Newsletter

Zrozumieć Trumpa, zrozumieć Amerykę

Prezydentura Donalda Trumpa poważnie zachwiała światową polityką. Ci, którzy liczą, że pomarańczowogrzywy biznesmen kiedyś wreszcie przegra wybory i wszystko wróci w stare koleiny, mogą się jednak gorzko rozczarować

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Od dwóch lat, czyli od czasu dość niespodziewanego dla wielu zwycięstwa w wyborach prezydenckich, Donald Trump prowadzi Amerykę niczym przedsiębiorstwo, w którym ma kontrolny pakiet udziałów. To znaczy – niezbyt przejmując się głosami krytyki, zarówno tymi w kraju, jak i tym bardziej tymi z zagranicy, z arogancką pewnością siebie podejmując decyzje zaskakujące nawet dla grona bliskich współpracowników, a przede wszystkim wyraźnie przedkładając długofalowy rachunek polityczny i ekonomiczny nad tanie sentymenty.

Wspólnota Zachodu pęka, Unia Europejska przeżywa kryzys, a jednocześnie rośnie potęga Chin oraz ich aspiracje

Można zresztą założyć, że z grubsza właśnie tego oczekiwała większość jego wyborców. Po latach nawet zręcznej wizerunkowo polityki Obamy, która co prawda spotykała się z ciepłym przyjęciem w uniwersyteckich kampusach Kalifornii i Massachusetts oraz na europejskich salonach, ale nie rozwiązywała ani ropiejących w zakątkach globu konfliktów, ani tym bardziej nie przekładała się na wzrost poczucia bezpieczeństwa amerykańskiej klasy średniej – elektorat po prostu postawił na zmianę. Jej najbardziej przekonującą wersję zaprezentował właśnie Trump: powiedział amerykańskiej prowincji, że teraz „America First”, że jest gotów odesłać w diabły kastę gładkich i układnych polityków oraz ekspertów, i że w ogóle polityka jest znacznie prostsza, niż usiłują wszystkim wmówić medialni mądrale. To był oczywiście populizm, ale celnie trafiający w emocje wyborców.

Economy first

Po dwóch latach „eksperymentu Trump”, rachunek zysków i strat Ameryki nie jest bynajmniej jednoznaczny. W kategoriach wewnętrznej polityki ekonomicznej, a ta jest z oczywistych powodów kluczowa z punktu widzenia reelekcji – wychodzi jednak zdecydowanie na plus. Konsekwentna aktywność deregulacyjna, w połączeniu z wyraźną obniżką obciążeń podatkowych, przynosi wymierne efekty w postaci dynamicznego rozwoju, ze szczególnym uwzględnieniem mniejszych firm, co ma swoje konsekwencje dla wskaźnika optymizmu wspomnianej klasy średniej. Indeksy giełdowe, pomimo chwilowych zawirowań, generalnie pną się do góry. Gospodarka w II kwartale 2018 roku osiągnęła ponad 4 proc. wzrostu, czyli najlepszy wynik od czterech lat; bezrobocie spadło za to poniżej 4 proc., czyli do poziomu najniższego od wielu dziesięcioleci (wśród społeczności latynoskiej oraz murzyńskiej jest w ogóle najniższe w historii). O niemal 4 proc. wzrosła w tym samym czasie konsumpcja prywatna. Wzrosły też wreszcie, po latach zastoju, płace pracujących Amerykanów – co poprawia im humor tym bardziej, że jednocześnie Trump obcina hojnie rozbudowany przez Obamę system wspierania prawdziwych i domniemanych „obiboków”. Co prawda wśród specjalistów nie ma jednomyślności, w jakim stopniu te sukcesy są bezpośrednim efektem polityki Trumpa, a w jakim zależą od obiektywnych procesów, w tym od cyklu koniunkturalnego i sytuacji międzynarodowej, ale i tak cieszą wolnorynkowców na całym świecie, a przede wszystkim znaczną część amerykańskiego elektoratu.

