Newsletter

Trudny atlantycki sojusznik

W horyzoncie kolejnych dziesięciu lat nie ma alternatywy wobec szczególnego wymiaru stosunków polsko-amerykańskich. Jednak już musimy myśleć o tym, jak układać nasze relacje, gdyby Stany przestały nas traktować jako istotnego sojusznika

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Zdjęcie polskiego prezydenta na stojąco podpisującego deklarację o partnerstwie strategicznym tuż po spotkaniu z Donaldem Trumpem zostało celnie i bezlitośnie wykorzystane w wewnątrzkrajowej rywalizacji politycznej. Jednak najbardziej zasmucający i wysoce niestosowny w tej sytuacji był fakt, że strona amerykańska zdecydowała się opublikować tę niekorzystną dla polskiej strony fotografię. Zdarzenie to, choć na pewno nie ilustruje złożoności naszych bilateralnych relacji, w swojej wymowie jest symptomatyczne i skłania do refleksji nad szerszym kontekstem polskiej polityki względem aktualnej administracji USA.

Relacje polsko-amerykańskie są niezwykle skomplikowanym zagadnieniem, w którym uwzględnić trzeba wiele czynników wykraczających poza doraźne działania polityków. By uargumentować postawioną tezę, konieczne jest krótkie przypomnienie geostrategicznego kontekstu, w którym funkcjonujemy. Wywód będzie oparty na kilku wybranych pewnikach, które stanowią fundament dalszych rozważań.

Trzy fundamenty polskiej sytuacji geostrategicznej

Po pierwsze należy zacząć od prostej, acz gorzkiej konstatacji – Polska jest krajem o średnim potencjale (jest to przekleństwo stale powracające w historii dwóch stuleci) – jesteśmy państwem za dużym (piąty potencjał ludnościowy w UE bez Wielkiej Brytanii i piąte miejsce pod względem PKB według parytetu siły nabywczej), żeby prowadzić politykę tak minimalistyczną, jak państwa małe (np. większość krajów tzw. pomostu bałtycko-czarnomorskiego oraz krajów Europy Środkowej i Południowej), jednocześnie za małym, by realizować politykę tak kosztowną, jak państwa duże (np. Francja z budżetem na obronę rzędu 57,8 mld USD w 2017 roku czy nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja: odpowiednio 44,3 mld i 66,3 mld USD). Dla porównania, w 2019 roku budżet MON może przekroczyć 2 proc. PKB i wynieść prawie 12 mld USD.

Część elity politycznej Republiki Federalnej Niemiec próbuje dystansować się od działań Federacji Rosyjskiej, jednak biznes niemiecki jest żywo zainteresowany rozwojem współpracy gospodarczej z naszym wschodnim sąsiadem, w tym zniesieniem sankcji nałożonych po zajęciu Krymu

Po drugie, działania Rosji w Gruzji, zajęcie Krymu, podsycanie separatyzmu we wschodniej Ukrainie oraz interwencja w Syrii budują wizerunek Rosji jako kraju, który agresywnie realizuje własne interesy narodowe, jednocześnie nie ma obiektywnych powodów dla aż tak złych stosunków, a tym bardziej takich, dla których Federacja Rosyjska miałaby w sposób konwencjonalny zaatakować Polskę (tzn. dążyć do zajęcia naszego terytorium i jego długotrwałej okupacji). Realnymi zagrożeniami są natomiast ingerowanie w proces polityczno-gospodarczy za pomocą innych środków (np. destabilizacja wewnętrzna poprzez antagonizowanie mniejszości ukraińskiej w Polsce) oraz wrogie działania asymetryczne, prowadzone nie tyle przez „zielone ludziki” ale – co brzmi przerażająco, lecz jest zgodnie z (oficjalnie niepotwierdzoną) tzw. doktryną eskalacji przez deeskalację – za pomocą taktycznej broni jądrowej wykorzystanej do ataku w sposób, który nie spowoduje znacznych strat wśród ludności, ale poważnie uszkodzi infrastrukturę teleinformatyczną. W skutek tego działania, państwa NATO zostałyby postawione przed dramatycznym dylematem – w jaki sposób, zachowując wiarygodność Sojuszu, zareagować na działania mocarstwa atomowego jakim jest Rosja. W opisany sposób Federacja Rosyjska mogłaby się zachować w momencie, gdy uzna się „zagoniona do narożnika”. W naszym interesie jest bowiem nieprzekroczenie punktu, w którym rosyjska kalkulacja wskaże, że korzystne będzie podjęcie działania militarnego dla obrony status quo. Z tej perspektywy przyjęcie Gruzji (a nie Ukrainy) do NATO jest dla nas korzystne, ponieważ osłabia na naszym kierunku uwagę strategiczną Moskwy.

