Newsletter

Wybory do PE: wiatr w żagle eurosceptyków

Eurosceptykom nie udawało się blokować integracji europejskiej, bo byli w mniejszości i jak dotąd nie potrafili wypracować wspólnej strategii. Czy wybory do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 to zmienią?

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Powojennemu procesowi jednoczenia Europy od samego początku towarzyszył eurosceptycyzm. Ikoną chłodnego stosunku do integracji był zarówno francuski prezydent Charles de Gaulle, jak i brytyjska premier Margaret Thatcher. Im bardziej zacieśniała się i pogłębiała integracja Unii Europejskiej, tym rosło grono jej wewnętrznych krytyków. Doszło do tego, że co najmniej od dwóch-trzech kadencji przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego jedno z podstawowych pytań – obok tego, która rodzina ideologiczna zdobędzie w nim najwięcej mandatów, czy kto będzie szefem Komisji Europejskiej – dotyczy wyników ugrupowań eurosceptycznych. To, że w maju 2019 r. po raz kolejny zwiększą swój stan posiadania, wydaje się pewne. Pozostaje jedynie kwestia, o ile mandatów i jaki to będzie miało skutek dla Unii Europejskiej.

Do niedawna eurosceptyczne partie sytuowały się na peryferiach scen politycznych państw członkowskich

Fundamenty niechęci wobec Unii

Zwykle uważa się, że eurosceptycyzm idzie w parze z poglądami prawicowymi lub skrajnie prawicowymi, a centrum i lewa strona sceny politycznej są z zasady prounijne. To duże uproszczenie. W najszerszym rozumieniu eurosceptycyzm to brak poparcia dla intensywnych, pogłębionych procesów integracji europejskiej obserwowany w państwach członkowskich Unii Europejskiej, oraz przeciwstawianie się takiemu kierunkowi polityki w państwach dopiero aspirujących do członkostwa. Brytyjscy politolodzy Paul Taggart i Aleks Szczerbiak wyróżniają twardą (hard) i miękką (soft) odmianę eurosceptycyzmu. „Twardzi” eurosceptycy całkowicie negują sensowność istnienia takiej Unii Europejskiej, jaką znamy. W Europie są w zdecydowanej mniejszości, której szeregi zasilają takie partie jak Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), Les Patriotes, czyli secesjoniści z francuskiego Frontu Narodowego, czy Wolność Janusza Korwin-Mikkego. Znacznie częściej mamy do czynienia z krytyką treści konkretnych polityk realizowanych na poziomie UE, czyli z łagodniejszą wersją eurosceptycyzmu. Przynajmniej w warstwie deklaratywnej jest on nawet prounijny, bo jego przedstawiciele negują tylko niektóre założenia integracji (np. postępującą federalizację) lub konkretne posunięcia polityczne, przy pełnej akceptacji samej idei integracji.

Eurosceptyków możemy spotkać zarówno na lewicy, jak i na prawicy, stosunkowo najrzadziej – w centrum sceny politycznej. Wszystko zależy od tego, na jakim fundamencie zbudowana jest niechęć do Unii Europejskiej. Może wynikać z niezgody na przekazywanie części suwerenności państwowej na rzecz organizacji ponadnarodowych (Alternatywa dla Niemiec, Front Narodowy, irlandzka Sinn Féin), z obawy przed utratą tożsamości narodowej i zagrożeniem dla tradycyjnych wartości (np. włoska Liga), ze strachu przed zdominowaniem własnego rynku przez obcy kapitał i siłę roboczą (np. holenderska Partia Wolności Geerta Wildersa), z krytyki niedostatecznej transparentności procesu decyzyjnego i jego niedemokratyczności (np. włoski Ruch Pięciu Gwiazd). Powodów krytyki UE może być zatem wiele. Lewicowi eurosceptycy uważają na przykład, że Unia Europejska jest kwintesencją narzucania kapitalistycznych reguł (Francuska Partia Komunistyczna, grecka Syriza, niemiecka Die Linke), podczas gdy zwolennicy neoliberalizmu widzą ją jako projekt o zabarwieniu socjalistycznym, który osłabia konkurencyjność Europy na światowych rynkach (np. Blok Flamandzki, Wolność Janusza Korwin-Mikkego).

