Transformacja okiem milenialsa

Urodzeni po ‘89 – zamiast kłócić się, czy transformacja była słuszna czy nie, czy o to za czyich rządów Polska była w większej ruinie, lepiej skupmy się na realnych reformach

„Czy nie jesteś za młoda, żeby pisać ten tekst?”. Tak, jestem. Nie od dziś wiadomo, że w Polsce, jeśli nie możesz udokumentować 20 lat walki z komuną, twoje zdanie niewiele znaczy. Wszystkim, którzy tak uważają, przypominam jednak: to wy zbudowaliście dla nas ten kraj i to my będziemy w nim żyć, więc możemy również go oceniać.

Wbrew wszystkiemu, czego uczono nas w szkole o masowych protestach i sprzeciwie wobec komunizmu, tęsknota za nim w pokoleniu naszych dziadków jest łatwo wyczuwalna

Urodziłam się już po upadku Muru Berlińskiego. Wśród pierwszych wydarzeń politycznych, jakie pamiętam, było wstąpienie Polski do NATO i debata publiczna przed jej wejściem do UE. Transformacji nie pamiętam prawie wcale. Nikt z mojej rodziny nie stracił pracy, moja mała ojczyzna również nie ucierpiała, a Zakłady Azotowe, będące podstawą jej gospodarki, mają się do dziś dobrze. Pamiętam za to, że przez całe moje życie z roku na rok powodziło nam się coraz lepiej. Pamiętam również, jak szara była Polska mojego dzieciństwa (włącznie z morderczymi placami zabaw), a jak wygląda teraz (pastelowo – nie tylko przez kolor tynku na blokach). Dlatego ciężko mi ocenić transformację według najnowszej mody – jednoznacznie źle. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym trudniej mi ją ocenić – bo patrząc na poszczególne elementy jestem przekonana, że proces ten nigdy się nie zakończył, i potrwa jeszcze dobre kilkadziesiąt lat.

Piszę te impresje z perspektywy osoby urodzonej w latach 90. Piszę o tym, jaką Polskę zastałam i jak oceniam proces, który do tego doprowadził. Choć może będzie to raczej opowieść o trzech różnych pokoleniach.

Nie tęsknię za PRL

„Wy, młodzi, teraz tacy biedni jesteście. Pracę musicie zmieniać, brać kredyt na mieszkanie. Kiedyś to było” – kto nigdy nie słyszał tego od babci czy wujka, niech pierwszy rzuci smartfonem. Wbrew wszystkiemu, czego uczono nas w szkole o masowych protestach i sprzeciwie wobec komunizmu, tęsknota za nim w pokoleniu naszych dziadków jest łatwo wyczuwalna. Przecież chcieliby dla nas jak najlepiej, żebyśmy mieli etat, mieszkanie komunalne i samochód. Rzadko kiedy we wspomnieniach przebija się wzmianka o tym, że ktoś spędził 40 lat w pracy, której nie lubił, po prostu przypadek sprawił, że go do niej skierowano, a potem już jakoś było. O tym, że czasem musiał zostawić swoje miasto, bo specjalista w jego zawodzie nie był potrzebny na Mazurach, a na Śląsku. Że „dostał” mieszkanie dopiero po latach oczekiwań.

Tęsknota w pokoleniu naszych rodziców jest już nieco mniejsza. Ale oni również pamiętają o tym, że u schyłku PRL-u, tuż po zakończeniu szkoły, dostali skierowanie do pracy i nie musieli się martwić tym, co będzie, a potem mogli złożyć wniosek o mieszkanie (choć np. moi rodzice, urzeczeni perspektywą kąpieli w wannie w kuchni szybko z takiego sposobu zdobycia mieszkania zrezygnowali). Dlatego często przy świątecznym stole ciężko nam wytłumaczyć, że zmiana pracy to nic złego i nieraz robimy to z własnej woli. I choć co prawda miło byłoby dostać mieszkanie – choć po latach, to przy niewielkim wkładzie finansowym – ale jeszcze lepiej mieć warunki, by na nie zarobić i kupić takie, które będzie dostosowane do naszych potrzeb (choć o to niestety wciąż ciężko).