Po trzecie, część elity politycznej Republiki Federalnej Niemiec próbuje dystansować się od działań Federacji Rosyjskiej, jednak biznes niemiecki jest żywo zainteresowany rozwojem współpracy gospodarczej z naszym wschodnim sąsiadem, w tym zniesieniem sankcji, nałożonych po zajęciu Krymu. Ponadto w Berlinie nie podziela się zasadniczych obaw i interpretacji Warszawy. Przejawem tego jest np. budowa nitek gazociągu Nord Stream (kosztem solidarności z naszym stanowiskiem). Trudno jednak winić Berlin za to, że realizuje własną rację stanu. Należy jednak na marginesie odnotować, że dostawy węglowodorów ze wschodu, choć ekonomicznie są uzasadnione, to ich konsekwencją jest pośrednio finansowanie rosyjskiej polityki zagranicznej.

Rola USA

Nie można mieć złudzeń: prezydent USA realizuje tylko i wyłącznie amerykański interes narodowy (to, jak go interpretuje, to osobna kwestia). Donald Trump deklaruje większy nacisk na, jego zdaniem, korzystniejsze rozwiązania dla USA, czego przejawem jest odkurzone przez niego hasło „America First”. Na skutek takiego podejścia, amerykańska polityka zagraniczna w większym stopniu zaczęła mieć charakter transakcyjny (coś za coś) i mniej strategiczny (nastawiony na długotrwałość ustaleń w czasie), a co za tym idzie – stała się trudniejsza do przewidzenia (zarówno dla rywali USA, jak i ich sojuszników). Ponadto Stany Zjednoczone próbują w relacjach z Polską wykorzystać każdą możliwość, aby coś na nich zyskać – zachowując się tak nie robią niczego unikatowego. Mając duże mniejsze możliwości, Polska stara się postępować tak samo w stosunku do innych partnerów. Naszym problemem jest emocjonalny i ideologiczny stosunek do Ameryki, uzasadniony historycznie, lecz obecnie będący obciążeniem i często przeszkodą w realistycznym spojrzeniu na naszego wielkiego sojusznika.

Problemem jest to, co kraj o naszym położeniu i potencjale może zaoferować? Konsekwencji braków w naszym potencjale jest wiele, szczególnie dobrze widać je np. w kwestiach twardego bezpieczeństwa. Aktualny pomysł na kierunek rozwoju sił zbrojnych kontynuuje wcześniejsze idee (Polska jako sojusznik zapewniający wsparcie „siłami ekspedycyjnymi” oraz tzw. „doktryna Komorowskiego”, czyli skupienie się na obronie własnego terytorium), ale też uzupełnia je o ważną modyfikację. Aktualny rząd silniej koncentruje się na obronie własnego terytorium, m.in. poprzez uruchomienie procesu formowania piątego rodzaju sił zbrojnych (Wojsk Obrony Terytorialnej) oraz przez silniejsze od poprzedników przypisywanie znaczenia roli czynnika amerykańskiego, co wyraża się chęcią zwiększania fizycznej obecności żołnierzy amerykańskich (oraz sił NATO) w naszym kraju. Ponadto istotnym instrumentem jest polityka zakupowa MON, która obecnie stała się elementem mającym dodatkowo „kupić” właśnie amerykańską, a niekoniecznie europejską przychylność (anulowanie przetargu na śmigłowce dla polskiego wojska – rezygnacja z produkowanych przez francuskiego Airbusa Caracali, decyzja o zakupie systemów obrony powietrznej Patriot).