Dla jasności – niech nikt nie ma złudzeń, że gra toczy się o promocję demokracji, praw człowieka i wartości liberalnych

Odczuwalna bezpośrednio, w kieszeniach wielu obywateli USA, poprawa sytuacji ekonomicznej przyćmiewa – przynajmniej na razie – wpadki i niekonsekwencje administracji w polityce migracyjnej, która była jednym z filarów zwycięskiej kampanii prezydenckiej, a także kontrowersyjne decyzje odnośnie spraw obyczajowych czy personalnych. Nawet jeśli stojąca za prezydentem Partia Republikańska odnotuje przejściowe porażki w wyborach stanowych lub w wyborach do Kongresu (w momencie powstania tego tekstu nie są jeszcze znane wyniki wyborów z 6 listopada, przed którymi większość prognoz sygnalizowała umiarkowany sukces Demokratów) – to sam Trump ma powody do optymizmu, jeśli chodzi o perspektywę wyborów prezydenckich w 2020 roku. Na półmetku kadencji najważniejszy, a niedoceniany w Europie wskaźnik świadczy bowiem wyraźnie na jego korzyść: sztab duetu Trump-Pence zebrał na kolejną kampanię już 106 milionów dolarów. To rekord wszechczasów – żaden z amerykańskich prezydentów nie dysponował na tym etapie taką kwotą. Dodatkowo, zwraca uwagę obiecujący politycznie fakt, że lwia część tego urobku wzięła się z drobnych wpłat indywidualnych wyborców. Partia dysponuje ponadto bezpiecznym zapasem finansowym na poziomie przekraczającym 300 milionów dolarów, z czego niemal 90 w żywej gotówce. Demokraci tymczasem nie tylko nie mogą się obecnie pochwalić podobnymi rezultatami zbiórki, ale zmagają się z długami po poprzedniej kampanii. W dodatku są bardzo dalecy od decyzji, kto już za dwa lata stanie w wyborcze szranki z Trumpem, zaś deficyt charyzmatycznych osobowości, po latach dominacji Obamy i pani Clinton, boleśnie daje się im we znaki. Dodając do tego przyzwoite jak na warunki amerykańskiego półmetka notowania samego prezydenta (po pewnym spadku związanym z aferą z rosyjskimi trollami oraz bojem o nominację do Sądu Najwyższego Bretta Kavanaugha) – można przyjąć, najostrożniej, że Donald Trump nie jest bez szans na drugą kadencję. Pomimo zdecydowanie kiepskich opinii poza Ameryką oraz pomimo fali hejtu, produkowanego codziennie przez jego wewnętrznych przeciwników. Zamiast obrzucać go obelgami, warto więc starać się go zrozumieć. I przywyknąć do jego stylu.

Jednak – nawet gdyby założyć, że po drodze wydarzy się coś trudnego dziś do przewidzenia (na przykład spektakularna wpadka Trumpa lub nagłe pojawienie się po stronie Demokratów nowego, genialnego lidera), a w konsekwencji obecny prezydent przegra za dwa lata wybory, to wcale nie jest pewne, że jego następca (lub następczyni) zmodyfikuje diametralnie politykę Stanów Zjednoczonych. Owszem, zmiana lokatora Białego Domu może przynieść korektę retoryki, stylu sprawowania władzy, ale mało prawdopodobne, by spowodowała głębszą zmianę treści. Ta wynika bowiem nie z osobowości samego Donalda Trumpa, ale z prawidłowego odczytania przez niego i jego ekipę „znaków czasu”, czyli tego, jak zmienia się świat i jak zmienia się sama Ameryka.

Nowy, groźny świat

W wymiarze zewnętrznym chodzi tu przede wszystkim o przesunięcia w globalnym układzie sił. Wspólnota Zachodu pęka, Unia Europejska przeżywa kryzys, a jednocześnie rośnie potęga Chin oraz ich aspiracje. Problemy z różnego rodzaju „chuliganami”, poczynając od radykalnych islamistów, poprzez reżim północnokoreański, aż po putinowską Rosję, nie znalazły satysfakcjonującego rozwiązania w ramach dotychczasowego paradygmatu, a fachowcy od zarządzania strategicznego wiedzą dobrze, że nie można robić wciąż tego samego i liczyć na przełomowe efekty. Tym bardziej, że nad światem wisi widmo poważnego kryzysu ekonomicznego oraz krążą duszki przynajmniej paru potencjalnych rewolucji technologicznych, które mogą zmienić oblicze gospodarki i na nowo rozdać role liderów.

Współczesne Stany muszą, po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny, zmierzyć się z symetrycznymi rywalami kwestionującymi ich dominację (a de facto po raz pierwszy nawet od początku lat 80. XX wieku, kiedy to stało się jasne, że Związek Radziecki nie jest w stanie wygrać z nimi rywalizacji, a jego implozja oraz rozpad „obozu socjalistycznego” jest kwestią czasu). Rywale asymetryczni, w rodzaju Al-Kaidy, jakby to cynicznie nie brzmiało – mogli być zaledwie uciążliwi, ale nijak nie byli w stanie zagrozić fundamentalnym interesom Stanów Zjednoczonych. Z Chińską Republiką Ludową, bo o konsekwencjach wzrostu jej potęgi jest tutaj mowa przede wszystkim, rzecz ma się zgoła inaczej.

Warto odnotować, że Rosja jest w tej układance tylko jednym z dostępnych „zasobów”, co do których Trump chyba rozsądnie uznaje, że lepiej mieć je po swojej stronie, niż pozostawić rywalom

Chiny, bez zbędnych fajerwerków, lecz konsekwentnie, budują bowiem potencjał, który w dłuższej perspektywie może spowodować dla Ameryki poważne problemy. I nie chodzi tutaj nawet o bilans handlowy czy zadłużenie; bardziej o to, że od paru lat w Pekinie najwyraźniej przestano uważać kooperację z USA za niezbędny warunek wzrostu chińskiej gospodarki oraz bezpieczeństwa Państwa Środka. Dopóki chińscy „komunistyczni kapitaliści” zadowalali się rolą potęgi regionalnej, dostarczając przy tym tanich towarów uszczęśliwiających zachodnich (w tym: amerykańskich) konsumentów, a nowoczesne technologie pozyskiwali głównie drogą kradzieży (po cichu akceptowanej przez zachodnie rządy i firmy) – nie było sprawy. Ale dzisiejsze Chiny próbują pozostawić ten etap za sobą. Owszem, nadal mają potężne, nierozwiązane problemy wewnętrzne: relatywnie wysoki poziom korupcji, degradację środowiska, przepaść rozwojową między wschodnim wybrzeżem a interiorem, czy coraz bardziej ryzykowne rozwarstwienie społeczne. Przy tym wszystkim zaczynają jednak wdrażać w kilku istotnych sektorach nowoczesne technologie nie gorsze od zachodnich, intensyfikują obecność w obszarach polarnych (które stanowią nie tylko rezerwuar surowców, ale także ważne laboratorium przed gospodarczą eksploatacją Kosmosu), przy pomocy narzędzi „miękkich” skutecznie podporządkowują sobie kolejne rządy państw dawnego Trzeciego Świata (i za moment będą dysponować już nie tylko stałym członkostwem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, ale także realną i stabilną większością w Zgromadzeniu Ogólnym), stają się coraz poważniejszym graczem (bynajmniej nie tylko gospodarczym) w Ameryce Łacińskiej (którą Waszyngton tradycyjnie zwykł uznawać jednak za swoją strefę wpływów), a wreszcie – zbliżyły się do realnej wasalizacji Rosji oraz zaczęły składać coraz dalej idące propozycje Europie.

Dla jasności – niech nikt nie ma złudzeń, że gra toczy się o promocję demokracji, praw człowieka i wartości liberalnych. Raczej o ochronę takiego modelu globalizacji, który jest korzystny dla USA oraz o możliwości jego bieżącego modyfikowania zgodnie z interesami amerykańskimi; w tym – także o zachowanie roli dolara jako podstawowej waluty rozliczeń międzynarodowych, co zapewnia Stanom stały, dogodny i praktycznie darmowy kredyt, finansowany przez resztę świata.

Dodajmy do tego jeszcze jeden niepokojący dla Waszyngtonu trend. ChRL intensywnie buduje wojska kosmiczne i oceaniczną marynarkę wojenną oraz błyskawicznie podnosi budżet instytucji odpowiedzialnych zarówno za klasyczny wywiad, jak i za działania w cyberprzestrzeni; z amerykańskiego punktu widzenia trudno interpretować to inaczej, niż jako przygotowania do rzucenia w przyszłości rękawicy nie tylko na polu gospodarczym…

Byłoby dziwne, gdyby Stany Zjednoczone przyglądały się temu bezczynnie.

Trzecia zasada dynamiki

Stara, poczciwa III zasada dynamiki Isaaca Newtona, przełożona na język polityki międzynarodowej i nieco poprawiona, mówi że jeśli państwo A narusza strategiczne interesy państwa B z siłą Fab, to państwo B (o ile nie jest rządzone przez ślepych idiotów) powinno zareagować z siłą Fba, o takim samym kierunku, przeciwnym zwrocie i wartości odpowiednio wyższej, niż Fab.