Dzięki wysokiemu bezrobociu narodzili się „janusze biznesu”, nie szanujący praw pracowników. „Janusze” nie zniknęli wraz z cywilizowaniem się rynku, obecni są nawet dziś, kiedy podobno nastał w Polsce rynek pracownika

Kanapka z ideą

Skutkiem okołotransformacyjnych działań, słusznych bądź nie, było olbrzymie bezrobocie. Dziś nie jest już ono problemem, ale wciąż skutecznie psuje rynek pracy. W Polsce panuje przekonanie, że pracodawcę należy szanować. Na pierwszy rzut oka jest to słuszne. Niestety – wśród starszego pokolenia jest to specyficzny rodzaj szacunku: pracodawcy nie należy szanować dlatego, że jest wartym tego człowiekiem. Nie za to, że dba o swoich pracowników i firmę. Nie: pracodawcę szanujemy ze to, że nas chce. Szacunek w tym kontekście przeradza się w formę poddaństwa. Dla naszych dziadków czy rodziców często nie do pomyślenia jest, by pozwać pracodawcę, czy chociaż zgłosić nieprawidłowości do Państwowej Inspekcji Pracy. I trudno dziwić się takiemu podejściu, biorąc pod uwagę, że w latach 90. i jeszcze na początku XXI wieku bezrobocie w skali kraju wynosiło od kilkunastu do dwudziestu procent, a były miejsca, w których było ono znacznie wyższe.

Dzięki wysokiemu bezrobociu narodzili się „janusze biznesu”, nie szanujący praw pracowników. „Janusze” nie zniknęli wraz z cywilizowaniem się rynku, obecni są nawet dziś, kiedy podobno nastał w Polsce rynek pracownika. Przedsiębiorcom przyzwyczajonym do stałego dostępu do nieograniczonych zasobów taniej siły roboczej ciężko przyzwyczaić się do sytuacji, w której pod bramą nie czeka trzydziestu kandydatów do pracy. Część pracodawców wyciągnęła słuszne wnioski, że przyszedł czas, kiedy o pracownika trzeba walczyć – a najłatwiej walczyć wyższą pensją. Część jednak twardo obstaje przy swoim i winy szuka w moim pokoleniu. I tak średnio raz w tygodniu można natknąć się na artykuł o tym, jak roszczeniowi młodzi ludzie rujnują rynek pracy. W jaki sposób? Nie chcą pracować za 2 000 zł brutto (nie, nie chodzi o osoby po szkole, tylko ogólnie o te przed 30. rokiem życia). Co ciekawe, do przedsiębiorców często przyłączają się pracownicy ze starszych pokoleń. „Kiedyś po studiach szło się na staż za 500 zł i było dobrze”, „My pracowaliśmy dla prestiżu, a teraz młodym w tyłkach się poprzewracało”. Wyznam szczerze, że od kanapki z ideą dużo bardziej smakują mi te z masłem. Niestety w Polsce pracownik domagający się swoich praw oraz godnej pensji w dalszym ciągu uważany jest za rozpieszczone dziecko. I z tym skutkiem transformacji gospodarczej musimy walczyć, dla naszego wspólnego dobra. Niestety, o ile w większych miastach sytuacja jest na tyle dobra, że „janusze” odchodzą do lamusa, to w mniejszych miejscowościach mogą wykorzystywać swoją pozycję jeszcze długo.

Nie da się?

Tyle o gospodarce. Transformacja ustroju na pierwszy rzut oka wydaje się wyjątkowo udana. Mamy demokrację, trójpodział władz, odbywają się wolne wybory. Z ustrojem PRL łączy nas już bardzo niewiele. I owszem, można mówić, że komuniści brali udział w budowie nowego ładu, że lustracja nigdy nie została dokończona, a niektóre środowiska wciąż nie zostały oczyszczone. Choć wygląda to paradnie, kiedy rząd kłóci się z opozycją o to, kto ma więcej komunistów w swoich szeregach, i dlaczego „nasi” komuniści są lepsi niż „wasi”.

