Newsletter

Bajka o Bolandzie

PiS jest niemal całkowitym zawodem, a kierunek, w jakim prowadzi państwo, jest w najlepszym przypadku błędny, a najgorszym – groźny. Choć nie z powodów, które najczęściej podnosi oszalała część opozycji

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

W pewnej monarchii konstytucyjnej, zwanej Bolandą, rządził zły Don Aldo. Rządził co prawda na podstawie wygranych wyborów, ale rządził fatalnie i lud był coraz bardziej niezadowolony. Widząc, że czas beztroski się kończy, Don Aldo spakował manatki i czmychnął za granicę, żeby zostać urzędnikiem na dworze cesarskim. Na posterunku zostawił wierną, ale niezbyt mądrą Evitę Digger.

I to była szansa dla hrabiego de Canard, przywódcy Ligi Prawdy i Porządku, który od dawna próbował z Don Aldem wygrać, ale mu nie wychodziło. Hrabia de Canard obiecywał skończyć z wieloma nagannymi cechami rządów złego Don Alda. Obiecał ludowi, że nie będzie podwyższał podatków. Obiecał, że będzie słuchał głosu ludu, a jak lud będzie chciał jakiegoś referendum, to referendum będzie. Obiecał nawet, że ludzie Don Alda będą traktowani lepiej niż byli traktowani jego właśni, de Canarda, ludzie, będąc w opozycji. W tym celu miały zostać uchwalone specjalne ustawy.

Biali tymczasem nie byli entuzjastami ani zapowiadanego lekkiego zwrotu socjalnego, ani rewolucyjnych wizji

Czerwoni i biali

Twarzą tej zmiany de Canard zrobił charyzmatyczną baronową von Ahle. Baronowa niespożycie jeździła po całym państwie i obiecywała dobrą zmianę. Przysłuchiwali się temu różni zwolennicy zmian – od całkiem rewolucyjnie nastawionego stronnictwa czerwonych do ostrożnego stronnictwa białych. Don Aldo i jego Evita Digger nie podobali się ani jednym, ani drugim, ale też nie sposób było udawać, że wizje stanu docelowego u ich wszystkich przeciwników są identyczne.

Czerwoni chcieli, żeby Don Alda, Evitę Digger i wszystkich członków ich stronnictwa jak najszybciej wsadzić do pierdla za zdradę narodu, najlepiej bez żadnego procesu, bo przecież „wszyscy wiedzą, że to zdrajcy”. Urzędy zaś miały być obsadzone przez, jak mniemali, z definicji uczciwych ludzi de Canarda. Szczególnie liczono tutaj na pełnego rewolucyjnego zapału, młodego gniewnego margrabiego van Rib, który miał się zająć sądami.

Kontrolę nad państwowymi heroldami, gazetami oraz Bolandyjską Kompanią Dziadów Lirników, objął Jack Chickenreit. Wszyscy dziadowie lirnicy dostali nowe teksty pieśni, przypowieści i bajek, które mieli wygłaszać w całym kraju

Biali tymczasem nie byli entuzjastami ani zapowiadanego lekkiego zwrotu socjalnego, ani rewolucyjnych wizji. A jednak, opierając się na oficjalnych obietnicach baronowej von Ahle i jej patrona, liczyli na choć kilka kluczowych zmian. Po pierwsze – na większą przejrzystość i naprawę instytucji. Po drugie – na usprawnienie kluczowych dla państwa procedur. Po trzecie – na mniejsze fiskalne obciążenia, bo takie obietnice padały całkiem wprost. Po czwarte – na to, że ewentualne zmiany, w odróżnieniu od rządów czasu Don Alda, będą planowane uważnie, z namysłem, solidnie analizowane, zanim podejmie się ostateczną decyzję. „No dobrze, może będzie trochę chaosu, trochę kolesiostwa” – powiadali – „ale przecież będzie uczciwiej, otwarciej, przewietrzy się państwo, zrobi grunt pod naprawdę nowe otwarcie”. Entuzjastyczni nie byli, ale jaki mieli wybór?