Jest jeden istotny aspekt obecnej polityki USA w dziedzinie bezpieczeństwa międzynarodowego, który nie do końca wpisuje się w zarysowany wcześniej schemat. To strategia USA wobec Bliskiego i Środkowego Wschodu

W Waszyngtonie zapewne dobrze znają „fizykę polityczną”, więc trudno się dziwić, że jeszcze za rządów Demokratów nastąpiły pierwsze ruchy wskazujące na docenianie wyzwania chińskiego. Trump – stosując sprawdzone, biznesowe zasady – po prostu uznał, że jeśli idzie się na wojnę z Pekinem, to trzeba to zrobić porządnie, a nie na pół gwizdka, jak Obama. Ma to swoje odbicie w ujawnionych założeniach aktualnej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA, gdzie Chiny (w towarzystwie Rosji, uznanej za ich potencjalnego sojusznika) zostały wprost potraktowane jako zagrożenie numer jeden, zaś „zbójeckie” mocarstwa regionalne – Iran i Korea Płn. – jako zagrażające interesom USA tylko pośrednio, w drugiej kolejności, podobnie jak „międzynarodowy terroryzm”.

W tej sytuacji za naturalne można uznać, że Waszyngton stawia na ucieczkę do przodu i kalkuluje: najważniejsze są interesy amerykańskiej gospodarki, trzeba więc wywołać – i wygrać! – wojnę ekonomiczną z Chinami (i niejako przy okazji także z UE). Im szybciej, tym lepiej, bo gdy rywal się wzmocni, gra stanie się odpowiednio trudniejsza. A reszta – to już właściwie jedynie narzędzia.

Rozpoczęta jakiś czas temu wojna handlowa jest więc naturalną konsekwencją fundamentalnego założenia o konieczności powstrzymania najpoważniejszego rywala – aby utrzymać dominację wojskowo-polityczną, Amerykanie muszą w pierwszej kolejności podkopać jego pozycję ekonomiczną. Równie logiczne jest śrubowanie przez Stany nowego wyścigu zbrojeń, bo w tych kategoriach przede wszystkim wypada traktować intensyfikację prac nad kilkoma nowymi typami uzbrojenia, a także zapowiedzi wycofania się Waszyngtonu z traktatu INF (permanentne łamanie go przez Rosję to niezwykle dogodny pretekst). Skojarzenia z „zarżnięciem” sowieckiej ekonomiki przez Ronalda Reagana przy użyciu między innymi programu „Gwiezdnych Wojen” są tyleż naturalnie się narzucające, co w znacznej mierze zasadne. Z tego punktu widzenia nawet ostentacyjne wycofanie się Amerykanów z wcześniejszej polityki klimatycznej i agresywne wykorzystywanie własnych możliwości w zakresie produkcji i eksportu surowców energetycznych nabiera sensu nie tylko ekonomicznego, ale przede wszystkim strategicznego. A przy okazji winduje Trumpowi poparcie w tych środowiskach, całkiem licznych, które nie zaprzeczając faktowi globalnego ocieplenia powątpiewają jednocześnie w jego istotniejszy związek z bieżącą działalnością przemysłową, uważając badania w tym zakresie za mało wiarygodne i służące głównie agresywnemu lobbingowi przeciwko tradycyjnym branżom gospodarki.

Warto odnotować, że Rosja jest w tej układance tylko jednym z dostępnych „zasobów”, co do których Trump chyba rozsądnie uznaje, że lepiej mieć je po swojej stronie, niż pozostawić rywalom. Za jednym zamachem wzmacnia się wtedy siebie, a osłabia konkurencję. Stąd, realizowana z charakterystyczną dla obecnego gospodarza Białego Domu dezynwolturą, polityka wobec Kremla – momentami twarda i bezkompromisowa, by wskazać Rosjanom ich miejsce w szeregu, momentami ugodowa i być może celowo nacechowana pewną naiwnością, by stworzyć im możliwie honorowe warunki zmiany obozu i ucieczki spod chińskiego parasola. A przy okazji zabezpieczyć dostęp na dobrych warunkach do tzw. północno-wschodniego przejścia morskiego, wzdłuż wybrzeży Syberii, które w obliczu kurczenia się strefy permanentnego zlodowacenia stało się niezwykle atrakcyjne gospodarczo.

