Newsletter

Sztuczna inteligencja pomoże polityce?

Jeśli mam dane zagregowane i nie chcę, by umarło 300 tys. ludzi, mogę ich ostrzec i dostarczyć w określone miejsce wodę za darmo. Mogę opracować politykę, mapując zagrożenia. Nie zrobilibyśmy tego na piechotę

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Stefan Sękowski: Już dziś wykorzystuje się sztuczną inteligencję w politykach publicznych – w jakim wymiarze?

Michał Boni: Trzeba sobie uświadomić, o jakim rodzaju sztucznej inteligencji rozmawiamy. Jeśli mówimy o używaniu algorytmów żeby przyspieszać i operacjonalizować przetwarzanie danych w celu przewidywania pewnych sytuacji lub optymalizacji pewnych procesów, to to się dzieje. Przykładowo: w jednym z państw afrykańskich, to chyba w Somalii jest rzeka, która po letnich deszczach za każdym razem zmienia koryto i jej fale niszczą zbiory – raz na jednych obszarach, raz na innych. W ramach Pomocy Rozwojowej, Unia Europejska opracowała dla tego państwa użycie AI i algorytmów, które na podstawie różnych danych historycznych i aktualnych prognoz pogodowych, jakości gleby, poziomu nawodnienia gleby, wiatrów etc. miał wyliczać, w którym miejscu ta rzeka wyleje następnym razem – po to, żeby w bezpiecznym dla zbiorów miejscu można było np. posiać zboże. Jeśli więc mówimy o maszynach uczących się, to to się zaczyna dziać. Już nie mówię o zaawansowanych „chatbotach” naszych rozmówcach i doradcach, lepszych niż dawne Siri czy Alexa. Są maszyny, które po 6 latach treningu są w stanie rozpoznać każdy rodzaj akcentu w języku angielskim. Nie ma wtedy żadnych przeszkód dla komunikacji.

W Singapurze widziałem dwunastofunkcyjną latarnię, która pokazuje poziom wody, stan zanieczyszczenia środowiska, ma ładowanie energią słoneczną, przekłada informacje dotyczące przepływu transportowego, daje informacje dotyczące układu komunikacyjnego i może informować o zbliżających się autobusach komunikacji miejskiej

A w jakim stopniu to się dzieje w Polsce?

Jeśli mówimy o prawdziwej sztucznej inteligencji wysokiej jakości, to jest to w fazie eksperymentalnej. Na pewno jest kilka dziedzin, dla których będzie ona kluczowa.

Jakich?

Wszystko, co wiąże się z zarządzaniem przestrzenią publiczną. Przykładowo kojarzenie danych związanych z przepływami transportowymi i danych związanych z zanieczyszczeniem środowiska, dotyczących zagrożenia wypadkami w różnych miejscach i takich które mogą ostrzegać przed zjawiskami hydrologicznymi np. na terenach zalewowych. W Singapurze widziałem dwunastofunkcyjną latarnię, która pokazuje poziom wody, stan zanieczyszczenia środowiska, ma ładowanie energią słoneczną, przekłada informacje dotyczące przepływu transportowego, daje informacje dotyczące układu komunikacyjnego i może informować o zbliżających się autobusach komunikacji miejskiej. Te pojedyncze dane służą człowiekowi, który podejdzie do takiej latarni i się z nimi zapozna, ale są też zbierane w mieście zarządzanym sprawnie i szybko i podejmowane są dzięki wsparciu maszyn uczących się i algorytmów decyzje dotyczące np. potoków transportowych. Nikt dziś nie mówi o „falach świateł”, tylko o transporcie bezkolizyjnym. Żeby on zaistniał, musi zaistnieć współpraca w ramach internetu rzeczy, rzeczy – wyposażonych w sensory zbierające dane, ale i przesyłające je szybko (szybki internet jest do tego potrzebny) dalej. Te informacje muszą się ze sobą spotkać, wszystkie szczegóły muszą dotrzeć do miejsca zarządzania i być przetworzone. W Singapurze to się zaczyna. Ale do zarządzania samochodem autonomicznym szykuje się cały świat. Ten wątek pojawia się we wszystkich dyskusjach o smart cities. Część danych będzie mogła być przetwarzana dopiero, gdy władze miejskie będą podejmowały decyzje o otwieraniu danych. W Parlamencie Europejskim pracujemy teraz nad zmianą dyrektywy o informacji usług publicznych.  Jeśli te informacje będą publiczne, to na rynku może pojawić się start-up, który weźmie te informacje – spór dotyczy tego, czy te dane powinny być dostępne za darmo, lub za niewielką opłatą porywającą koszty dostosowania technicznego i zabezpieczeń bezpieczeństwa i prywatności – i opracuje aplikację, która będzie wskazywać, gdzie można coś zwiedzić, albo że w danej dzielnicy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy miało miejsce tyle i tyle napadów. Takie rzeczy się już dzieją.