Monety van Ahle

No i tak się stało, że Evita Digger położyła sprawę, jej stronnictwo przegrało wybory, de Canard tryumfował, baronowa von Ahle została kanclerzem rządu, a królem tej konstytucyjnej monarchii w wolnej elekcji wybrano innego protegowanego de Canarda – grafa Andrew Pipera.

Ale potem okazało się, że nowa ustawa jest nie do zrealizowania, a sąsiedzi i sojusznicy Bolandy pukali się w głowę. Więc parlament szybko zmienił ustawę, kasując nieszczęsny przepis. I wtedy ogłoszono nowy Akt – po kolejnych dwóch miesiącach

Mijały kolejne miesiące rządów Ligi Prawdy i Porządku, a biali byli w coraz większym szoku. Rząd von Ahle prędko wymyślił 45 nowych podatków, a na zarzuty, że to łamanie obietnic, odpowiadał, że przecież żadnych już istniejących nie podwyższył. Wszystkie te są nowe i nie będą podwyższane. Choć niewykluczone, że dojdą jeszcze jakieś kolejne.

Z tych podatków były pieniądze na różne programy dla ubogich, a sama von Ahle raz w tygodniu pojawiała się w coraz to innym miasteczku Bolandy, przejeżdżała główną ulicą i z kosza trzymanego w ręku sypała szczerozłote monety na ulicę, zaś zachwycony lud chwytał je i wył w ekstazie. Co prawda pojawiały się plotki, że potem Gwardia Kanclerska większość tych pieniędzy szczęśliwcom po cichu odbierała, ale nikt tego nigdy nie widział.

Co do opozycji, wprowadzono zasadę, że przysługuje jej w parlamencie 10 minut wystąpień miesięcznie i muszą to sobie jakoś rozdysponować. Za każdą minutę powyżej winny płacił karę 10 tysięcy dukatów (pensja deputowanego wynosiła najpierw tysiąc dukatów, ale potem hrabia de Canard zdecydował, że na służbie państwu nie można się dorabiać i obniżono ją do dziesięciu dukatów). Na stwierdzenia, że to mocno niedemokratyczne – a przecież Bolanda była jednak demokracją – ludzie de Canarda odpowiadali, że tamci się już nagadali, gdy rządzili, a gadali zawsze fałszywie i zdradziecko, więc po co mają gadać teraz? A przecież i tak, dzięki łaskawości de Canarda, te 10 minut im jednak pozostawiono, zamiast ich wszystkich zamknąć w turmie, gdzie ich miejsce.

Ze wszystkich urzędów i kompanii handlowych, które kontrolowało państwo, powyrzucano hurtem ludzi, którzy tam przyszli za Don Alda, niezależnie od tego, jak sobie radzili. Poprzyjmowano nowych, zaufanych. W państwowej firmie handlującej paszą dla koni zasiadł kmieć O’Byteck, wcześniej kasztelan małego grodziska nieopodal stolicy. Szybko zajął się tym, co najważniejsze: zarządził, żeby w należących do firmy gospodach gazety opozycji schować jak najgłębiej, a gazety rządu pokazać na samym przedzie.

– Ależ hrabio – zaoponował gość – sytuacja się nie unormuje, póki nie zrezygnujecie ze specjalnych metod

Kontrolę nad państwowymi heroldami, gazetami oraz Bolandyjską Kompanią Dziadów Lirników, objął Jack Chickenreit. Wszyscy dziadowie lirnicy dostali nowe teksty pieśni, przypowieści i bajek, które mieli wygłaszać w całym kraju. Były wśród nich takie utwory jak „Baśń o tym, jak hrabia de Canard w przebraniu biednego włościanina złego kasztelana zdemaskował”, „Opowieść o tym, jak pani kanclerz von Ahle ubogiej sierocie pomogła”, „Pieśń dziadowska o strasznym Don Aldzie i jego zbrodniczej kompaniji”, „Bajka o złym sędzim, co kury kradł, i dobrym margrabim van Ribie”, „Powiastka o tym, jak lord Morovitz przebrał się za kmiecia i chaty ubogich nawiedzał” i wiele innych. Niektórzy byli oburzeni, że dziady, dostający wynagrodzenie z kasy państwa (i od ludu, który wciąż rzucał im grosiwo), wciąż biją tylko w jeden bęben. Chickenreit odpowiadał, że przecież są dziadowie spoza kompanii, którzy mogą śpiewać – jak się wyraził – co im ślina na język przyniesie, więc nie ma się o co awanturować. Kto chce, niech sobie słucha dziadów niepaństwowych i ich – jak to ujął – kłamliwych zawodzeń.