To samo, acz w nieco innych dekoracjach, zdają się grać Amerykanie w stosunku do państw Unii Europejskiej. Mieszanka kijów i marchewek, serwowana pozornie chaotycznie, z jednej strony ma wyleczyć tutejsze elity z marzeń o antyamerykańskim sojuszu z Rosją i Chinami, z drugiej zaś – poprawić warunki wymiany handlowej oraz zmusić do większej partycypacji w kosztach zapewnienia bezpieczeństwa militarnego. No i wreszcie kwestia Korei Północnej – wiele wskazuje na to, że Trump za cenę pewnych doraźnych strat wizerunkowych stara się przynajmniej zrównoważyć wpływy chińskie na tamtejszą dyktaturę, zachowując jednocześnie swą pozycję rozgrywającego w regionie oraz gwaranta bezpieczeństwa dla drugiego państwa koreańskiego i Japonii.

Powyższe tłumaczy też amerykański odwrót od multilateralizmu, tak ukochanego przez dotychczasowe elity Zachodu (przynajmniej werbalnie). Instytucje, skrojone na miarę świata XX wieku, w dynamicznej rzeczywistości XXI stulecia po prostu albo nadmiernie wiążą waszyngtońskim politykom ręce, uniemożliwiając adekwatną reakcję na pojawiające się zagrożenia poprzez nadmiernie skomplikowane procedury, albo co gorsza stanowią narzędzie realizacji innych niż amerykańskie interesów. Pierwszą ofiarą jest już bez wątpienia ONZ, zapewne trwale zmarginalizowana. Kolejną może być NATO, o ile nie zreformuje się w pożądanym przez USA kierunku.

Jeśli myślimy o użytecznych wnioskach dla Polski, warto mierzyć się intelektualnie i politycznie z koncepcjami „Trójmorza” i „nowego Jedwabnego Szlaku” – uwzględniając długofalowe interesy amerykańskie, ale poszukując punktów ich styczności z naszymi

Jest wysoce prawdopodobne, że z grubsza to samo robiłby dziś prezydent z obozu demokratów. Może nieco mniej brutalnie, ale za to pewnie mniej skutecznie.

Wyjątek od reguły?

Powtórzmy: głównym wyzwaniem zarówno dla aktualnego prezydenta, jak i dla każdego z jego możliwych następców, jest i będzie zapewnienie amerykańskim wyborcom dobrobytu oraz poczucia względnego bezpieczeństwa. Powstrzymanie globalnych aspiracji Chin jest w przewidywalnej przyszłości niezbędnym fundamentem zmierzającej do tych celów polityki. Cała reszta – to środki.

Ale, uwaga – jest jeden istotny aspekt obecnej polityki USA w dziedzinie bezpieczeństwa międzynarodowego, który nie do końca wpisuje się w zarysowany wcześniej schemat. To strategia Stanów Zjednoczonych wobec Bliskiego i Środkowego Wschodu. W skomplikowanej grze zaszłości historycznych, nawarstwionych emocji, problemów religijnych i etnicznych, bieżących interesów energetycznych i militarnych, nakładających się działań wielu ośrodków siły… Waszyngton ostatecznie nieodmiennie staje po stronie Izraela. Nawet wtedy, gdy nie wydaje się to racjonalne z punktu widzenia globalnej strategii USA. A Trump robi to jeszcze wyraźniej, niż jego poprzednicy. Czym wyjaśnić ten fenomen?

Proste wytłumaczenie jest takie, że mamy do czynienia z efektami skutecznego lobbingu środowisk żydowskich, dobrze zorganizowanych, zamożnych i bardzo w Stanach wpływowych. To oczywiście prawda, acz chyba jednak nie cała. Nawet jeśli dołożymy w tym punkcie czynnik całkiem obiektywny: mianowicie pozycję Izraela jako najpewniejszego sojusznika USA w regionie, zawsze o krok przed konserwatywnymi, sunnickimi monarchiami w rodzaju Arabii Saudyjskiej, szczególnie w obliczu przesądzonej już zmiany polityki Turcji, która porzuciła status „niezatapialnego lotniskowca NATO” na rzecz roli samodzielnego i asertywnego mocarstwa regionalnego, śmiało podążającego wbrew oczekiwaniom Waszyngtonu, gdy tylko uzna to za korzystne dla siebie.