Obywatele w przypadku euroelekcji czują się swobodniej, oddają swoje głosy w sposób bardziej ekspresyjny i bezstresowy wiedząc, że ich zachowanie przy urnie nie ma realnych konsekwencji zmiany partyjnych konfiguracji i w bardzo ograniczony sposób wpływa na to, kto Unią rządzi

Do niedawna eurosceptyczne partie sytuowały się na peryferiach scen politycznych państw członkowskich. Koszty artykułowania kontestacji wobec integracji europejskiej przez partie marginalne są niskie. Dla partii zajmujących centralne miejsce systemu partyjnego, które wiąże się zwykle z faktycznym bądź potencjalnym udziałem w koalicjach gabinetowych, wyrażanie nawet zawoalowanego eurosceptycyzmu stanowiło do niedawna zbyt wysokie ryzyko. To już przeszłość. Eurosceptycy (w twardej lub łagodnej wersji) rządzą lub współrządzą m.in. we Włoszech, na Węgrzech, w Grecji, Austrii. Przykład Austriackiej Partii Wolności (FPÖ), która od grudnia ubiegłego roku tworzy koalicję gabinetową z chadekami Sebastiana Kurza, pokazuje jednak, że wraz z wejściem na polityczne salony często zmienia się perspektywa i antyunijna retoryka partii ulega osłabieniu. Eurosceptycy z FPÖ podpisali się przecież pod umową koalicyjną o prowadzeniu proeuropejskiej polityki, zadeklarowali, że nie będą podważać obecności swojego kraju w UE i że przez najbliższe 5 lat nie odbędzie się żadne referendum w sprawie austriackiego członkostwa.

Wyborcze sukcesy krytyków UE

Partie i politycy eurosceptyczni zawsze mieli większe szanse zdobyć miejsca w Parlamencie Europejskim niż w parlamentach państw członkowskich. Wynikało to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, w niektórych państwach ordynacja wyborcza do PE znacząco różni się od ordynacji do parlamentu krajowego. Tak jest choćby w Wielkiej Brytanii i Francji. W wyborach do brytyjskiej Izby Gmin obowiązuje system jednomandatowych okręgów wyborczych w wariancie większości względnej, zaś w wyborach do francuskiego Zgromadzenia Narodowego system JOW-ów w wariancie większości absolutnej. Ordynacja w wyborach do PE w obu krajach, podobnie jak we wszystkich państwach członkowskich, jest proporcjonalna. Właśnie stąd brała się tak duża rozbieżność między liczbą mandatów Frontu Narodowego i Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) w parlamencie unijnym a ich stanem posiadania w legislaturach krajowych. Po drugie, wybory do PE mają dla wyborców znaczenie drugorzędne (są traktowane jako tzw. second-order elections), co zdaniem ekspertów przejawia się m.in. zdecydowanie niższą frekwencją oraz większymi szansami partii małych i niszowych. Wyborcy, których preferencje polityczne często rozdzielone są w wyborach krajowych pomiędzy dwie największe partie, odnajdują w wyborach do Parlamentu Europejskiego skuteczną ścieżkę pozwalającą im na oddanie głosu na partię, na którą z powodu obawy przed utratą głosu nie głosowaliby w wyborach o priorytetowym znaczeniu (first-order elections). W wyborach europejskich mniej jest powodów do głosowania strategicznego. Obywatele w przypadku euroelekcji czują się swobodniej, oddają swoje głosy w sposób bardziej ekspresyjny i bezstresowy wiedząc, że ich zachowanie przy urnie nie ma realnych konsekwencji zmiany partyjnych konfiguracji i w bardzo ograniczony sposób wpływa na to, kto Unią rządzi. Ponadto często traktują to głosowanie jako sposób wyrażenia swojego niezadowolenia z działań partii rządzących, co oznacza stosunkowo gorsze wyniki partii tworzących gabinety w krajach członkowskich i zwrot np. w stronę eurosceptyków. To sprawia, że co pięć lat w Parlamencie Europejskim zasiada coraz więcej polityków krytycznie nastawionych do UE.

Dobre notowania partii eurosceptycznych w ostatnich elekcjach krajowych mogą stanowić zapowiedź ich sukcesu w wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 r.