Gdy mamy dane o zdrowiu w kategoriach przestrzennych, wiemy ile osób z chorobą serca, czy astmą, czy niskim nawodnieniem organizmu mieszka w danej dzielnicy – powtórzę, nie chodzi o rozpoznawanie zdrowia konkretnego Kowalskiego – i przewidujemy odpowiednie warunki atmosferyczne, możemy dać sygnał tym mieszkańcom, że zbliża się ryzyko

To jednak rodzi zagrożenia dla naszej prywatności.

Dlatego mamy rozporządzenie o ochronie danych osobowych. To kwestia tego, co dzieje się z tymi danymi. I naszych zgód na ich przetwarzanie i transfer w miejsca trzecie – poza nami, naszymi urządzeniami i usługodawcami. Jeśli mogą posłużyć do wygenerowania informacji o określonym zagrożeniu w czasie rzeczywistym, to ktoś, kto te dane przetwarza musi mieć do nich dostęp, ale na określonych zasadach. To może być instytucja publiczna, firma działająca na zlecenie instytucji publicznej, czy NGOs – np. w Londynie Open Data Institute. Jednak zasady ich wykorzystania muszą być przejrzyste, musi być wiadomo kto je ma i kto je udostępnia. I są zasady anonimizacji danych oraz ich pseudonimizacji (to dobra ochrona!).  To także kwestia regulacji retencji danych, zasad, miejsc i czasu ich przetrzymywania. Przykładowo, niby dlaczego różnego rodzaju dane CCTV (kamery monitorujące) mogą być latami przetrzymywane przez policję, skoro już w czasie realnym możemy analizować skutki jakichś zdarzeń? My nie potrzebujemy wiedzy o tym, że dziesięciu konkretnych Kowalskich się gdzieś przemieściło.

A jednak policja może mieć dostęp do takich danych.

Powinniśmy trzymać się tego, co zostało napisane w dyrektywie o policji, której Polska nie implementuje. Tam jest mowa o tym, że można mieć dostęp do danych mających znamiona danych osobowych, gdy mamy do czynienia z walką z przestępczością i dotyczy to tzw. poważnych przestępstw, jak terroryzm, zabójstwo czy gwałt, określonych przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości. W Polsce wicekoordynator służb specjalnych mówił w 2016 roku, gdy toczyła się dyskusja na ten temat, że dla niego każde przestępstwo jest poważne. Guzik prawda! Jak ktoś złamie przepis, bo przejechał na czerwonym świetle, to nie jest to żadne poważne przestępstwo, więc wprowadzanie takich danych do bazy jest absurdalne. Druga zasada to mechanizmy retencyjne, a trzecia zasada to kontrola sądowa. To powinna być uprzednia kontrola. W Polsce do Ustawy o policji wpisano, że to ma być kontrola ex post, co de facto pozwala policji na grzebanie w różnych danych i robienie, co chce. Przecież kontrola ex post nie utrudni jakiemuś stażyście dostępu do tych danych. Koledzy z USA mówili mi po uchwaleniu tej ustawy, że w Polsce policja ma takie uprawnienia, jakich w USA nie było po 11 września!

W Polsce prawie 80 proc. pacjentów chciałoby mieć dostęp do swoich danych przez internet. Problem w tym, że lekarze nawet gdyby chcieli, to nie mogą ich udostępniać

I to by wystarczyło, by te dane zabezpieczyć?

Nie. Jest drugi element, czyli cyberbezpieczeństwo, zabezpieczenia hakowaniem danych, ich kradzieżą, kradzieżą tożsamości, etc. To wymaga nowych rozwiązań i certyfikacji mechanizmów bezpieczeństwa, nad czym dopiero pracujemy. Jestem wielkim zwolennikiem używania danych, ale dane muszą być pseudonimizowane, bo pseudonimizacja nie jest procesem odwracalnym, a anonimizacja jest, czyli można znów rozpoznać, o kogo chodzi. Dla różnych celów nie jest nam potrzebna wiedza o konkretnych ludziach, np. statystyka ruchu ulicznego, czy częstotliwość wyboru sklepów odwiedzanych przez spacerującego na trasie miejskiego spaceru. Choć z tym ostatnim przykładem jest problem – bo zbierający dane mogą chcieć dokładnie profilować użytkownika dla celów marketingowych.

Czy powinno się dążyć do tego, by także na makropoziomie polityki publiczne modelować za pomocą tych narzędzi?