Skłóceni z sąsiadami

Bolanda wkrótce weszła w ostry spór z częścią swoich sąsiadów. W swoich wystąpieniach baronowa von Ahle tłumaczyła, że to dlatego, że kraj postanowił być prawdziwie suwerenny. W ramach ugruntowywania tej suwerenności chłopom odebrano ziemię, której nowym właścicielem stał się Suwerenny Zarząd Ziemi Bolandy – chłopi ją tylko dzierżawili. „Żeby wróg nie wykupił” – tłumaczyła baronowa. W specjalnej ustawie określono dozwoloną liczbę gospód, karczem i zajazdów na milę kwadratową, godziny i dni ich otwarcia oraz dopuszczalny asortyment. Okowitę można było sprzedawać jedynie między 13 a 16. „Dość rozpijania dzielnego narodu bolandyjskiego!” – grzmiała baronowa. Uregulowano rozmiar i ciężar końskich podków, kształt koryt dla bydła oraz dietę dla ludności. Żeby była zdrowsza i miała siłę bronić Bolandy przed wrogami.

Margrabia van Rib zabrał się ostro za sądy, które faktycznie wcześniej nie działały najlepiej. Wkrótce starych sędziów z Najwyższej Izby Sądowej wymieniono na nowych, którzy wcześniej obowiązkowo składali hołd de Canardowi. Nowy tekst sędziowskiej przysięgi głosił, że sędziowie orzekają zgodnie z interesem państwa, a interes państwa definiuje Liga Prawdy i Porządku w ogłaszanym uroczyście co roku Akcie o Interesie Narodowym.

W przypadkach nadzwyczajnych akt mógł być ogłaszany częściej i tak się raz zdarzyło. A nawet dwa razy. Najpierw parlament przyjął ustawę o tym, że każdy, kto – w kraju czy za granicą – powie coś złego o rządzie Bolandy, będzie ukarany. Szybko wpisano to do Aktu o Interesie Narodowym, który ogłoszono w tak uzupełnionej postaci zaledwie dwa miesiące po poprzednim.

Ale potem okazało się, że nowa ustawa jest nie do zrealizowania, a sąsiedzi i sojusznicy Bolandy pukali się w głowę. Więc parlament szybko zmienił ustawę, kasując nieszczęsny przepis. I wtedy ogłoszono nowy Akt – po kolejnych dwóch miesiącach. Działo się to w tym samym czasie, gdy hrabia de Canard zdecydował, że baronowa von Ahle jest tak znakomitym kanclerzem, iż należy jej powierzyć nowe, odpowiedzialne stanowisko szefowej Bolandyjskiego Urzędu Kontroli Pieców i Kominów. Kanclerzem zaś został dotychczasowy wicekanclerz lord Matteo Morovitz.

Hrabia de Canard objaśnia swemu gościowi w nieco pokrętny sposób to, co nazywam zjawiskiem uciekającego horyzontu

W każdej z tych spraw ministrowie oraz kanclerz pielgrzymowali do Nowego Grodu, gdzie swój niewielki zameczek miał de Canard. Hrabia osobiście zatwierdzał wszystkie regulacje, ustawy, nakazy i ukazy, często dodając do nich swoje światłe uwagi. Parlamentarzyści strasznie się nudzili, ale szczególnie ci z opozycji, bo ci z Ligi Prawdy i Porządku na ogół mieli drugie, a nawet trzecie zajęcie w różnych państwowych przedsięwzięciach, więc nawet się cieszyli, że nie muszą pracować nad prawem, tylko kilka razy w miesiącu podnoszą na sali parlamentu rękę zgodnie z wcześniej rozdawanymi ściągawkami, przywożonymi przez posłańca wprost z zamku hrabiego de Canard. Dzięki temu mieli więcej czasu na naprawdę ważne sprawy, czyli pomnażanie swoich majątków.

Audiencja u de Canarda

Tak się złożyło, że po wielu miesiącach starań przed jowialne oblicze de Canarda dopuszczono sprawozdawcę jednej z gazet z odległego państwa, niejakiego Ambrożego der Klecks. Sprawozdawca dość dobrze orientował się już w tym, co się w Bolandzie dzieje – od pół roku oczekiwał na miejscu na posłuchanie u hrabiego, który formalnie żadnej funkcji nie pełnił, ale wszyscy wiedzieli, że jest najważniejszą osobą w kraju. Lecz mimo całych miesięcy, spędzonych w Bolandzie, wciąż nie bardzo potrafił pojąć powody i motywy działania hrabiego.

Gdy usiedli z de Canardem w jego zacisznej komnacie na zameczku w Nowym Grodzie, przy przyjemnie trzaskającym kominku, Der Klecks czystym bolandyjskim spytał:

– Hrabio, niech mi hrabia powie, dlaczego to wszystko? Przecież obiecywaliście, że zrobicie normalność. A sam pan przyzna, że normalnie to chyba nie jest. Ograniczenia, regulacje, 10 minut w miesiącu dla opozycji…

Hrabia uśmiechnął się wyrozumiale, jak ojciec, który musi wytłumaczyć prostą sprawę niezbyt rozgarniętemu synkowi.

– Nie może być normalnie, bo nie jesteśmy w normalnej sytuacji – odrzekł. I popił herbaty z konfiturami ze szklanki.

– No właśnie – sytuacja nie jest normalna, o tym mówię – nie do końca zrozumiał der Klecks.

Hrabia westchnął.

– Nie możemy stosować normalnych metod, póki sytuacja się nie unormuje – stwierdził.

– Ależ hrabio – zaoponował gość – sytuacja się nie unormuje, póki nie zrezygnujecie ze specjalnych metod.

– Nie – spokojnie wywodził de Canard. – Sytuacja się unormuje, gdy my naszymi specjalnymi metodami doprowadzimy do tego, że nawet bez nich będzie normalna.

– Aha – bez przekonania rzekł der Klecks. – A jaka to będzie sytuacja, ta, do której zmierzacie?

– Taka, kiedy nasze specjalne metody już nie będą potrzebne – z niezmąconym spokojem odparł hrabia.

– A skąd będziecie wiedzieć, że one już nie są potrzebne?

De Canard spojrzał mało dyskretnie na wiszący na ścianie duży zegar.

– Bardzo pana przepraszam, panie… jak pan się właściwie nazywa? – spytał.

– Der Klecks – odparł der Klecks.

– …panie Derpleks, ale za pięć minut mam spotkanie z kanclerzem Morovitzem w sprawie nowej regulacji, dotyczącej strojów dla ludności poruszającej się po zmroku. Więc sam pan rozumie…

– A co to za regulacja? – trochę już zniechęcony zapytał der Klecks.

– Bardzo mądra – rozpromienił się hrabia. – Wymyśliliśmy, żeby wszyscy obywatele Bolandy, wychodzący z domu po zmroku, musieli nosić jaskrawożółte kubraki, dzięki którym będą mniej narażeni na rozjechanie przez konia czy powóz. Rządzący wcześniej wstrętni liberałowie – te słowa de Canard wymówił z wyraźnym obrzydzeniem – dopuszczali dowolny strój po zmroku. My z tym bezhołowiem kończymy! – zapalił się. – I wynikną z tego same korzyści. Po pierwsze – nasi obywatele będą bezpieczniejsi. Po drugie – państwo mniej wyda na ich leczenie po wypadkach. Po trzecie – ci bez kubraków będą karani, więc do budżetu wpłynie więcej pieniędzy z kar, które wystawia nasza dzielna Straż Obywatelska. Po czwarte – produkcją kubraków zajmie się powołany właśnie wczoraj Bolandyjski Koncern Kubrakowy, więc ludzie będą mieli pracę, a państwo zarobi.

– Ale jak zarobi?…  niepewnie zapytał der Klecks.

– No jak to: jak? – zdziwił się hrabia. – Przecież nie będziemy tych kubraków rozdawać darmo. Każdy będzie musiał za swój zapłacić dziesięć dukatów. Czyż to nie genialne? – ucieszył się. – Muszę przyznać, że to nie ja wymyśliłem. To pomysł mojego kanclerza Morovitza. Bardzo zdolny człowiek, bardzo. Z czasem planujemy rozszerzenie obowiązku na całą dobę – wyjaśnił de Canard. Po czym dopił herbatę i rzekł: – No, panie Derpleks, żegnam pana. Muszę pilnować Bolandy.

***

Możemy zatem pozostać w „stanie wyjątkowym” nie wiadomo jak długo, podczas gdy jest to stan uniemożliwiający wytworzenie normalnych mechanizmów instytucjonalnych państwa

Tyle bajka o Bolandzie.

W moim rodzimym tygodniku „Do Rzeczy” przez kilka wydań toczyła się interesująca dyskusja o „dobrej zmianie”. Zaczął ją „List Konserwatysty Zmiany do Konserwatysty Umiaru” Piotra Semki. W kolejnych tekstach zabrał głos autor niniejszego artykułu, Kamila Baranowska, Stefan Sękowski i Piotr Gociek. Głosy dzieliły się pół na pół. Baranowska i Gociek w większości tez Semki bronili, Sękowski i niżej podpisany się z nimi nie zgadzali.

Po przeczytaniu całości tej debaty i przyjrzeniu się argumentom oponentów, tu mogę postawić sprawę bardziej radykalnie: PiS jest niemal całkowitym zawodem, a kierunek, w jakim prowadzi państwo, jest w najlepszym wypadku błędny, a najgorszym – groźny. Choć nie z powodów, które najczęściej podnosi oszalała część opozycji. Co ważne: żadnym kryterium nie jest porównanie do czasów PO. Owszem, wówczas stwierdzimy, że w niektórych dziedzinach, wycinkowo, jest trochę lepiej, w innych – gorzej (na przykład w kwestii regulacji – PiS przejęło i tak przeładowany regulacyjny mechanizm państwa i w ciągu trzech lat bezprecedensowo go rozbudowało). Ale przecież nie o to chodzi. Zmiana miała być jakościowa, a jest w najlepszym wypadku ilościowa (więcej czegoś, mniej czegoś), a w najgorszym – zaledwie personalna.

PiS jako pierwszy skrajnie zwulgaryzował debatę publiczną, sprowadzając każdą niemal swoją decyzję do ostatecznego „testu na polskość”, zawsze zresztą ogłaszanego w tonie trudnej do zniesienia hurrapatriotycznej tromtadracji, i likwidując tym samym możliwość jakiejkolwiek debaty

Pierwszy i najważniejszy ogólny powód, dla którego sądzę, że PiS zawodzi, przedstawiłem w bajce. Hrabia de Canard objaśnia swemu gościowi w nieco pokrętny sposób to, co nazywam zjawiskiem uciekającego horyzontu. Horyzontu nie da się dogonić. Politycznym horyzontem PiS jest jakaś niedopowiedziana, teoretyczna, lepsza, sprawiedliwa Polska. Ale żeby ten cel osiągnąć, trzeba zastosować wiele metod mało przyjemnych, a umożliwiających utrzymanie się przy władzy. Przy władzy zaś trzeba się utrzymać, bo tylko PiS jest w stanie dotrzeć do horyzontu (tak twierdzi). Ale do horyzontu dotrzeć się nie da, więc nadzwyczajne metody zostaną z nami na zawsze. To błędne koło.