Eurosceptyczny wielogłos w PE

W Parlamencie Europejskim, którego kadencja kończy się w maju 2019 r., do eurosceptycznych polityków możemy zaliczyć – w zależności od tego, jak ich zdefiniujemy – od 100 do nawet ponad 200 osób. Skąd taka różnica? W pierwszym przypadku za eurosceptyków uznamy jedynie posłów z grupy Europy Wolności i Demokracji Bezpośredniej (EFDD) oraz Europy Narodów i Wolności (ENF), a także zdecydowaną większość eurodeputowanych niezrzeszonych. Obie wymienione grupy parlamentarne same określają się jako eurosceptyczne. Trzon EFDD stanowi Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, włoski Ruch Pięciu Gwiazd i Alternatywa dla Niemiec. W skład ENF wchodzą m.in. politycy Wolnościowej Partii Austrii, Bloku Flamandzkiego, francuskiego Zjednoczenia Narodowego (dawny Front Narodowy), włoskiej Ligi, holenderskiej Partii Wolności, czy polskiego Kongresu Nowej Prawicy. Wśród niezrzeszonych są natomiast posłowie z węgierskiego Jobbiku, greckiego Złotego Świtu, czy wyrzucony swego czasu z własnej partii Jean-Marie Le Pen. Liczba krytyków Unii, którzy odżegnując się od twardego eurosceptycyzmu wolą określać się mianem europragmatyków lub eurorealistów, podwoi się, jeśli dodamy do nich polityków węgierskiego Fideszu: nadal zasiadających w ławach mainstreamowej grupy Europejskiej Partii Ludowej, deputowanych z trzeciej co do wielkości grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, a nawet z Konfederacyjnej Grupy Zjednoczonej Lewicy Europejskiej/Nordyckiej Zielonej Lewicy (GUE/NGL). W przypadku tej ostatniej zaleca się ostrożność w określaniu jej w całości mianem eurosceptycznej, gdyż wprawdzie w znajdziemy tam niechętnych integracji posłów z niemieckiej Die Linke, czy Komunistycznej Partii Czech i Moraw, ale także polityków wierzących w hasło „Inna Europa jest możliwa”, którzy doceniając dotychczasowy wkład UE w budowanie pokoju czy ochronę mniejszości, domagają się głębszej integracji w zakresie polityki społecznej.

Tak obecna kadencja, jak i poprzednie, pokazały, że podstawową słabością eurosceptyków w Parlamencie Europejskim było ich rozproszenie i słabość organizacyjna. Przykładem może być kadencja 2004-2009, kiedy najbardziej zagorzali krytycy Unii pod wodzą Jean-Marie Le Pena i Włoszki Alessandry Mussolini (wnuczki dyktatora) musieli czekać do akcesji Bułgarii i Rumunii w styczniu 2007 r., by utworzyć grupę pod nazwą Tożsamość, Suwerenność, Tradycja. Przetrwała ona niespełna rok, po czym została rozwiązana z powodów formalnych, ponieważ nie dysponowała odpowiednią liczbą posłów. Obecnie do utworzenia i przetrwania frakcji parlamentarnej potrzeba minimum 25 deputowanych reprezentujących co najmniej jedną czwartą państw członkowskich. Eurosceptycy od dwóch kadencji bez problemu spełniają te warunki, ale nie są w stanie utworzyć jednej, za to silnej frakcji. Czasem decyduje przerost ambicji politycznych liderów. Tak było w obecnej kadencji, kiedy po wyborach w 2014 r. Nigel Farage nie był w stanie dojść do porozumienia z Marine Le Pen, by w Parlamencie Europejskim połączyć siły UKIP i Frontu Narodowego, więc powstały dwie wspomniane już silnie eurosceptyczne grupy w Parlamencie Europejskim. Trudno znaleźć między nimi różnice programowe i retoryczne. Obie chcą powrotu do integracji jako współpracy między suwerennymi państwami i narodami europejskimi, sprzeciwiają się „tworzeniu scentralizowanego superpaństwa europejskiego”, chcą odrzucenia wspólnej waluty euro, i, last but not least, skutecznego ograniczenia napływu imigrantów do Europy. Deputowani z obu frakcji wygłaszali również płomienne mowy w obronie polskiego i węgierskiego rządu za każdym razem, kiedy Parlament Europejski inicjował debaty o przestrzeganiu praworządności w tych krajach.