Drugi element wyjaśnienia – to uzależnienie Partii Republikańskiej, zwłaszcza jej dominującego obecnie prawego skrzydła, od całkiem licznych wyznawców radykalnych kościołów protestanckich, zwanych niekiedy „chrześcijańskimi syjonistami”, wsłuchanych w głos charyzmatycznych telewizyjnych kaznodziejów, traktujących niezwykle dosłownie apokaliptyczne biblijne przepowiednie, a w konsekwencji bezwzględnie popierających Izrael w każdym jego konflikcie tak z arabskimi sunnitami, jak i szyickimi Persami. Mechanizm ten dał o sobie znać w czasach rządów George’a W. Busha, powrócił przy rządach Trumpa – i nie chodzi tu tylko o przeniesienie amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, ale również o wyjątkowo twardą politykę wobec Iranu (choć bardziej pragmatyczne podejście nakazywałoby raczej stopniowe „oswajanie” elit teherańskich i przeciąganie ich na swoją stronę).

Na wypadek zmiany administracji w USA na demokratyczną – można przyjąć, że przestanie działać czynnik numer 2. Czynnik nr 1 i tak pozostanie natomiast w mocy.

Przy okazji – w powyższym kontekście warto uświadomić sobie, jak śmieszne są formułowane niekiedy nad Wisłą hasła o tym, że możemy być dla USA „drugim Izraelem”. To nie jest takie łatwe. Paru atutów niestety nam brakuje…

Wishful thinking – gorzej niż zbrodnia

Tak – zgodnie ze znaną maksymą klasyka, w polityce myślenie życzeniowe jest czymś gorszym od zbrodni. Jest błędem. Postrzeganie polityki Stanów Zjednoczonych, globalnego supermocarstwa, przez pryzmat wyłącznie własnych, lokalnych interesów, a co gorsza marzeń, prowadzi na bardzo niebezpieczne manowce. U podstaw każdej racjonalnej polityki musi więc leżeć zrozumienie amerykańskiej percepcji świata, co oczywiście nie oznacza jej bezwarunkowej akceptacji i takiegoż podporządkowania się Waszyngtonowi.

W tym kontekście, jeśli myślimy o użytecznych wnioskach dla Polski, warto mierzyć się intelektualnie i politycznie z koncepcjami Trójmorza i Nowego Jedwabnego Szlaku – uwzględniając długofalowe interesy amerykańskie, ale poszukując punktów ich styczności z naszymi. Bez zgubnego i naiwnego przekonania o wyjątkowej i priorytetowej roli Polski w strategii USA, opartego o zdawkowe sformułowania, rzucone przez tego czy innego dostojnika znad Potomaku. Ale też bez równie zgubnego założenia, że w polityce międzynarodowej już nic nie ma do ugrania, bo o przyszłości naszego regionu zawsze decydować będą Niemcy i Rosja.

Rozsądniej jest po prostu sformułować atrakcyjną ofertę handlową. Tworzyć konkretne pole dla inwestycji i handlu

Amerykanie mogą, i zapewne chcą, być aktywnymi uczestnikami rozgrywki politycznej i gospodarczej także w naszym zakątku świata. Ale do tego potrzeba dwóch stron. Nie rozwiążą naszych problemów za nas; jeśli natrafią na zbyt duże trudności, których przełamywanie nie będzie się wiązało z namacalnymi zyskami, odpuszczą i przeniosą swe aktywa gdzie indziej. Taka jest logika gry giełdowej, do której przywykła amerykańska klasa polityczna – zarówno Demokraci, jak i Republikanie. Trump jest wyjątkiem tylko o tyle, że zdarza mu się głośno i wprost mówić o tym, co inni, bardziej typowi politycy maskują patetycznym pustosłowiem.

Warto sobie uświadomić, że dla amerykańskiej strategii globalnej bez znaczenia są Kościuszko i Pułaski, tak samo, jak Wałęsa i nasze domniemane zasługi w obalaniu komunizmu. Jeśli chcemy zakotwiczyć tutaj wielki biznes z USA, a przy okazji bazy US Army, nie wystarczy objąć Donalda Trumpa pod kolana i wiernie spoglądać mu w oczy, z czcią i oddaniem…

Rozsądniej jest po prostu sformułować atrakcyjną ofertę handlową. Tworzyć konkretne pole dla inwestycji i handlu. Swoją drogą, wysiłek dostosowania naszych reguł gry do oczekiwań i preferencji partnerów amerykańskich wyszedłby na dobre polskiej gospodarce – bo to oznacza bardziej przejrzyste i prostsze procedury, bardziej elastyczne i innowacyjne podejście do organizacji i zarządzania, większy nacisk na efektywność. Czyli to, czego diabelnie nam brakuje.

A za tym dopiero może pójść naprawdę efektywna współpraca w dziedzinie polityki bezpieczeństwa. Czego kolejnym amerykańskim prezydentom, Polsce i sobie serdecznie życzę.