Istotnym elementem jest także zapoczątkowana jeszcze przez rząd PO-PSL rozbudowa możliwości ofensywnych/odstraszania w ramach programu „Polskie Kły” (w tym m.in. kupno dla samolotów F-16 70 amerykańskich pocisków manewrujących JASSM-ER o zasięgu ok. 1000 km, plany pozyskania w ramach programu „Orka” pocisków manewrujących zainstalowanych na okrętach podwodnych, czy zakup uderzeniowych bezzałogowców w ramach programu „Zefir”). Niestety, w powyższych koncepcjach łatwo dostrzec wspomniane niedostatki potencjału naszego państwa, które przejawiają się w ilości pozyskiwanego uzbrojenia. Trudno bowiem wyobrazić sobie odpowiedź na potencjalne zagrożenie ze Wschodu kilkudziesięcioma pociskami manewrującymi, nie wspominając o ich roli w „projekcji siły” czy potencjale „odstraszającym”. Innymi słowy, nie odbierając sobie suwerennego prawa do obrony własnego istnienia, należy rozważyć efektywność wykorzystania tego typu uzbrojenia. Dla strategicznego bezpieczeństwa naszego kraju dostępne środki lepiej inwestować w systemy defensywne (w tym zwłaszcza zwiad optoelektroniczny, efektywną i odpowiedniej wielkości obronę przeciwrakietową oraz przeciwpancerną dla wszystkich rodzajów sił zbrojnych). Wiąże się to z drugim uwarunkowaniem naszej sytuacji.

Konsekwencji braków w naszym potencjale jest wiele, szczególnie dobrze widać je np. w kwestiach twardego bezpieczeństwa

W chwili obecnej, jak już pisałem, nie ma obiektywnych powodów, dla których sąsiedzi mieliby w sposób konwencjonalny zaatakować Polskę. To jednak nie oznacza równocześnie, że możemy pozwolić sobie na jakiekolwiek lekceważenie kwestii bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że tragiczna katastrofa w Smoleńsku zamroziła relacje Polski i Rosji co najmniej na pokolenie. Co więcej, rosyjskie elity polityczne postrzegają proces rozszerzania NATO nie tak jak my nad Wisłą, jako wyraz sprawiedliwość dziejowej, ale jako proces stopniowego przybliżania się wojsk Sojuszu ku Moskwie. Z powyższych powodów wydaje się oczywiste, że Polska musi szukać wsparcia u sojuszników. Patrząc przez pryzmat twardego bezpieczeństwa, nie wszyscy nasi sprzymierzeńcy dysponują potencjałem odpowiednim do tego, by zapewnić nam bezpieczeństwo. Amerykańską rolę dominującą w tej dziedzinie trudno zrównoważyć współpracą z innymi państwami.

Te fakty wiodą do trzeciej „stałej”. Próbując wzmocnić polskie bezpieczeństwo mocniejszym związaniem się z Berlinem, trzeba pamiętać, że choćby ze względów historycznych wizja odbudowanej i silnej Bundeswehry chyba przez nikogo w Europie nie zostałaby powitana z ulgą. Wydaje się, że i sam Berlin nie ma takich ambicji. Tak więc rola Niemiec (i pośrednio Francji) w polskiej polityce bezpieczeństwa ograniczać się może do kwestii gospodarczych (obecnie do RFN trafia ponad 27 proc. polskiego eksportu) i politycznych. Ponadto gdy Donald Trump na nowo chce ułożyć relacje handlowe łączące USA z UE, Rosja jawi się jako naturalny partner gospodarczy Berlina. Niemcy nie są i nie będą w strategicznej opozycji do Rosji.

Wskazując na inne niż amerykańskie opcje poprawy naszego bezpieczeństwa, należy również odnotować rolę europejskich inicjatyw z zakresu obronności (w tym Europejski Fundusz Obronny, Stałą Współpracę Strukturalną), które namacalny efekt mogą przynieść najwcześniej za 10 lat i dopiero wtedy mają szansę stać się ważnym elementem poprawy naszego bezpieczeństwa.

Wielka globalna gra i rola Polski

Powyższe uwagi mocno korespondują z deklarowanymi zmianami w światowej architekturze bezpieczeństwa, czego niedawnym wyrazem było głośno komentowane przemówienie Mike’a Pence’a. Amerykański wiceprezydent wyraźnie wskazał, iż Chiny i USA wchodzą na kurs kolizyjny. Przy tym wielu analityków wskazuje, że odwlekanie konfrontacji osłabia pozycję USA. Innymi słowy, oba państwa powoli rozpoczynają proces dzielenia świata na sprzyjające im bloki. Pojawiają się nawet opinie, że wchodzimy w „nową zimną wojnę”. Trudno jeszcze wyrokować, w jakim stopniu Stany Zjednoczone będą zdeterminowane w kontynowaniu antychińskiej polityki pod rządami innego prezydenta. Natomiast po wejściu w koleiny tukidydesowej pułapki, dynamika procesu międzynarodowego może być trudna do zmiany. W dłuższej perspektywie trudno jednak wyobrazić sobie niekonfrontacyjną koegzystencję dwóch bloków.

Kluczowe jest podjęcie próby ustalenia roli, jaką będzie w stanie odegrać Polska w świecie, gdy konfrontacja zacznie przybierać coraz bardziej zdecydowaną formę strategicznej rywalizacji

Właśnie z tego powodu kluczowe jest podjęcie próby ustalenia roli, jaką będzie w stanie odegrać Polska w świecie, gdy konfrontacja zacznie przybierać coraz bardziej zdecydowaną formę strategicznej rywalizacji. Z naszego punktu widzenia, pozycja Polski w układzie, w którym Ameryka do równoważenia chińskiej potęgi będzie szukać silniejszych sojuszników, nie jest korzystna. Nasz średni potencjał łatwo uda się zastąpić innym, ważniejszym aktorem. Tu niestety wiele wskazuje, że w naszej części świata to Rosja (aktualnie wrogo nastawiona do USA) może być państwem, dla którego Ameryce będzie się opłacało poświęcić relacje z Warszawą. Stawką będzie bowiem powstrzymywanie chińskiej dominacji. Wówczas, bez tak silnych amerykańskich gwarancji, polskie siły zbrojne w dużo większym stopniu niż obecnie będą musiały być gotowe do sprostania zagrożeniom zewnętrznym samodzielnie. Na nasze szczęście, sytuacja może się jednak różnić od tej z września 1939 roku, czyli opuszczenia Polski przez sojuszników. Tym razem istnieje szansa, że zanim zostaniemy poświęceni na rzecz ważniejszych celów, uda nam się stworzyć potencjał wystarczający do obrony własnej podmiotowości.

Paradoks tej sytuacji polega jednak na tym, że aktualnie największą szansę na zbudowanie potencjału wojskowego daje nam możliwie silny sojusz z Waszyngtonem, dysponującym już teraz potrzebnymi technologią i zasobami materialnymi.

Co ciekawe, aktualnie rządzący wydają się postrzegać sytuację w podobny sposób, czego przejawem może być tak silne dążenie do polonizacji pozyskiwanego sprzętu, transferu technologii za wszelką cenę (choć kupno „z półki” jest tańsze) oraz tworzenie samodzielnych zdolności w zakresie produkcji uzbrojenia. Z tej perspektywy mizerne wyniki eksportowe polskiej zbrojeniówki są kwestią wstydliwą (w latach 2013–2017 Polska była 29 eksporterem uzbrojenia na świecie), ale nie zasadniczą. Kluczowe jest bowiem zbudowanie zdolności do produkcji sprzętu wystarczającej jakości, by móc obronić własne terytorium.

W XXI wieku o jakości sprzętu przesądza zarówno hardware, jak software

W XXI wieku o jakości sprzętu przesądza zarówno hardware, jak software. Kwestię tę dobrze zrozumieli m.in. Turcy, którzy w 2011 roku przeprowadzili pełną turkizację oprogramowania w swoich F-16. Można tylko się domyślać, że powodem była obawa o funkcjonowanie maszyn podczas hipotetycznego konfliktu z Izraelem (kluczowym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie). W tej perspektywie sojusz z USA i nasycanie naszych sił zbrojnych amerykańskimi rozwiązaniami jawi się jako doraźna konieczność, jednak już teraz trzeba myśleć o możliwej sytuacji, w której nasze relacje z sojusznikiem za Oceanem ulegną ochłodzeniu.