Spotkanie „miękkich” i „twardych” eurosceptyków wydaje się natomiast niemożliwe z powodów ideowych. Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (ECR) są wprawdzie krytyczni wobec konkretnych rozwiązań forsowanych przez dwie największe grupy polityczne, czyli chadeków i socjalistów, często wspomaganych przez liberałów, jednak ani nie postulują rezygnacji ze wspólnej waluty czy otwartych granic, ani nie chcą opuszczenia Unii przez kolejne państwa członkowskie i powolnego rozpadu integracyjnego projektu. Wskazują te dziedziny, w których ponadnarodowa współpraca jest nieodzowna, jak polityka gospodarcza, azylowa, ochrony środowiska, obronna. Punktują unijne marnotrawstwo, jak choćby utrzymywanie dwóch siedzib Parlamentu Europejskiego i konieczność comiesięcznego przemieszczania się europosłów i urzędników między Strasburgiem a Brukselą, ale nie są w tym odosobnieni. Poza tym nierzadko głosują wspólnie z największymi grupami politycznymi nad konkretnymi projektami unijnego prawa, co „twardym” eurosceptykom praktycznie się nie zdarza.

Infrastruktura zwycięstwa zza Atlantyku

Dobre notowania partii eurosceptycznych w ostatnich elekcjach krajowych mogą stanowić zapowiedź ich sukcesu w wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 r. Ostatnio sporo się mówi o tym, że do ich konsolidacji zabrał się Steve Bannon, główny strateg kampanii Donalda Trumpa. Na razie założył w Brukseli think tank The Movement, który w przyszłości ma się stać prawicowym odpowiednikiem Open Society Foundations George’a Sorosa, tak znienawidzonego choćby przez premiera Węgier Viktora Orbána. Udziela wywiadów prasowych, testuje reakcję wyborców na antyelitarny dyskurs, ale przede wszystkim spotyka się z liderami prawicowych partii eurosceptycznych i obiecuje im „infrastrukturę zwycięstwa” w celu zwiększenia stanu posiadania w nowej kadencji PE. Jak donoszą publicyści, na razie przyjmowany jest w tym środowisku z dużą rezerwą.

W ciągu ostatniej dekady pomruków niezadowolenia w państwach członkowskich było coraz więcej, czego symbolem stało się brytyjskie referendum w sprawie wystąpienia z Unii

Inicjatywa amerykańskiego doradcy politycznego nie jest pierwszą próbą wypracowania wspólnej strategii wyborczej środowisk krytykujących Unię. W 2009 r. podobną podjął irlandzki biznesman Declan Ganley, który założył przed wyborami do PE paneuropejskie stowarzyszenie Libertas. Bazowało ono na sprzeciwie wobec traktatu lizbońskiego i prowadziło kampanię wyborczą w większości krajów Unii Europejskiej, także w Polsce. Sam Ganley do PE się nie dostał, nie przetrwała też jego inicjatywa. Dziesięć lat temu była to jednak inna Europa, w społeczeństwie panowały inne nastroje. Badania opinii publicznej pokazywały wtedy, że Europejczycy wierzyli, iż Unia Europejska pomoże państwom członkowskim uporać się ze światowym kryzysem finansowym. Rozmontowywanie Unii w 2009 r. wydawało się większości wyborców pomysłem fatalnym. W ciągu ostatniej dekady pomruków niezadowolenia w państwach członkowskich było jednak coraz więcej, czego symbolem stało się brytyjskie referendum w sprawie wystąpienia z Unii. O kolejnych możliwych „exitach”, a przynajmniej potrzebie ich rozważenia, słychać z ust wielu krajowych polityków. A to wróży spore przetasowania polityczne w przyszłym Parlamencie Europejskim, choć niekoniecznie szanse na stworzenie eurosceptycznej większości blokującej. Są one niewielkie dlatego, że po pierwsze, niemożliwe jest, by po wyborach eurosceptycy lewicowi zaczęli współpracować z prawicowymi, po drugie, brak wzajemnego zaufania wśród prawicowych partii dominuje nad gotowością do stworzenia jednej silnej eurosceptycznej grupy politycznej, po trzecie wreszcie, partie te nie mają rozwiniętych tradycji ponadnarodowej współpracy i trudno oczekiwać, że będą w tym względzie czerpać wzorce od swoich ideowych przeciwników.