Koledzy z USA mówili mi po uchwaleniu tej ustawy, że w Polsce policja ma takie uprawnienia, jakich w USA nie było po 11 września

Ja bym bardzo chciał – i jest wiele obszarów, gdzie to mogłoby się dziać, zwłaszcza w zakresie przewidywania różnych zjawisk. Przykład, który zabrzmi może jak horror: jeśli ocieplenie klimatu będzie postępowało tak, jak postępuje, to między 2050 a 2060 rokiem temperatury latem w różnych miastach mogą wynieść powyżej 40 stopni Celsjusza. W raportach ośrodka badawczego Parlamentu Europejskiego (trendy do 2050 roku) zrobiono symulacje, ile osób ze względu na ryzyka – np. choroby serca, nerek etc. – może umrzeć z tego powodu. Nagle okazuje się, że w skali miesiąca z powodu upału może umierać 300 tys. osób w ciągu miesiąca w całej „rozgrzanej” Europie! Gdy mamy dane o zdrowiu w kategoriach przestrzennych, wiemy ile osób z chorobą serca, czy astmą, czy niskim nawodnieniem organizmu mieszka w danej dzielnicy – powtórzę, nie chodzi o rozpoznawanie zdrowia konkretnego Kowalskiego – i przewidujemy odpowiednie warunki atmosferyczne, możemy dać sygnał tym mieszkańcom, że zbliża się ryzyko. W ogóle zdrowie publiczne ewidentnie należy do obszarów, w których korzystanie z tych narzędzi może być bardzo pomocne. Jest coś takiego, jak European Reference Network dla chorób rzadkich, zajmujące się właśnie takim rodzajem chorób. Jest ich ok. 400 i w Europie choruje na nie ok. 40 mln osób. Populacje są małe, więc lekarzom jest bardzo trudno je rozpoznawać i pracować z chorymi, bo mają małą skalę porównawczą przebiegu choroby. Średni czas rozpoznania takich chorób trwa 4-5 lat. ERN organizuje zespoły badawcze zajmujące się poszczególnymi chorobami rzadkimi. To zespoły międzykrajowe i zbierające dane przez sieć na temat wszystkich osób chorych na daną chorobę rzadką we wszystkich krajach UE. Kolekcja danych się powiększa – i lekarzowi jest łatwiej. Porównywanie przebiegów choroby jest łatwiejsze do wykorzystania. A żeby stworzyć matrycę choroby, do której porównywany będzie pacjent, nie trzeba wiedzieć, że chorują konkretni Kowalski, Brown i Schmidt. Efekt? Okres rozpoznania choroby możemy skrócić do 2-3 lat. To są 2 lata życia dla człowieka!

Brzmi świetnie, ale dlaczego to jest jeszcze w powijakach?

Choćby dlatego, że dane są zamknięte. W Polsce prawie 80 proc. pacjentów chciałoby mieć dostęp do swoich danych przez internet. Problem w tym, że lekarze nawet gdyby chcieli, to nie mogą ich udostępniać. Trudno jest przekazywać dane ze szpitala do szpitala, a co dopiero na taką skalę. Problemem jest też jakość sieci.

Rozmawiamy o agregowaniu danych, ale zawsze ktoś musi podejmować decyzje, jak je wykorzystać. Nie istnieje zagrożenie, że zaczniemy „outsorce’ować” podejmowanie decyzji na „mądrzejszą” od nas maszynę?

Od podejmowania ostatecznych decyzji zawsze będzie człowiek i cel np. związany z dobrem publicznym. Jednak jeśli mam te dane zagregowane, to mogę pomyśleć: jeśli nie chcę, by umarło 300 tys. ludzi, mogę ich ostrzec i dostarczyć w określone miejsce wodę za darmo. Mogę opracować politykę, mapując dokładnie zagrożenia. W życiu nie zrobilibyśmy tego na piechotę. Wykorzystujemy możliwość zagregowania danych, przetworzenia ich i wyciągnięcia wniosków, bez dotykania indywiduów.

Nie ma przekonania w elitach politycznych, że sprawy cyfrowe są istotne. Ludziom się wydaje, że chodzi o jakieś komputery, które się gdzieś zainstaluje

Czy w Polsce politycy są zainteresowani takim wykorzystaniem danych?

Jak rozmawiam np. z wiceministrem cyfryzacji Karolem Okońskim, to tak. Ale generalnie jest problem z elitami politycznymi w Europie i nie we wszystkich krajach rozumie się efekty rewolucji cyfrowej. Ludzie traktują cyfryzację albo jako na komputery (to polska administracja), albo jako na gadżet, albo zagrożenie, ale nie patrzą na różne możliwości. W Polsce jest podobnie, nie ma przekonania w elitach politycznych, że sprawy cyfrowe są istotne. Ludziom się wydaje, że chodzi o jakieś komputery, które się gdzieś zainstaluje (śmiech). My teraz w ogóle nie mówimy o sprzęcie, o hardware, tylko o software, o możliwościach zastosowania nowych narzędzi, takich jak maszyny uczące się, algorytmizacja albo sztuczna inteligencja. One służą do maksymalizacji pozytywnych efektów.

Ten brak świadomości jest obecny bez względu na opcję polityczną?

Bez względu na opcję polityczną. W moim ugrupowaniu mam ten sam problem, żeby przekonać moich kolegów, że to jest ważne. Politycy powinni zrozumieć dwa wymiary tej kwestii. Po pierwsze, jak dobrze zastosować te narzędzia do budowania polityk publicznych. A po drugie jak to zrobić, żeby to było bezpieczne i zabezpieczyć przy tym prawa obywatelskie.