Rewolucjoniści, nie konserwatyści

Do tej tezy w debacie tygodnika „Do Rzeczy” zwolennicy „konserwatyzmu zmiany” – czyli po prostu rewolucjoniści, bo ich postawa z konserwatyzmem wiele wspólnego nie ma – niestety się nie odnieśli. Tymczasem to właśnie jest kluczowy problem z obecną władzą: sięga ona po środki nadzwyczajne, co sama zresztą przyznaje (jak w przypadku „reformy” sądownictwa), oficjalnie deklarując, że ma to na celu przełamanie dotychczasowego układu. Piotr Semka twierdzi, że ów układ tworzył mechanizm bezalternatywności dla elit III RP, wyrosłych na podglebiu postkomunizmu i że środki nadzwyczajne są konieczne, by się z tego kręgu wyrwać. Tyle że środki nadzwyczajne nie są przecież, a przynajmniej nie powinny być, rozwiązaniem permanentnym. Nie nadają się też do bycia fundamentem docelowego, normalnego ładu. Ich zadaniem jest jedynie rozwiązanie konkretnego problemu. Ale trudno sobie wyobrazić, żeby władza z nich zrezygnowała, bo są dla niej najzwyczajniej wygodne, zaś moment, gdy można by ich zaniechać, nie został w żaden sposób zdefiniowany. Możemy zatem pozostać w „stanie wyjątkowym” nie wiadomo jak długo, podczas gdy jest to stan uniemożliwiający wytworzenie normalnych mechanizmów instytucjonalnych państwa. To stan, dający preferencje i nadzwyczajne środki aktualnej władzy. Jako się rzekło – błędne koło.

Co więcej – a czego znów rewolucjoniści nie dostrzegają – te środki mogą zostać skwapliwie przejęte przez drugą stronę konfliktu, gdy wygra ona wybory, i wykorzystane do pognębienia strony, najogólniej mówiąc, konserwatywnej. Byłoby to tym łatwiejsze, że stawiający na rewolucyjne i nadzwyczajne rozwiązania PiS nie zadbał w ogóle o wytworzenie mechanizmów trwalszych niż jego polityczne panowanie – co, nawiasem mówiąc, stanowi dla PiS kolejny powód, aby utrzymać się przy władzy za wszelką cenę. Przecież jeśli się ją straci, wszystkie specjalne instrumenty obrócą się przeciw obecnie rządzącym. I nawet jeśli nie prowadzi to do żadnych ewidentnych naruszeń demokracji (a ja takich tymczasem nie dostrzegam), to gdzieś w tyle głowy rządzących ta myśl trwa i jest uzasadnieniem wielu ich decyzji.

PiS zaprojektował ustawę, która odbiera niektórym ludziom to, co wypracowali sobie w organach III RP, dostając od polskiego państwa zgodę na dalsze pełnienie służby, mimo wcześniejszej pracy w resorcie spraw wewnętrznych

Powtórzę: PiS nie stworzył żadnych systemowych zabezpieczeń, które chroniłyby go jako przyszłą opozycję przed nadużyciami następców, a nie stworzył ich, bo dziś musiałyby one chronić opozycję obecną. Piotr Semka w tekście podsumowującym debatę „Do Rzeczy”, pisze: „Jednak powtarzanie, jak powinna być robiona polityka bez zastanawiania się, jak to praktycznie zrobić, i bez refleksji nad tym, czy po PiS nie przyjdą znacznie gorsi – nie jest oznaką realizmu”. Semka myli się tak bardzo, jak tylko można się mylić: sam daje przykład oderwania od rzeczywistości, nie rozumiejąc, że właśnie obawa przed „jeszcze gorszymi” uzasadnia sprzeciw wobec rewolucyjnych praktyk PiS, bo są kuźnią skrajnie groźnych narzędzi dla tych „jeszcze gorszych”, którzy kiedyś przyjdą. To zresztą już nastąpiło i wątpliwe, czy ten fatalny proces można jeszcze odwrócić.

Repolonizacyjny szantaż moralny

Podam dwa konkretne przykłady z czasu, gdy ten tekst powstaje: „repolonizację” Polskich Kolei Linowych oraz sprawę ustawy dezubekizacyjnej, która za sprawą pytania sądu okręgowego z lutego tego roku trafiła do Trybunału Konstytucyjnego.

W momencie pisania tego tekstu, trwa bezprecedensowa chyba nawałnica propagandowa, związana z kupnem PKL przez państwowy Polski Fundusz Rozwoju. Natężeniem przypomina najgorsze balony propagandy PO: ten związany z polską prezydencją w UE czy z idiotyczną kampanią „orzeł może”, firmowaną przez środowisko Bronisława Komorowskiego.

Pisałem o sprawie PKL obszernie między innymi na blogu Warsaw Enterprise Institute (tutaj) oraz na portalu Wirtualna Polska (tutaj), nie będę się więc tu zajmował ekonomiczną stroną tego przedsięwzięcia. Istotne jest w kontekście naszych rozważań co innego: to PiS jako pierwszy skrajnie zwulgaryzował debatę publiczną, sprowadzając każdą niemal swoją decyzję do ostatecznego „testu na polskość”, zawsze zresztą ogłaszanego w tonie trudnej do zniesienia hurrapatriotycznej tromtadracji, i likwidując tym samym możliwość jakiejkolwiek debaty. Owszem, działały tak trochę wszystkie dotychczasowe rządy, ale w znacznie mniejszym natężeniu. Owszem, to w jakiejś mierze wynik tak zwanych okoliczności obiektywnych, ale postawa ugrupowania Kaczyńskiego odgrywa rolę decydującą.

Retoryka, którą w sprawie zakupu PKL – posunięcia, mówiąc najdelikatniej, kontrowersyjnego, a na pewno będącego tematem do dyskusji i sporu – zastosował Mateusz Morawiecki i inni politycy PiS, nie pozostawia miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. „Przywrócenie skarbu narodowego w polskie ręce”, „zwrócenie Polakom tego, co do nich należy” – w tym tonie premier opisywał bardzo wątpliwe posunięcie swojego rządu, wykonane w oczywistym kontekście wyborczym. Czy jest tu przestrzeń na debatę? Skoro mówimy o „zwróceniu Polakom tego, co do nich należy”, to każdy, kto tę decyzję kwestionuje, automatycznie jest ustawiany w pozycji tego, kto Polakom ich świętej państwowej własności zwracać nie chce. Więc kim jest ktoś taki? Zdrajcą narodu? Sprzedawczykiem? Może jurgieltnikiem na niemieckiej (czy luksemburskiej w tym wypadku) pensji? Gdzie tu miejsce na choćby łagodny sceptycyzm? To sprowadzanie debaty publicznej do poziomu najbardziej prymitywnych klisz, w czym niestety celuje telewizja publiczna, przy pełnej aprobacie samego Jarosława Kaczyńskiego.

Albo akceptujecie w stu procentach naszą linię, albo wynocha. Taki sposób układania państwa widać w większości spraw istotnych, a nawet nieistotnych. Tak traktowana jest (używana jako narzędzie wyłącznie w wewnętrznej grze politycznej) kwestia reparacji. Tak mówi się o „reformie” sądownictwa, o ograniczaniu niedzielnego handlu, o ustawie o ziemi, o ustawie „apteka dla aptekarza”, o noszącej znamiona obsesji antyniemieckiej retoryce.

Taka najzwyczajniej prostacka metoda znakomicie trafia w gusta części wyborców, a zarazem w pełni odpowiada definicji populizmu, którą uważam za najtrafniejszą: to podejmowanie decyzji lub proponowanie rozwiązań, o których wie się, że są złe dla państwa, ale które przynoszą doraźną korzyść polityczną. Książkowym przykładem takiego działania było obniżenie poselskich uposażeń. To też modelowy przykład działania zasady uciekającego horyzontu. Dlaczego Kaczyński zdecydował, żeby obciąć poselskie pensje? Bo musiał ratować swoją partię przed spadkiem poparcia, związanym z przyznanymi wcześniej premiami. Posunięcie jest zatem środkiem nadzwyczajnym, który ma zapewnić dalsze rządy PiS, aby PiS mógł dalej „naprawiać państwo” – tyle że to właśnie posunięcie je psuje. A im bardziej je psuje, tym bardziej trzeba je naprawiać, stosując kolejne doraźne rozwiązania, psujące państwo – i tak bez końca.

Różne obozy, różne cele

Przykład drugi: dezubekizacja. PiS zaprojektował ustawę, która odbiera niektórym ludziom to, co wypracowali sobie w organach III RP, dostając od polskiego państwa zgodę na dalsze pełnienie służby, mimo wcześniejszej pracy w resorcie spraw wewnętrznych. Przy okazji oberwały osoby, które bardzo epizodycznie, pod sam koniec PRLu i jedynie czysto formalnie choćby na tydzień zahaczyły o MSW, poza tym zaś całe swoje zawodowe życie służyły wolnej Rzeczypospolitej.

Tu objawia się właśnie konflikt pomiędzy myśleniem rewolucyjnym a konserwatywnym. Rewolucjoniści zakrzykną, że III RP była budowana na złym porozumieniu, na postkomunizmie, na zgniłym kompromisie i że w związku z tym nie można honorować decyzji podjętych u jej zarania.

Konserwatysta może się nawet w dużej mierze zgodzić z tą diagnozą, ale rozumie, że stawką jest tu ciągłość i powaga państwa. Jeżeli podjęto już taką, a nie inną decyzję na jego początku i jeśli następnie była ona honorowana – bo przecież ludzie, o których mowa, faktycznie służyli III RP, lepiej czy gorzej, ale jednak (również za pierwszych rządów PiS) – to nie można jej cofać na czysto uznaniowej podstawie: bo my jesteśmy „dobrzy” i dopiero od czasu naszych drugich rządów liczy się prawdziwa Polska, a wszystko, co było wcześniej, wywalamy do kosza.

W dodatku takie podejście tworzy skrajnie groźny precedens. Nie różni się co do sposobu myślenia niczym od zapowiedzi „depisyzacji”, padających dziś ze strony niektórych przedstawicieli opozycji: PiS jest immanentnie „zły”, więc furda prawo, furda podjęte zobowiązania, zrobi się jakąś specustawę i na jej mocy usunie się z całej administracji ludzi, którzy z ugrupowaniem Kaczyńskiego współpracowali w jakikolwiek sposób.

W swoim tekście w ramach debaty „Do Rzeczy” Stefan Sękowski napisał, że być może trzeba sobie powiedzieć wprost: „Konserwatyści Zmiany” i „Konserwatyści Umiaru” to nie jest ten sam obóz i cel, ku któremu chcą zdążać jedni i drudzy, nie jest jednaki

To fundamentalny spór o sposób myślenia o państwie. Rewolucjoniści – nie tylko ci, wspierający dziś PiS, ale wszyscy wszędzie co do zasady – wierzą w moralną słuszność swoich działań, uważają zatem, że ich racja jest nadrzędna nad instytucjami, prawem i przyjętymi wcześniej przez wszystkich ustaleniami.

Konserwatyści nie są, rzecz jasna, relatywistami ani pozytywistami prawnymi, nie wierzą więc, że słuszne jest po prostu to, co zostało uchwalone. Ale rozumieją, że dla utrzymania w ruchu kruchych mechanizmów państwa i kruchej spójności społeczeństwa na najbardziej rudymentarnym poziomie nie można odwoływać się jedynie do arbitralnie rozumianej racji moralnej i oktrojować swoich rozwiązań, nie bacząc na sprzeciwy. To bowiem nie prowadzi do stworzenia trwałego konserwatywnego ładu, ale do gwałtownej reakcji, skierowanej w przeciwną stronę i najpewniej do zaprzepaszczenia wszystkiego, co się osiągnęło. Trzeba oprzeć się natomiast właśnie na instytucjach – starając się przekształcać je tak, aby stały się w jak największym stopniu strażnikiem konserwatywnych wartości.

W swoim tekście w ramach debaty „Do Rzeczy” Stefan Sękowski napisał, że być może trzeba sobie powiedzieć wprost: „Konserwatyści Zmiany” i „Konserwatyści Umiaru” to nie jest ten sam obóz, i cel, ku któremu chcą zdążać jedni i drudzy, nie jest jednaki. Podpisuję się pod tą diagnozą. Po trzech latach rządów „dobrej zmiany” można ją już postawić bez wątpliwości.