnym. W przeciwieństwie do Marine Le Pen, Macron jest zwolennikiem Unii Europejskiej. Jest za utrzymaniem strefy Schengen, więc bliska jest mu wizja „świata bez granic”. Chce ograniczenia etatów w administracji państwowej o 120 000. Zapowiadał rewizję kodeksu pracy, by ten bardziej sprzyjał nie pracownikom, lecz pracodawcom. Był za ujednoliceniem przepisów wobec sektora państwowego i prywatnego, oraz przeciwnikiem zamknięcia granic dla imigrantów. Kiedy w jego rodzinnym Amiens kierownictwo firmy Whirlpool podjęło decyzję o przeniesieniu fabryki z Francji do Polski, Macron (w dużej mierze pod wpływem krytyki ze strony Marine Le Pen) przyjechał do miasta, gdzie powiedział związkowcom, że rozwiązaniem ich problemu nie jest zamknięcie granic (został zresztą przez nich gremialnie wybuczany).

Jak więc można porównywać Macrona do Trumpa? Jak się okazuje, można. Macron bardzo dba o swój wizerunek polityka liberalnego (np. robiąc sobie zdjęcia z czarnoskórymi mieszkańcami biedniejszych dzielnic). Jednak uważniejsze spojrzenie mąci ten gładki wizerunek.

Nadchodzi nowe rozdanie. Wizja elit okazała się niekompatybilna z tym, czego oczekuje lud

Owszem, Macron jest zwolennikiem UE, ale nie w obecnym kształcie. Jest zwolennikiem „Europy dwóch prędkości”, której jądro stanowi dawne cesarstwo Karola Wielkiego. Ta wizja stoi w sprzeczności z pozorami otwarcia i liberalizmu, gdyż wyklucza z głównego nurtu całą resztę Unii, zwłaszcza kraje wschodnie i południowe. Jeśli chodzi o strefę euro, Macron jest zwolennikiem rewizji polityki finansowej: powołania dla eurozony ministra finansów i ustanowienia wspólnego budżetu. Co oznacza to dla przeciętnego Francuza? „Mniej pieniędzy będzie płynąć od nas do innych krajów, więcej zostanie we Francji”. Owszem, Macron obiecywał, że odchudzi biurokrację francuską, ale obiecał także stworzenie 10 tys. nowych etatów w policji i inwestycje w bardziej nowoczesny sprzęt dla służb porządkowych. Planuje także zwiększenie miejsc w więzieniach o 15 000, co z kolei wiąże się ze zwiększeniem etatów w służbie więziennej (choć, trzeba przyznać, prezydent równoważy te obietnice planami zapobiegania kryminalizacji młodzieży poprzez nowe programy edukacyjne). Owszem, Macron powiedział związkowcom z Amiens, że rozwiązaniem ich problemu nie jest zamknięcie granic, ale jednocześnie zagroził Polsce sankcjami za dumping socjalny. Owszem, prezydent Francji nie jest przeciwnikiem otwarcia granic dla imigrantów, ale… Po pierwsze, wnioski azylowe mają być rozpatrywane maksymalnie w ciągu 6 miesięcy, i nie będzie możliwości przedłużania tego terminu: jeśli wniosek odpadnie, nie ma szans na przyjęcie ubiegającego się imigranta. Po drugie, w pierwszej kolejności przyjmowani będą przybysze wykształceni – a więc bardziej niż o ideały europejskiej otwartości chodzi tu o drenaż mózgów i przyciąganie zdolnych osób, by budowały PKB nie Indiom lub Bangladeszowi, ale Francji. Podstawowym warunkiem przyznawania migrantom obywatelstwa ma być perfekcyjna znajomość języka francuskiego, a dla ich liderów religijnych mają być prowadzone specjalne szkolenia na temat sekularyzmu i wartości republikańskich – które dla wielu Francuzów są… narodowymi wartościami francuskimi. Czy wszystkie te fakty sytuują Macrona faktycznie tak daleko od „nacjonalisty” Trumpa?

Tak, jak skończył się sen o państwie opiekuńczym, które musiało ustąpić przed naporem neoliberalizmu, tak dziś kończy się sen o neoliberalizmie. Nadchodzi nowe rozdanie. Wizja elit okazała się niekompatybilna z tym, czego oczekuje lud. Możliwa jest więc albo ostra konfrontacja elit z ludem, albo próba neutralizacji nowego politycznego żywiołu. Konfrontacja na dłuższą metę nie przyniesie efektu. Nawet jeśli uda się zbudować kordon sanitarny wokół partii lub wciągnąć partię w tryby systemu, to system musi się zmienić. I takiej zmiany dokonują obecnie i Donald Trump, i Emmanuel Macron. Odpowiadają na głód wyrazistych liderów, którzy nie boją się stawiać kontrowersyjnych tez, którzy mają swoje zdanie, którzy przeprowadzą nas przez odmęty kryzysu. A przynajmniej chcieliby, byśmy wierzyli, że są takimi liderami.