Obecnie największymi problemami naszego systemu nie jest jednak to, kto współpracował z SB – a imposybilizm. Żaden rząd nie potrafi przeprowadzić prawdziwych reform. A rozpaczliwie ich potrzebujemy, chociażby w zakresie ochrony zdrowia, prawa pracy czy emerytur. Posłużę się tu własnym przykładem. Planowanie swojego życia i zakładanie rodziny w takich warunkach to czysty hazard. Anachroniczny Kodeks pracy jest zupełnie niedostosowany do współczesnego rynku. Jak mam zdecydować się na posiadanie dzieci, skoro nie wiem, czy będzie miał je kto uczyć i kto leczyć? W zasadzie jestem pewna tylko jednego – nie dostanę emerytury. Więc z góry przepraszam wszystkich weteranów walki o wolność, ale kiedy moja podstawowa potrzeba poczucia stabilizacji i zaufania do państwa i prawa nie jest zaspokojona, trudno mi emocjonować się tym, kto był lub nie był w PZPR.

Przeprowadźmy własną transformację – z Polski kartonowej do Polski murowanej, sprawnie działającej z silnymi instytucjami

Wyjdźmy z pustyni

Rozpoczęłam ten artykuł od porównania mojej perspektywy z perspektywą poprzednich pokoleń. Niestety muszę napisać tu rzecz straszną – transformacja nie dokona się, dopóki te pokolenia nie odejdą. Być może podobnie jak naród wybrany musimy błądzić przez 40 lat po pustyni, czekając, aż odejdą ci, którzy pamiętają niewolę. Dlaczego? Bo infekują całe społeczeństwo. Działa tu podobna zasada jak w rodzinie. Kochamy swoich dziadków i rodziców, jednak w wielu kwestiach nie zgadzamy się z nimi, i dopiero po wyprowadzce z rodzinnego domu możemy żyć po swojemu. Tak samo jest w społeczeństwie – zmiana nie dokona się tak długo, jak długo silniejszą pozycję będą mieli ludzie wyznający stare zasady. Z jednej strony mamy do czynienia z „januszami”, którzy wciąż skutecznie psują rynek pracy, i dla których wszelkie formy solidarności społecznej to lewacki wymysł. Z drugiej strony – z ludźmi, którzy zupełnie nie czują odpowiedzialności za swój los. Oczekują, że państwo zaplanuje im życie, da pracę, mieszkanie, pieniądze na dzieci, a kiedy coś się nie uda, wyciągnie do nich pomocną rękę i przewalutuje kredyt.

Niestety wciąż według dużej części społeczeństwa nie da się dojść do majątku uczciwą pracą. Przyczyna częściowo faktycznie tkwi w okresie transformacji, kiedy ogromne majątki pomnażano często przy pomocy podejrzanych metod. Jednak zbyt wielu widziałam już przedsiębiorców, którzy za upadek swojej firmy obwiniali układy, a jednocześnie wcześniej nie brali udziału w przetargach, twierdząc, że są ustawione. Być może były, ale tego ci przedsiębiorcy nie dowiedzą się już nigdy, ponieważ przez swój fatalizm stworzyli samospełniającą się przepowiednię. Wszak nieliczni tylko mają taką pozycję na rynku, że nie muszą szukać zleceń, i to one ich szukają. Prawdopodobnie każdy z nas zna również jakiegoś zawodowego bezrobotnego, który ma pretensje do wszystkich pracujących o to, że mają lepszą sytuację finansową. Chociaż dziś już nie zawsze sytuacja pracujących jest lepsza. Rząd zauważył fatalizm dużej części wyborców i postanowił uczynić z nich swoich klientów.

Czai się tu też przestroga dla nas, urodzonych po 1989 r. Zamiast kłócić się, czy transformacja była słuszna, czy nie, czy o to, za czyich rządów Polska była w większej ruinie, lepiej skupmy się na realnych reformach. Przeprowadźmy własną transformację – z Polski kartonowej do Polski murowanej, sprawnie działającej z silnymi instytucjami. Rozliczmy się z historią, jednak nie dajmy jej zdominować współczesnej polityki. Weźmy los w swoje ręce, jednocześnie się wspierając, w ramach solidarności społecznej. Bo dobrze wiemy, co znaczy społeczeństwo „januszy” lub fatalistów. I za tę lekcję starszym dziękujemy.

Sekretarz zespołu Nowej Konfederacji. Absolwentka bezpieczeństwa wewnętrznego na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała dla polityków i instytucji publicznych oraz organizacji pozarządowych.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Transformacja okiem milenialsa”

  1. R pisze:

    Zgadzam się z Panią – niestety, stare pokolenie musi odejść, aby Polska transformacja się dokonała.

  2. Kamil pisze:

    Bardzo ciekawe wnioski, pod którymi się podpisuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz